Biblioteczka

Jozef Ignacy Kraszewski

Budnik

XVI

Pospieszyli do więzienia budnicy, weseli i swobodni, że przecież raz skończyli

to, co się im już nieskończonością wydawać poczynało. Bartosz jak zwykle leżał na słomie podparty na łokciu, gdy trzej wysłańcy przyszli mu oznajmić uwolnienie jego.

-No, panie Bartłomieju - rzekł Marcin wesoło wchodząc - dzięki Bogu, jesteście wolni. Podniósł głowę.

-Ha? - spytał nie dowierzając.

-Wstawajcie i chodźmy stąd; jesteście wolni.

-Doprawdy? - zerwał się na nogi. - A! Bóg wam zapłać! I wyciągnął rękę ku pierwszemu z brzegu.

- Ha! Ależ mi się zdaje, jakbym dziesiątek lat tu siedział. A Maciej?

-I Macieja uwolnili.

-Chwała Bogu! W tej chwili wszedł i syn nieśmiało do izby z krótką fajeczką w ręku, bo ta go już nie opuszczała ani na chwilę. Ojciec popatrzał na niego, łzy mu się zakręciły w oczach i cicho szepnął:

-Ciężka Boża kara, ale sprawiedliwa! Dziej się wola jego. I silniejszym już głosem odezwał się nakładając torbę:

- No, chodźmy!

-A Julusia? A Pawłowa? - spytał na progu. - Co to jest, że żadna z nich nie dowiadywała się o mnie. Julusia zwłaszcza, moje ulubione dziecko. Nigdym się tego strapienia od niej nie spodziewał. Budnicy zamilkli, w ich oczach wyczytał już stary łatwo jakiś przestrach i niepokój.

-Co się z nimi dzieje? - spytał znowu.

-A co! Poczekajcie! Ot, pójdziemy się ogrzać do Icka nad most, to tam wam wszystko rozpowiemy. Juściż nic tam, nic, nie frasujcie się. To „nie frasujcie się" zachmurzyło czoło Bartosza, poszedł milczący i ani słowa nie odezwał się już idąc przez miasteczko. W ulicy pociągnął całą piersią powietrza, spojrzał na niebo, na którym połyskiwać zaczynały gwiazdy, otrząsnął się i szerokim krokiem dognał wyprzedzających go towarzyszów. W karczmie na

kraju miasteczka leżącej, w izdebce oddzielnej, bo pierwsza - wspólna wszystkim

- zajęta była mnóstwem popitych wieśniaków, przysiedli na ławach budnicy. Kazano przynieść wódki, ale rozmowy nikt począć nie śmiał. Stary Bartosz ust nie

otwierał, ci zaczepić go nie śmieli. Milcząc trącono w kieliszki z życzeniem: -

Daj nam Boże dobre zdrowie - i powoli, gdy trunek w głowach zaszumiał, usta się otwierać poczęły.

-A co - rzekł Marcin - nie frasujcie bo się, panie Bartoszu. Ba! Czy to mnie was uczyć i napominać! Wy to lepiej znacie, jak sobie począć, kiedy i jak biedę klepać. A ot, chwała Bogu, że jesteście wolni, to i z resztą także rady sobie dacie. Bartosz milczał, tylko czarne jego oczy spoczęły przez chwilę na Marcinie, jakby z niego prawdę, o którą pytać nie śmiał, dobyć chciały.

-Mów! - odezwał się sucho. - No, mów! Nie obwijajcie mi, ja czuję już coś złego.

-Chodzi to po ludziach. Tak, musieliście już co i słyszeć?

-Mów! - silniej powtórzył Bartosz chwytając go za rękę, którą jak żelazem uścisnął.

- Nie męcz mnie. Mów! Cóż? Umarła Julusia?

-Ale nie! Ale nie! Tak tylko... widzicie, chora trochę... chora, ale...

-Chora tylko! A! Dzięki Bogu! - rzekł oddychając. - Tylko chora! No, to jeszcze nic! Tylko chora.

Marcin niezmiernie zakłopotany nie wiedział już co mówić. - Dawnoż chora? - spytał starzec.

-Ona chora, widzicie, i nie tak to ona chora, bo...

-Ależ mówcie mi wszystko! Jak dawno?

-A jak ze dworu wróciła, tak potem... Starzec zerwał się z ławy.

-A, więc była i we dworze! Po co? Po co?

-Albo ja wiem! Widzicie, ta stara pani nasza zlitowała się i wzięła ją była do garderoby; ale potem, że to tęskniło, więc ją znowu z Pawłową do budy odesłali, i na budkach już jakoś zachorzała. Bartosz wpatrywał się ciągle w oczy Marcinowi, który je spuszczał jak winowajca i dłubał coś około torby, dławił się i krztusił.

-Kłamiesz! - rzekł po chwili stary znowu go porywając za rękę. - Mów, na rany Chrystusa!

-No, co mam cedzić po kropelce przez zęby! No co? Ot, wiesz to, wiesz, a po cóż się pytasz? Ot, bywał panicz, bywał, i... i zwariowała. Ale jeszcze tych słów dokończyć nie pośpieszył, gdy Bartosz rzuciwszy rękę jego, popchnąwszy go tak silnie, że Marcin aż się zatoczył, pochwycił z kąta strzelbę, uderzył całym sobą we drzwi i jak strzała wyrwał się z izby i karczmy. Wszyscy wybiegli za nim, ale w pomroce nocnej zniknął im zaraz z oczu. Marcin, Maciej i dwaj inni budnicy, co najrychlej nająwszy wóz u wieśniaka, pośpieszyli do chaty Bartosza, chcąc go, jeśli można, uprzedzić, i upatrując, azali go gdzie nie spotkają po drodze. Mnóstwo wieśniaków powracało z targu, pełen ich był las, droga, grobla, i wśród tłumu ani podobna rozeznać starca. Najpodobniej też doprawdy wprost przez lasy, bez drogi pójść musiał. W największej niespokojności dobili się już późno do Osikowego Ługu. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec