Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu

zupełnie pod ich władzą. Czuję ustami jeszcze w tej chwili rozkosz dotknięcia

jej ręki - i to są pragnienia po prostu bez granic. Prędzej-później sam zatrzasnę tę furtkę, przez którą dziś jeszcze mógłbym uciec w pole. Ale czy istotnie mógłbym jeszcze? Tak, gdyby mi coś z zewnątrz pomogło. Tymczasem ona najwidoczniej kocha mnie. Wszystko mnie popycha ku niej. Dziś postawiłem sobie w ten sposób pytanie: Jeśli to rzecz nieunikniona, dlaczego zwłóczę? Znalazłem taką odpowiedź: nie chcę, by mi cośkolwiek przepadło z tych wzruszeń, z tych drgnięć, z tych wrażeń, z tego uroku, jaki mają niedomówione słowa, pytające spojrzenia, oczekiwanie. Chcę mój romans wysnuć do końca. Zarzucałem kobietom, że nad samo uczucie przekładają formy uczucia, a podobno i mnie chodzi o to, by się wypełniły wszystkie. Ale gdy człowiek jest już starszy, to mu o takie rzeczy chodzi. Nieraz także już spostrzegłem, że przy pewnym stopniu wyrafinowania nerwowego my, mężczyźni, mamy kobiece charaktery. Ja obok tego jestem trochę epikurejczykiem w uczuciu. Po rozmowie z Anielką, którą przytoczyłem poprzednio, wpadliśmy oboje w wyśmienite usposobienia. Wieczorem pomagałem jej wystrzygać abażury, bo przy tym mogłem dotykać jej rąk i sukni. Przeszkadzałem jej umyślnie w tej robocie, ona rozbawiła się jak dziecko i udając dziecko, zwracała się czasem do ciotki, mówiąc tym jednostajnym a prędkim głosem, jakim skarżą się małe dziewczynki:

- Ciociu, Leon dokucza! 2l lutego. Licho poniosło mnie do Warszawy na męskie zebranie do radcy S. Radca S. stara się usilnie zgromadzać u siebie przedstawicieli wszystkich obozów, aby za pomocą herbaty i tartynek ułatwić porozumienie się, choć właściwie mówiąc, sam zapewne dobrze nie wie, na czym to porozumienie ma polegać. Ja, jako człowiek mieszkający prawie stale poza krajem, przyjechałem na owo zebranie, aby poznać, co też się dzieje w głowach tutejszych, i przysłuchać się, jak one rozumują. Było tłumno i wskutek tego nudno, a zarazem działo się to, co się zwykle dzieje na zbyt tłumnych zebraniach. Oto ludzie jednakich sposobów myślenia zbierali się w kółka w osobnych pokojach, tam sobie mówili o rzeczach, które ich obchodzą, tam sobie świadczyli wzajemnie, oddawali słuszność itp. Poznałem wielu radców tutejszych i przedstawicieli prasy. Za granicą wielka jest różnica między pisarzem a dziennikarzem. Pierwszego uważają za artystę i myśliciela, drugiego za procederzystę (nie umiem tego inaczej nazwać). Tu różnica ta nie istnieje i ludzi z obu tych kategorii chrzczą jednym wspólnym mianem: literat. Większość też z nich zajmuje się i dziennikarstwem, i literaturą. Osobiście są powszechnie porządniejszymi ludźmi od dziennikarzy zagranicznych. Nie lubię prasy i uważam ją za jedną z plag trapiących ludzkość. Szybkość, z jaką zaznajamia ludzi z wypadkami, równoważy się pobieżnością informacyj, a nie wynagradza tego niesłychanego zbałamucenia opinii publicznej, jakie każdy, kto się nie uprzedza, musi dostrzec. Dzięki gazetom zanikł ten zmysł, na mocy którego ludzie odróżniali prawdę od fałszu, zanikło poczucie słuszności, poczucie prawa i bezprawia, zło stało się bezczelnym, krzywda

poczęła przemawiać językiem sprawiedliwości, słowem - ogólna dusza ludzka stała się niemoralna i oślepła. Był też między innymi na tym zebraniu Stawowski, którego uważają za najlepszą głowę w obozie skrajnie postępowym. Mówił jak człowiek zdolny, ale zarazem chory na dwie choroby: na wątrobę i na własne ja. Nosi on to swoje ja jak szklankę

pełną wody - i ciągle zdaje się mówić: "Ostrożnie, bo się rozleje!" Ten strach udziela się przez sugestię otoczeniu do tego stopnia, że nikt nie śmie przy nim być innego zdania. Powaga jego polega także na tym, że wierzy w to, co mówi. Tego człowieka niesłusznie mają za sceptyka. Przeciwnie, jest to temperament, jaki musieli miewać dawniejsi fanatycy. Stawowski, gdyby się urodził sto kilkadziesiąt lat temu i zasiadał w trybunale, byłby tak samo skazywał ludzi za bluźnierstwa na wyrwanie języka przez kark, jak to czyniono wówczas. Dziś

podstawiło się w ten fanatyzm co innego - dziś wypełnił się nienawiścią do tego, co byłby dawniej kochał, ale zresztą pozostał taki sam. Co zauważyłem, że nasi konserwatyści otaczali Stawowskiego, mniejsza że z ciekawością, ale z pewną czujną kokieterią. U nas, a może i wszędzie, partia ta mało ma odwagi. Każdy zbliżał się do Stawowskiego z oczyma słodkimi jak figi i z frazesem jakby wymalowanym na czole: "Jakkolwiek jestem, panie, konserwatystą, jednakże..". I to jednakże było bramą jakiejś skruchy, a zarazem i wszelkiego rodzaju ustępstw. Było to tak wyraźne, że gdy ja, który jestem sceptykiem względem wszystkich obozów, począłem się sprzeczać ze Stawowskim, nie jako przedstawiciel czegokolwiek, ale po prostu jako człowiek, który w danym wypadku jest innego zdania, moja zuchwałość wzbudziła pewien podziw. Chodziło o klasy tak zwane wyzyskiwane. Stawowski jął się rozwodzić nad ich położeniem bez

wyjścia, nad ich słabością, nad brakiem zdolności do obrony - i właśnie poczęło się koło niego tworzyć kółko coraz większe, gdy mu przerwałem:

- Proszę pana, czy pan uznajesz teorię Darwina walki o byt? Stawowski, który jest z zawodu przyrodnikiem, chętnie przyjął rozprawę na tym polu.

- Naturalnie! - rzekł.

- To pozwól pan sobie powiedzieć, że jesteś niekonsekwentny. Bo gdybym ja, jako

chrześcijanin, troszczył się o słabych, bezbronnych, uciśnionych - to by było słuszne: mnie Chrystus tak kazał; ale pan ze stanowiska walki o byt powinien byś

sobie powiedzieć: są słabi, są głupi, więc muszą iść na łup nie tych, to tych -

to jest kapitalne prawo natury - więc pal ich licho! Dlaczego pan sobie tego nie mówisz?... Wytłumacz mi tę sprzeczność! Czy, że Stawowski stropił się opozycją, do której nie jest przyzwyczajony, czy istotnie tych rzeczy nie zestawiał nigdy w myśli, dość że na razie nie znalazł odpowiedzi, zmieszał się i nie zdobył się nawet na wyraz: altruizm, który zresztą jest dosyć czczym wyrazem. Na ten widok poczęła się tłumna emigracja naszych konserwatystów na moją stronę i byłbym mógł z łatwością zostać bohaterem wieczoru, gdyby nie to, że było późno, żem się znudził i że chciałem wrócić na noc do Płoszowa. Powoli też zabierali się i wszyscy. Miałem już futro na sobie i szukałem, trochę zniecierpliwiony, między futrem a surdutem binokli, które mi się gdzieś zadziały, gdy Stawowski, znalazłszy widocznie odpowiedź, zbliżył się do mnie i rzekł:

- Pan mnie pytałeś, dlaczego ja... Alem mu przerwał, bom szukał ciągle binokli i zły byłem nie mogąc ich znaleźć.

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec