Biblioteczka

JîZEF IGNACY KRASZEWSKI

Bruhl

1

IV

Pomimo karnawału,mimo olbrzymich budowli,którymi król bawić się próbował,mimo

wspaniałości,jaka go otaczała,August II nudzić się zdawał.Chciano go dla roztargnienia ożenić:ziewnął i rozśmiał się;nie życzył sobie sprawiać wesela:czasy były ciężkie,a królewskie gody,takiego pana godne,musiały być kosztowne.Noga go trochę bolała;był smutny.Świat już mu nic nie miał do dania;złego i dobrego kosztował tyle,że na dnie czary życia zostały same męty.Najpiękniejsza dziewica była dlań powszednim obrazem:w pamięci jego przesuwał się cały szereg tych istot;promieniejących chwilę,a tak rychło uwiędłych. Lubomirska [81] była stara,Cosel zamknięta,inne się rozleciały po świecie.Nie mogąc być szczęśliwym,chciał być wielkim.Słał więc do Afryki uczonych i budował. Wznosiły się koszary olbrzymie na Nowym Mieście [82] ,przerobionym świeżo jego rozkazem ze starego,zakładano kościół,budowano piramidy i pałace.Król jechał do Königsteinu nowe mury oglądać i ziewał,przejeżdżał do Hubertsburga i nudził się;kazał się wieźć do Moritzburga i znajdował,że mu spowszechniał,a Drezno nawet było nieznośne. Gdyby mu kto tę myśl poddał,może by był spalić kazał miasto w czasie koncertu,aby je na nowo olbrzymie z ciosu odbudować;ale pomysł był już zużyty. W Polsce zdawało mu się,że Drezno kocha,w Dreźnie tęsknił za Warszawą:nigdzie nie było dobrze,Drugiego listopada przypadło święto patrona łowów,Hube r t a ,k t ór e go obchodzono zawsze świetnie;cały dwór królewski i królewiczowski do Hubertsburga się udał;ciągnęły psiarnie i oba obozy myśliwskie,saski i polski.a nie było mało tej dworni, począwszy od paziów łowieckich aż do łowczego od trufli.Wielkim łowczym dworu był von Leibniz,wielkim sokolniczym Moszyński i były myśliwskie wojska jego królewskiej mości, które tylko przeciw niedźwiedziom i dzikom służyły. Ale król znajdował św.Huberta zużytym i myślistwo zbyt jednostajnym.Niepokój jakiś go ogarniał.Na Nowy Rok zwabił go jarmark do Lipska,na który handlarze mieli cudne przyprowadzić konie,a znalazł,że to były szkapy szkaradne.Aktorki,z Belgii przywiezione, wszystkie miały zęby tak podrabiane,jak konie. Na otwarcie karnawału wrócił August do Drezna dnia 6 stycznia i na pierwszym balu spostrzegł,iż wszystkie niewieście twarze były powiędłe,oczy pogasłe,usta pobladłe.Sądził, że się zrywaniem sejmu w Warszawie lepiej zabawi.Karnawał został na opiece królewicza i padre Guariniego,a królewskie powozy sposobiono do Polski. Brühl nieodstępnie był przy nim.Inni padali,nikli,odchodzili,mieniali się;ten z pazia już był ministrem,a król się bez niego obejść nie mógł.Akcyza płynęła do skarbu i podatek zasycał nigdy nie dające się napełnić kasy. Szlachta sykała;na to był jeden sposób i tego użyto.Dwór zaludnił się obcymi.Włosi, Francuzi,Holendrzy,Duńczycy,Prusacy,Bawarowie powyrastali na dworze,a szlachta saska poszła robić pieniądze dla króla na roli.Brühl znajdował,że Najjaśniejszy pan miał słuszność i że najlepszymi sługami byli ci,których los zawisł od króla. Dnia 10 stycznia dziedzińce zamkowe pełne były koni,powozów i ludzi.Dwór saski i polski gromadził się do podróży.Sale pełne były tych,którzy królowi towarzyszyć mieli. August II żegnał się z synem i jego żoną.Na twarzy jego niecierpliwość i znużenie zastępowały dawną jasność majestatu.Z wielką czułością cisnął się królewicz do ojca;z powagą żegnała go królewiczowa Józefa.Fryderyk przybył po rozkazy,patrzał w oczy i uśmiechał się wdzięcząc.Wtem wszedł Brühl,były jeszcze papier y do podpisania i pieniądze do zabrania w drogę;czekano na sto tysięcy talarów,które nadpłynąć miały. Na wchodzącego dyrektora akcyzy bystro spojrzał król i postąpił ku niemu kroków parę.

– Brühl...pieniądze?

–Są,Najjaśniejszy Panie!–rzekł,kłaniając się,zagadnięty.–Rozkaz Waszej Królewskiej Mości spełniony. Rozjaśniło się oblicze pańskie.

–Patrz –zawołał do syna – patrz,polecam ci go...to sługa,który mi odjął trosk wiele,a wiele spokoju przyczynił...pamiętaj!Jemum winien ład,karność i porządek w domu. Fryderyk z posłuszeństwem syna wpatrzony w twarz ojca chwytał każde jego słowo i okazywał postawą całą,że mu ślubuje być posłusznym.

–Gdybym w Polsce miał takich kilku,jednego choćby,dawno by już w łeb wzięła ich

bałamutna rzeczpospolita i zaprowadziłbym tam taki ład,jak w Saksonii –dodał król.–Ci wielcy moi przyjaciele i wierni słudzy:Lipski,Hozjusz,cała czereda ich,wszystko się to szlachty boi,a mnie zwodzi.Lecz cierpliwości,koniec temu położę...kilka,kilkadziesiąt głów padnie i będzie cicho.Nie zniosę tego gminu,co mi śmie mruczeć,gdy rozkazuję... Dość tego! Syn okazywał ciągle najwyższe uwielbienie dla ojca.Pożegnanie rozpoczęte,przerwane, znowu się powtarzało:Fryderyk całował rękę ojcowską.Kamerdynerzy,paziowie,służba czekała już w przedpokoju.Stali urzędnicy,duchowieństwo i w kątku zaszyty ostrożnie, przygarbiony padre Guarini.Król wdzięcznie żegnał wszystkich.Łowczemu polecił jeszcze przywiezione z Białowieży dwanaście żubrów i żubrzyc,które się pasły w Krejern pod Moritzburgiem,i zszedł do gotowych powozów. Pocztylionowie siedzieli na koniach,dwór śpieszył na wyznaczone miejsca,w dziedzińcu z odkrytymi głowami stali panowie,rada miasta i mieszczanie,na których król spojrzał tylko i kazał im powiedzieć,aby podatki płacili,a w chwilę pusto i cicho byłü na zamku i w Dreźnie. Wszyscy czas mieli spoczywać,dopóki by znów król nie wrócił i pańszczyzna bawienia nie rozbawionego niczym nie rozpoczęła się na nowo. W chwili gdy cały orszak z towarzyszącym mu oddziałem gwardii z zamku na most wyciągał,powóz,który miał wieźć Brühla i jego fortunę,stał jeszcze sam jeden w dziedzińcu zamkowym.Ulubieniec pański,świeżą okryty pochwałą,zszedł na dwór zamyślony słodko, gdy ujrzał przed sobą z chmurną twarzą stojącego Sułkowskiego.Rozjaśniło mu się oblicze, chwycił szybko rękę przyjaciela i obadwaj weszli do dolnej sali.Twarz Brühla wyrażała już najgorętsze współczucie,najżarliwszą miłość,najserdeczniejsze przywiązanie;Sułkowski dosyć był zimny.

–Jakżem szczęśliwy,że was raz jeszcze pożegnać,jeszcze raz się pamięci i sercu

waszemu polecić mogę – zawołał odjeżdżający z zapałem:słodycz głosu dorównywała wyrazom.

–Słuchaj,Brühl – przerwał Sułkowski.– Ja także przypominam ci nasze pacta conyenta![83] W złej i dobrej doli jesteśmy i pozostaniemy przyjaciółmi.

–Czyż wy to mnie przypominać potrzebujecie?!–zawołał Brühl.–Mnie,który dla was mam miłość,przyjaźń,szacunek i wdzięczność?

– Dajże mi ich dowody!

–Pragnę tylko zręczności,nastręczcie mi ją,do nóg wam padnę!– przerwał Brühl.– Proszę,błagam;ale hrabio,kochany hrabio,jam wasz!Wy nie zapominajcie o mnie!Wiecie, co mam na sercu.

–Kolowrathównę!–rzekł,śmiejąc się,Sułkowski.– Grand bien vous fasse [84] ,będziesz ją miał!Masz matkę za sobą.

– Ale ona?

–O,nie lękaj się,nikt ci jej tu nie zbałamuci!Trzeba tak wielkiego męstwa,jak twoje,aby się ważyć na takie szczęście.

–Jedno i większe od tego mnie minęło –westchnął Brühl.Sułkowski poklepał go,śmiejąc się,po ramieniu.

–Niegodziwcze –parsknął –albo się co we dworze ukryje?Ty to nazywasz stratą,co jest czystym zyskiem.Moszyński cię nienawidzi nie bez przyczyny. Brühl zaprotestował gorąco,ręce podjął.

– Ale,mój hrabio!

– O,nie mówże mi tego!–przerwał mu Sułkowski.– Znacie się z Moszyńską [85] i w lepszej jesteście zgodzie,niż gdybyście się byli pobrali. Brühl,nic nie mówiąc,ramionami ruszał.

– Serce moje ma Frania Kolowrathówna [86] .

–A ręka na ciebie czeka i nic,nic,nic!Stara ci ją sama wciśnie.I czas też Frani pod czepek,bo jej się strasznie oczy świecą.

– Jak gwiazdy!– krzyknął Brühl.

– Cóż powie Moszyńska na to? Wtem Brühl jakby się ocknął,pochwycił znowu Sułkowskiego rękę.

–Hrabio – rzekł – nie zapominajcie o mnie u królewicza.Lękam się,czym mu dosyć okazał moją cześć i przywiązanie do niego,moje uwielbienie dla naszej świętej i czystej królewiczowej.Powiedzcie mu...

–Wy o nas nie zapominajcie u króla –dodał Sułkowski.– Ja o was nie zapomnę u mojego pana.Zresztą,nie tak to ty jesteś tam bez opieki,jak mówisz.O.Guarini cię nawraca, Kolowrathowa cię na zięcia sposobi;nie zaręczam,żebyś tam jeszcze nie miał kogo.

–A wszystko to niczym,jeśli was mieć nie będę – dodał Brühl.–Oddam Guariniego i Kolowrathową,i jeszcze coś w dodatku za jedną łaskę waszą.

–Tylko nie Moszyńską!– zawołał Sułkowski i śmiać się poczał.–A teraz jedź, szczęśliwcze,i kłaniaj się w Polsce wszystkim moim kompatriotom [87] niedźwiedziom.

– A kompatriotkom?– zapytał Brühl.

– Jeśliby tam która o Sułkowskiego spytała...ale wątpię...Niemki wolę.

–I ja – dodał Brühl. Byli już u drawi.Sułkowski go przeprowadzał.

–Eh bien,á la vie et á la mort![88] Scisnęli się za ręce.Brühl już biegł do powozu.Z dala widać było stojącego na dziedzińcu padre Guariniego,po świecku ubranego,w szaraczkowym,długim surducie,który,zakrywszy prawą rękę lewą,żegnał nią na drogę.I ruszył Brühl za panem swoim do Warszawy. KONIEC ROZDZIAŁU /div>

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec