Biblioteczka

Jozef Ignacy Kraszewski

Budnik

VII

Z rana więc jedną ze ścieżek leśnych posunął się ze strzelbą na ramieniu Maciej, za którym dążył w tropy Burek głodny, z podkulonym ogonem i jeszcze bardziej wpadłymi bokami, ale uszyma najeżonymi i głową do góry. Drugą drożyną puścił się ku miasteczku, rezydencji urzędowej pana Pomocnika, stary Bartosz wiodący konie żydowskie. Pomimo nędznej jego odzieży i zmęczonych rysów twarzy, zastanawiająca to jeszcze była postać. Nie pochylony wiekiem, nie zwalczony nędzą, nie upokorzony swym stanem, zdawał się raczej przebranym w sierak dawnych lat wojakiem, nie ubogim puszczy polskiej mieszkańcem. Męstwo i siła malowały się na obliczu pogodnym, którego czoło tylko przeciął na dwoje fałd poprzeczny, świadczący o długich myślach i głębokich cierpieniach. Fałd ten prawie zawsze ciemniejący na czole jak cięcie szabli, malował się wśród łysej, połyskującej głowy; ale szablą tą

nie ludzka władała ręka - prawica losu nią raniła... Ułamaną po drodze w pączkach i kwiecie leszczyny gałęzią popędzane konie, dość żwawe i młode, biegły, ściskając się i wyprzedzając, często zwężającą bardzo drożyną. On zadumany patrzał nie widząc przed siebie, czasem tylko pogładził wąsa i westchnął ponuro, jakby w przestankach ugniatającej myśli. Dobrze znając wszystkie drożyny leśne, machinalnie kierował się wśród nich, choć mnóstwo porosłych darnią wykręcały się wśród zarośli: to szersze, to węższe, to prawie nieznaczne, tak zawieszone młodymi przeszłorocznymi wypustkami bujno rosnących krzewów. Przebywszy gąszcze otaczające chatę, łąkę, co je dzieliła od przerzedzonego już lasu i większej drogi, potem świeże trzebieże, borem małym zbliżał się już ku miasteczku ukazującemu się w oddaleniu za długą, grzązką i topielistą groblą. Wtem drogą ku niemu ujrzał pędzącą bryczkę ostawioną słomą, u której dyszla ogromny kołatał dzwonek, znak niechybny jadącego urzędnika. Za bryczką tą konno leciało dwóch ludzi poprawiając w biegu to czapek spadających, to rozwianych pół sukmany.

- Stój! stój! - rozległ się nagle krzyk i przed Bartosza wyskoczył mały, czerwony jak rydz, trądem jak muchomor okryty, a oczkami drobnymi jak dwie

atramentu krople, łysy jak arbuz, ospowaty jak czerstwy chleba kawałek - pan Pomocnik, racząc swą własną ręką chwycić za cugle konia, na którym siedział budnik.

- Trzymaj! łapaj! - dodał, zapalając się i przywołując ludzi, widząc, że koń zlękniony do rowu się szarpnął. Konni natychmiast zastąpili Bartoszowi drogę. Stary nie mógł pojąć, co to się z nim działo.

- Czego łapaj, albo uciekam? - odezwał się spokojnie. Czego chcecie?

- A, udajesz ty mnie tu niewinnego! Nie nadmiesz (wyrażenie właściwe), nie!

Postoj! Ja cię nauczę złodzieju jakiś, rakalio! Ja cię nauczę! - wrzeszczał pijany Pomocnik w paroksyzmie gniewu. Stary Bartosz zarumienił się, a raczej oblał krwią, tak że białka oczu w jednej chwili nią zaszły.

- Słuchaj no pan - za wolał - czy pan wiesz, co gadasz? za co mnie łajesz?

- Za co? Ja ci pokażę pytać o przyczynę! Ciekawy? Patrzajcie! Wiązać mi zaraz tego złodzieja.

- Mnie, mnie! - I stary gwałtownie rzucił się na worku, na którym siedział. - Mnie?

- Nu, tak, ciebie; złodzieju! - Tak, nie rozprawiaj mi! Wiązać go!

- Ależ powiedz mi, pan, i wytłumacz, co to ma znaczyć!

- Ja nie na to tu jestem, aby ci tołkować, trutniu! Wytłumaczę ci inaczej w stanowej kwaterze. Hej, wiązać go!

- Czego pan chcesz ode mnie? - w rozpaczy wykrzyknął budnik. - Panu się w oczach dwoi czy co? Pan nie wiesz, co robisz!

- Ach ty psie jeden, będziesz mi jeszcze takie rzeczy gadał, tu! - I tupiąc nogami, machając rękoma jak do uderzenia, począł wrzeszczeć z całej siły pan

Pomocnik: - Śmiesz mnie, mnie śmiesz mówić! Ty wiesz, ja cię w kajdany okuję! Stary zamilkł, bo przeczuwał, że w tym wszystkim jest jakaś omyłka. Wzywając wszystkich sił swoich na pohamowanie oburzenia i gniewu, którym wrzał, spytał spokojniej:

- Słowo tylko; za co mnie więzicie? Co to znaczy?

- Co to znaczy? Ja ci powiem, hultaju! Oto ukradłeś konie i skradzione przeprowadzasz.

- Ja ukradł! - zrywając się ze szkapy i podskakując ku Pomocnikowi zaryczał nie mogąc się pohamować stary Bartosz. Ja? Od kiedyż to Bartosz Młyński złodziejem się zrobił? Pomocnik wskoczył w bryczkę jak do twierdzy jednym susem i tu, czując się bezpieczniejszym, krzyknął:

- Wiązać!

- Tak! - kończył zbliżając się stary ze wzrastającą coraz zapalczywością - tak! Konie są kradzione, ale nie przeze mnie.

- Wiązać! - powtarzał Pomocnik.

- Żyd je wczoraj przyprowadził i zostawił u mnie, żyd Bramko, mam na to świadków.

- Tak! tak! Wytłumaczysz się. Ja was znam i wasze świadki cygańskie. Wiązać!

- Prowadziłem te konie, żeby je wam oddać.

- Teraz ci to do głowy przyszło! Widzę, masz ty mnie za gołowąsa, hultaju jakiś! Nu, śledztwo okaże. Wiązać go i prowadzić do miasteczka. Co się działo ze starcem, na którym przez długie lata nigdy obelżywy wyraz, wzgardliwe nawet spojrzenie nie spoczęło, bo do nich umiał nie dać powodów i nie

dopuścił nikomu nad sobą się znęcać - tego opisać nie można. Gniew, wściekłość, rozpacz, boleść niewysłowiona miotały nim na przemiany; łzy nawet wytrysnęły mu od zakrwawionych powiek, a usta próżno już wysilając się na słowo, którego znaleźć nie mogły, zamknęły się nareszcie, zdrętwiały; wzrok zatoczył obłąkany, zachwiały nogi i gdyby nie ludzie, co go już pochwycili i wiązać zaczynali, byłby upadł. Pomocnik kazał zawrócić bryczkę i prowadzić za sobą Bartosza i konie. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec