Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu

4 marca. Dzień dzisiejszy tak zakończył się dla mnie, że muszę zbierać cały spokój i

zimną krew, żeby przy opisywaniu trzymać się kolejnego porządku - nie zaś poczynać od zakończenia. Jednak nie mogę wytrzymać. Oto kości są rzucone lub tak jak rzucone. Nie umiałbym nic napisać, gdybym przede wszystkim tego nie napisał. A teraz mogę zacząć. Przyjechali koło południa na wczesny obiad Śniatyńscy. Dziś w teatrze jego nowa sztuka, więc musieli wracać na wieczór do miasta. Jakkolwiek dobrze nam jest w pustelni płoszowskiej, jednak przyjazd ich ucieszył nas.

Anielka ma dla niej wiele szczerej przyjaźni - przypuszczam także, że czuła potrzebę wyspowiadania się przed kimś ze wszystkiego, co jej się w piersiach zebrało. Pani Śniatyńska domyślała się od początku, jak rzeczy stoją, i podsadzała nawet, jak mogła, swoje ramionka pod ten wóz, żeby jak najprędzej z miejsca ruszył. Zaledwie przyjechali i zaledwie zaczęła się gawęda o naszym ustroniu wiejskim, powiedziała zaraz do ciotki:

- Ach! jak tu miło i zacisznie! Rozumiem, że i tej młodej parze dobrze tu ze sobą i że nie tęskni do Warszawy. I ja, i Anielcia zrozumieliśmy doskonale, że pani Śniatyńska, nazywając nas młodą parą, nie wiek nasz ma na względzie. Zresztą powtórzyła z dziesięć razy

umyślnie w czasie obiadu: to "młoda para", to "państwo młodzi" - niby przeciwstawiając nas starszym paniom. Tyle było jednak sympatii dla nas w spojrzeniach pani Śniatyńskiej, tyle czysto kobiecego nastawiania uszków na wszystko, co do siebie mówimy, i tak było kobietce z tym ładnie, że chętnie przebaczam jej owo poczciwe wścibstwo. Doszedłem do tego, że mnie to umyślne łączenie naszych imion raczej gładzi po sercu, niż drażni. Anielka zdawała się także słuchać tego z przyjemnością. W jej uprzejmości dla Śniatyńskich, w tym zajmowaniu się nimi podczas obiadu było coś takiego, że robiła istotnie wrażenie młodej gospodyni, przyjmującej po raz pierwszy miłych

gości we własnym domu. W ciotce serce rosło na ten widok - i przez cały obiad prawiła grzeczności Śniatyńskim. Dostrzegłem przy tym niesłychaną rzecz, której bym stanowczo nie wierzył, gdybym własnymi oczyma na to nie patrzył: oto pani Śniatyńskiej czerwienią się uszy, gdy ktoś wychwala jej męża. Czerwienić się z powodu męża po ośmiu latach pożycia... nie!... czy ja nie popisałem wypadkiem kapitalnych głupstw, pisząc poprzednio o Polkach? Obiad zeszedł nam wybornie. Taka jedna para może narobić małżeństw jak maku, każdy bowiem patrząc na nich musi sobie powiedzieć: E! jeśli to tak, to się żenię! Ja przynajmniej pierwszy raz widziałem małżeństwo nie w szarym mroku prozy życia, spowszednienia, ukrywania mniej więcej obojętności, ale w takim wesołym świetle. Anielka widocznie również widziała naszą przyszłość przez to światło; poznałem, że tak jest, z jej rozjaśnionej twarzy. Po obiedzie zostaliśmy ze Śniatyńskim w jadalnym pokoju, wiedziałem bowiem, że on rad wypija jeden i drugi kieliszek koniaku po kawie; starsze panie przeszły do bocznego salonu. Anielka z panią Śniatyńską pobiegły na górę po jakieś albumy z widokami Wołynia, ja zaś począłem wypytywać Śniatyńskiego o jego sztukę, o którą był niespokojny. Rozmowa przeszła następnie na nasze dawne czasy, kiedyśmy to obaj próbowali wzlatywać na nieopierzonych jeszcze skrzydłach. Śniatyński opowiadał mi, jak stopniowo przychodziło mu uznanie, jak nieraz wątpił o sobie i jak jeszcze często wątpi, mimo iż się do pewnego stopnia wybił.

- Powiedz mi - spytałem - co ty robisz ze swoją sławą?

- Jak to, co robię ze sławą?

- No, czy ją nosisz jak mitrę na głowie, czy jak złote runo na szyi, czy to stoi na twoim biurku, czy wisi w salonie? Pytam jak człowiek, który nie ma pojęcia, co to jest i co się z tym robi, gdy się to ma.

- Przypuśćmy, że to mam, więc ci odpowiem tak: trzeba być diablo źle urodzonym duchowo, żeby tak zwaną sławę nosić na głowie, na szyi, stawiać na biurku albo wieszać w salonie. Przyznaję, że to łechce z początku miłość własną, ale tylko parweniuszowi duchowemu może takie łechtanie wypełnić życie i zastąpić wszystkie pozostałe gatunki szczęścia. Inna rzecz przeświadczenie, że to, co robię,

znajduje uznanie i budzi echo - z tego publiczny człowiek może być zadowolony. Ale żeby mnie, prywatnego, miało uszczęśliwiać to, że mi ktoś w salonie powie z mniej więcej głupią miną: "Tyle przyjemnych chwil panu zawdzięczamy", albo, że gdy zjem coś niestrawnego, to jakiś dziennik zaraz napisze: "Dzielimy się z

czytelnikami smutną wiadomością, że naszego znakomitego X. X. brzuch boli" -

żeby mnie to miało uszczęśliwiać? - fi! za kogo mnie masz?

- Słuchaj - rzekłem - ja także nie jestem próżny, ale człowiek chce od ludzi jakiegoś uznania. Jest to namiętność wrodzona. Dalibóg nie jestem próżny, a jednak powiem ci szczerze: gdy ludzie widzą we mnie jakieś zdolności, gdy mówią o nich, gdy ich żałują, to chociaż wówczas moja nicość staje mi wyraźniej niż

kiedykolwiek przed oczyma - jednak to mnie cokolwiek łechce, jednak mi to

sprawia jakąś - może gorzką przyjemność, ale przyjemność.

- Bo się żałujesz, w czym zresztą masz rację. Nie odwracaj kwestii. Ja wcale nie dowodzę, żeby to mogło komuś sprawić przyjemność, gdy go nazwą osłem.

- Ale ten szacunek ludzki, który idzie za sławą? Śniatyński, który jest bardzo żywy i który w czasie rozmowy ma zwyczaj latać po pokoju, przysiadać na wszystkich stołkach, stołach, przysiadł tym razem na oknie i odpowiedział:

- Szacunek? Mylisz się, mój kochany. My jesteśmy dziwnym społeczeństwem. U nas

panuje czysto republikańska zazdrość. Ja piszę komedię, pracuję dla teatru -

dobrze! zyskałem pewien rozgłos - jeszcze lepiej; otóż tych komedii będzie mi u

nas zazdrościł - myślisz, że tylko drugi komediopisarz? - nieprawda! Będzie mi ich zazdrościł inżynier, urzędnik bankowy, pedagog, lekarz, ajent kolejowy, słowem, ludzie, którzy by i tak nigdy nie pisali komedyj. Ci wszyscy w stosunkach z tobą będą ci okazywali, że mało sobie z ciebie robią, w rozmowach poza twoimi oczami będą cię lekceważyli, będą cię umyślnie umniejszali, żeby się przez to samo mogli więksi wydać. Jeśli kto kazał sobie u tego samego krawca surdut zrobić, to przy pierwszej sposobności ruszy ramionami i powie: Śniatyński? wielka rzecz! ubiera się u Pacykiewicza, tak jak i ja! Oto, jak u

nas jest - oto, co prowadzi za sobą twoja sława! - Musi jednak ona być coś warta, skoro sobie ludzie dla niej i przez nią karki kręcą. Śniatyński zamyślił się nieco i odpowiedział z powagą:

- W prywatnym życiu sława jest tyle coś warta, że można z niej zrobić podnóżek dla kochanej kobiety.

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec