Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu

wszelką stanowczość. Męczy mnie i ta świadomość, że się z tego jarzma nie otrząsnę, że owszem, o ile umysł mój będzie się rozszerzał, o tyle i samowiedza będzie się stawała coraz dokładniejszą, i że umierając nawet, nie przestanę krytykować Płoszowskiego umierającego, chyba że gorączka zwarzy mój mózg. Odziedziczyłem zapewne po ojcu umysł syntetyczny, bo staram się zawsze uogólniać wszystkie zjawiska; z nauk zaś żadna nie pociągała mnie tak jak filozofia. Ale za czasów mego ojca filozofia obejmowała taki sobie ni mniej, ni więcej zakres, jak wszechświat i wszechbyt, wskutek tego miała gotową odpowiedź na wszelkie pytania. Obecnie stała się ona o tyle rozsądną, iż przyznaje, że jej w dawnym

ogólnym znaczeniu nie ma - i że istnieje tylko jako filozofia poszczególnych gałęzi wiedzy. Doprawdy, gdy o tym myślę, chce mi się powiedzieć, że i rozum ludzki ma swoją tragedię i że zaczęła się ona dla niego właśnie wraz z tym wyznaniem swojej niemocy. Ponieważ piszę osobisty pamiętnik, będę więc mówił o tych rzeczach ze stanowiska osobistego. Nie mam się za fachowego filozofa, bo z

fachu, jak już wspomniałem, jestem niczym, ale - jak wszyscy ludzie myślący zajmowałem się najnowszym ruchem filozoficznym, byłem i jestem pod jego wpływem i mam zupełne prawo mówić o tym, co weszło w skład i wpłynęło na wytworzenie się mojej istoty umysłowej i moralnej. Przede wszystkim zaznaczam, że moje wierzenia religijne, które wyniosłem jeszcze nie tknięte z Metz, nie ostały się wskutek czytania książek przyrodniczo- filozoficznych. Nie idzie za tym, bym był ateistą. Och, nie! To było dobre dawniej, za owych czasów, gdy jeśli ktoś nie uznawał ducha, mówił sobie: materia

- i zaspokajał się tym słowem. Dziś tylko parafialni filozofowie stoją na takim zacofanym stanowisku. Dziś filozofia takich rzeczy nie przesądza, dziś odpowiada

na podobne pytanie: "Nie wiem" - i to "nie wiem" wszczepia w duszę. Dziś psychologia zajmuje się analizą bardzo ścisłą wszelkiego rodzaju objawów psychicznych, lecz zapytana o nieśmiertelność duszy, odpowiada także:

N i e w i e m - i istotnie nie tylko nie wie - ale nie może wiedzieć. A teraz łatwo mi będzie określić stan mego umysłu. Oto: nie wiem, nie wiem, nie wiem! W tym, w tej rozeznanej impotencji rozumu ludzkiego, leży tragedia. Bo pomijając, że natura nasza duchowa będzie zawsze gwałtu krzyczała o odpowiedź na podobne pytania, toż to przecież są pytania największej wagi realnej, najbardziej człowieka obchodzące. Jeśli po tamtej stronie jest coś, i to coś wieczystego; to nieszczęścia i straty po tej stronie maleją do zera. Można by do nich zastosować słowa Hamleta: "A to niech diabli porwą żałobę, ja wezmę

sobole". "Zgadzam się na śmierć - mówi Renan - ale niech wiem, że mi się ona na coś przyda". A filozofia odpowiada: Nie wiem. Człowiek zaś szamocze się w tej wielkiej niewiadomej; czując, że gdyby się mógł na którąkolwiek stronę przechylić, to jednak byłoby mu lepiej i spokojniej. Ale cóż na to poradzić? Czy winić filozofię, że zamiast budować systematy, które się co dzień rozlatywały jak domki z kart, uznała własną niemoc i zajęła się badaniem i uporządkowywaniem zjawisk, leżących w przystępnych dla rozumu granicach? Nie! Sądzę tylko, że ja i każdy inny miałby prawo przyjść do niej i powiedzieć jej: Podziwiam twoją trzeźwość, uwielbiam ścisłość analizy, ale z tym wszystkim uczyniłaś mnie nieszczęśliwym. Nie masz, jak sama przyznajesz, dość

siły odpowiedzieć na pytania pierwszej dla mnie wagi - a miałaś jej dosyć, by podkopać moją ufność w naukę, która mi na nie odpowiadała nie tylko stanowczo, ale w sposób kojący i słodki. I nie mów, że ponieważ nie przesądzasz nic, więc pozwalasz mi wierzyć we wszystko. Nieprawda! Metodą twoją, duszą twoją, istotą

twoją - jest zwątpienie i krytyka. Tę swoją naukową metodę, ten sceptycyzm, tę krytykę tak wszczepiłaś w moją duszę, że stała się ona moją naturą. Wypaliłaś jak kamieniem piekielnym we mnie wszystkie te nerwy ducha, którymi się wierzy bezkrytycznie i po prostu, tak że dziś, gdybym chciał wierzyć, to nie mam czym. Pozwalasz mi chodzić na mszę, jeśli mam ochotę, ale zatrułaś mnie sceptycyzmem do tego stopnia, że dziś jestem sceptykiem nawet względem ciebie, nawet względem własnego sceptycyzmu, i nie wiem, nie wiem, nie wiem! i męczę się, i szaleję w tej ciemności!... Rzym, 12 stycznia. Wczoraj pisałem w pewnym uniesieniu. Ale też zdaje mi się, żem dotknął próchna i mojej własnej, i ogólnej ludzkiej duszy. Bywają epoki, że obojętnieję na podobne

pytania, czasem jednak targają mnie one bez miłosierdzia - tym bardziej że to są rzeczy, które się w sobie zamyka. Byłoby może lepiej o nich nie myśleć, ale zbyt są na to ważne. Bo ostatecznie człowiek chce wiedzieć, co go oczekuje i jak ma życie urządzić! Próbowałem zresztą nieraz powiedzieć sobie: Dość! z tego błędnego koła nie wyjdziesz, więc w nie nie wchodź! Mam wszystko po temu, by

zrobić z siebie syte i wesołe zwierzę - ale nie zawsze mogę na tym poprzestać. Powiadają, że w naturze Słowian leży pewien pociąg do mistycyzmu, do rzeczy zaświatowych. Zauważyłem, że np. na mistycyzmie kończą wszyscy nasi wielcy pisarze. Cóż dziwnego, że się czasem trochę pomęczą ludzie zwyczajni. Co do mnie, musiałem o tych swoich wewnętrznych niepokojach napisać, by sobie skreślić dokładny obraz stanu swej duszy. Przy tym człowiek potrzebuje się czasem sam przed sobą usprawiedliwić. Oto np. ja, z tym wielkim "nie wiem" w duszy, zachowuję przepisy religijne i nie mam się za człowieka nieszczerego. Byłoby

tak, gdybym zamiast: "Nie wiem" - mógł powiedzieć: "Wiem, że nic nie ma". Ale ten nasz sceptycyzm nie jest otwartą negacją: jest to raczej bolesne i męczące podejrzenie, że może nic nie być; jest to gęsta mgła, która otacza nasze głowy, przygniata nasze piersi i przesłania nam światło. Więc wyciągam ręce do tego słońca, które może za tą mgłą świeci. I myślę, że nie sam jeden jestem w tym

położeniu - i że modlitwę wielu, bardzo wielu z tych, którzy chodzą na mszę w niedzielę, można by streścić w słowach: "Panie, rozprosz mgłę!" Nie mogę o tych rzeczach pisać zupełnie zimno. Zachowuję przepisy religijne jeszcze i dlatego, że wiara jest mi pożądana, ponieważ zaś ta słodka nauka, w której się wychowałem, kładzie jako warunek wiary łaskę, więc czekam łaski. Czekam, żeby mi zesłano taki stan duszy, w którym mógłbym uwierzyć tak głęboko i bez cienia wątpliwości, jak wierzyłem będąc dzieckiem. To są moje powody szlachetne; nie powoduje mną żaden interes, bo przecie wygodniej by mi było być tylko sytym i wesołym zwierzęciem. Jeśli zaś chodzi o to, bym swoją zewnętrzną religijność usprawiedliwił mniej

szlachetnymi a bardziej praktycznymi powodami - ach! mam ich mnóstwo. Oto, przywykłem od dzieciństwa; spełnianie pewnych przepisów stało się niemal we mnie nałogiem; oto jak Henryk IV mówił, że Paryż wart jest mszy, tak ja mówię sobie: Spokój bliskich wart jest mszy; ludzie mojej sfery spełniają w ogóle obowiązki religijne, a moje sumienie czułoby się obowiązane do protestu tylko w takim

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec