Biblioteczka

Jozef Ignacy Kraszewski

Budnik

II

W jednej z puszcz poleskich niezupełnie jeszcze wyciętych, daleko od wsi i dworów, a nawet i dróg w kilku kierunkach bory przenikających, na wytrzebionej mokrej łące, którą gniły przepływał ruczajek, brzegi mając sitowiem i łotocią zarosłe, stała chatka budnika trochę na wyżynie, przyparta do ostępu mało co jeszcze przetrzebionego. Budnik wybiera zawsze, gdzieby najwięcej zrobić mógł szkody. Kilka ledwie dojrzałych drożynek ściągały się tutaj z różnych stron; jedne wydeptali ludzie, drugie bydło i kozy, a szersza nieco, głęboko wyrytą kołami prostego wozu, zarosłą, starą oznaczona była koleją. Dookoła szumiał las, niewiele jeszcze i ze szczętem nigdzie nie wycięty; stare sosny z barciami na barkach, kilka dębów rozłożystych na pagórku, dołem olchy kępami rosnące i gęsta leszczyna umajały to miejsce. Buda z bierwion sosnowych nie obrobionych, na mech zarzucona w zamki jak chaty poleskie, trochę od nich wyższa, lecz bardzo podobna, wznosiła się na podniesionym brzegu łąki w cieniu brzóz i sosen. Dach jej pokrywały w części nieforemne dranice przybite kołkami, w części ponad szopą i obórką, które z nią jedną całość stanowiły, narzucone kupy wiszaru i miętej słomy, przyciśnione kluczynami brzozowymi. W sposobie budowania tej chaty znać było, że się tu i o trwałość, ani o wdzięk nie starano wcale; krzątano tylko

pośpiesznie, nie rachując na długie jutro - aby było. Okna nieco większe od zwykłych po chatach, drzwi zbite z tarciczek, wrota do obórki z dranic krzywych nieforemnie sklecone, komin z płotu i gliny, czarny teraz i okopcony, dymnik z

wyżłobionego pniaka olchowego - wcale nie zdobiły budy Mazura. Nigdzie pobiały, którą chłopek na święta jak białą koszulą zdobi swoje mieszkanie, malując w dodatku przyźbę żółto lub brunatno; nigdzie nic dla oka i serca. Za obórką z płotu, tuż płot drugi z gałęzi, z pniów wykarczowanych, z kłód poobcinanych, narzucony pośpiesznie otaczał ogródek, wśród którego zagonów licho uprawnych sterczały resztki nie dogorzałe czarnych korzeni drzew i krzewów. Lecz wnijdźmy we wnątrz chaty, którą składały: sionka niechlujna i ciemna, izba z alkierzem i komora po drugiej stronie. W izbie wszystek sprzęt prawie cechowała pośpieszna domowa robota: stoły i ławy chwiały się na cienkich, zaledwie z kory ostruganych nogach, zbite z deszczek łupanych, nierównych i nie ogładzonych. Naczynia gospodarskie, które z konieczności szczelniejsze być musiały i pracowiciej wykonane, zdawały się kupne. Piec chlebowy z kominem i przyźbą, z gliny lepiony, wytarty plecami ogrzewających się przy nim, zajmował wielką czyść pierwszej izby; tuż bondur słomiany omazany gliną, służył do oświecania łuczywą w długie wieczory i ranki zimowe. Ściel nad izbą ułożona była z dylów sosnowych, potrząśnionych wiszarem i oblepionych gliną gdzieniegdzie otworami dobywającą się i na cienkich siana niciach wiszącą. Dym i kopeć uczyniły ją czarną, równie jak ściany. U drzwi jak w chatach stała rażka, ceber, wiadro, czerpak drewniany, łopata, kociuba tajemnicza, miotła do czyszczenia pieca na długim drągu i napleczki do roszenia wody. Na kapturze komina i w piecu czarne garnki, na piłce kilka flaszek i misek dowodziły wielkiego ubóstwa. W głębi mizerne łóżko, zaledwie zbite, narzucone brudną pościelą i starymi szczątkami sukman dziurawych, pokrywało wyglądający bokiem zielony kuty kuferek. Nad nim w ramkach czarnych obrazek Najświętszej Panny Częstochowskiej, Pan Jezus Boromelski, palma, żółta gromnica z wiankami dosyć już upalona, wisiały przy strzelbie i torbie. Na drugiej stronie stare szablisko w żelaznej pochwie z rapciami skórzanymi, odosobnione, smutne, spoczywało opylone; dawno zapewne, dawno bo i ściana pod nim była jaśniejszej barwy! Zewsząd widna była wielka nędza wypisująca się na wszystkim. Smutno wpadało tu światełko okienkiem od łąki, smutno syczał ogień na kominie, a każdemu usiedzeniu na ławie towarzyszyło dziwne skrzypienie i suche jakby łamanie się drzewa. Nagie ściany kopeć tylko oczernił, a oprócz opiekunki Matki Boskiej, starej, nie używanej szabli i strzelby, prócz prawie pustej półeczki wiszącej w kąciku, oko przebiegając je nie miało się na czym zatrzymać. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec