Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu - cz.2

Bez dogmatu - część II Warszawa, 31 maja. Pani L., opiekunka jednego z tutejszych towarzystw dobroczynnych, prosiła Klarę o drugi koncert na rzecz tegoż towarzystwa. Klara odmówiła, tłumacząc się tym, że pracuje nad większym utworem muzycznym i potrzebuje całego skupienia umysłu. Do listu jednak, który był wzorem uprzejmej odmowy, dołączyła taką samą sumę, jaką przyniósł pierwszy jej koncert. Łatwo zrozumieć, jakie wrażenie uczynił jej postępek w Warszawie. Dzienniki rozpisują się o tym dotychczas, wynosząc pod niebiosa artystkę i jej wspaniałomyślność. Naturalnie fortuna jej ojca, który jest istotnie bardzo bogaty, urosła w ich opowiadaniach w trójnasób. Nie wiem, skąd się wzięły w towarzystwie wiadomości, że Klara wychodzi za mnie za mąż. Może powód do nich dała nasza dawna znajomość i zażyłość oraz przesadzone wieści o milionach artystki. Byłem z tego powodu trochę zły, ale po namyśle postanowiłem wieściom nie przeczyć, bo stawiają one mój stosunek do Anielki poza obrębem wszelkich podejrzeń. Gdym był dziś na południowym przyjęciu u Klary, pierwsza pani Korycka zbliżyła się do mnie z miną wielce dowcipną i przy kilkunastu osobach ze świata muzycznego i z naszego warszawskiego high-life'u rzekła na cały głos:

- Kuzynku, kto to w mitologii nie mógł się oprzeć śpiewowi syreny?

- Nikt się nie oparł, kuzynko - odpowiedziałem - z wyjątkiem Odysa, ale i ten oparł się tylko dlatego, że był przywiązany do masztu.

- A ty byłeś mniej przezorny? Kilka osób przygryzło usta czekając mojej odpowiedzi, więc odrzekłem:

- Czasem i to nie pomaga. Ty wiesz najlepiej, że miłość rozrywa wszelkie węzły. Pani Korycka zmieszała się mimo całej pewności siebie, ja zaś odniosłem jedno z takich małych zwycięstw, o których opowiada się po salonach z nieodłączną cytatą przysłowia: "Trafiła kosa na kamień!" Czy ludzie powtarzają sobie, czy nie, że się żenię z Klarą, jest mi to obojętne, a nawet dla powodów, które wymieniłem, wolę, że tak mówią. Nie spodziewałem się jednak, że moje odwiedziny u Klary skończą się nieprzyjemnie z powodu jej samej. Gdy ludzie porozchodzili się i zostałem tylko ze Śniatyńskim, Klara poczęła nam grać swój świeżo ułożony koncert, rzeczywiście tak wspaniały, że nie mogliśmy znaleźć dość pochwał; tymczasem, powtórzywszy na nasze żądanie finał, Klara rzekła nagle:

- To jest pożegnanie - bo wreszcie wszystko na świecie kończy się pożegnaniem.

- Przecie pani nie myśli nas opuścić? - spytał Śniatyński.

- Najdalej za dziesięć dni muszę być w Frankfurcie - odpowiedziała Klara. Tu Śniatyński zwrócił się do mnie:

- Cóż ty na to, ty, który w Płoszowie karmiłeś nas nadzieją, że pani na zawsze z nami zostanie?

- I powtórzę raz jeszcze, że wspomnienie pani na zawsze z nami zostanie.

- Ja też to tak rozumiałam - odrzekła z naiwną rezygnacją Klara. Mnie zaś porwała złość na siebie, na Śniatyńskiego i na Klarę. Nie jestem ani dość próżny, ani dość głupi, ani dość płaski, by mnie nad wszystko miał cieszyć każdy podbój; myśl więc o tym, że Klara może naprawdę kochać się we mnie i żywić nieuzasadnione nadzieje, była mi nad wyraz przykrą. Wiedziałem, że ona ma dla mnie jakieś nieokreślone uczucie, które w danym razie mogłoby się rozwinąć bardzo silnie, ale nie spodziewałem się, żeby to uczucie śmiało czegoś żądać i czegoś się spodziewać. Przyszło mi nagle do głowy, że cała zapowiedź wyjazdu może być tylko chęcią sprawdzenia, jak ja przyjmę tę wiadomość. Przyjąłem ją więc jak najchłodniej. Miłość taka, jaką mam dla Anielki, powinna uczyć współczucia; tymczasem nie tylko smutek Klary i jej wzmianka o wyjeździe nie

wzruszyły mnie, ale wydały mi się wprost zuchwałym uroszczeniem - i obrazą dla mnie. Dlaczego? Przecie nie z żadnych względów rodowych. Daleki jestem od podobnego rodzaju poglądów. Na razie nie umiałem sobie zdać z tego sprawy, teraz jednak tłumaczę sobie to dziwne zjawisko moją przynależnością do Anielki, tak bezwzględną i wyłączną, iż wydaje mi się, że każda kobieta, żądająca ode mnie choćby jednego tylko uderzenia serca, porywa się tym samym na własność Anielki. To tłumaczenie wystarcza mi. Niewątpliwie pożegnam Klarę bardzo serdecznie, gdy będzie już w wagonie, ale ta przedwczesna zapowiedź wyjazdu napełniła mnie niesmakiem! Ach! Chyba jednej Anielce wolno by było deptać bezkarnie po moich nerwach. Nigdy nie patrzyłem na Klarę tak niechętnie i tak krytycznie jak w tej chwili. Po raz pierwszy spostrzegłem, że obfitość jej kształtów, jej jasna cera, ciemne włosy, błękitne, za wypukłe oczy i usta koloru wiśni, słowem, że cała jej piękność przypomina niesmaczne obrazy przedstawiające haremowe huryski lub co gorzej, oel-druki widywane w drugorzędnych hotelach. Wyszedłem od niej w jak najgorszym usposobieniu i udałem się wprost do księgarni, w której chciałem wybrać kilka książek dla Anielki. Już od tygodnia myślałem nad tym, co by jej dać do czytania. Nie chciałem pominąć i tego środka; naprawdę jednak nie przywiązuję do niego wielkiej wagi, gdyż działa on bardzo powolnie. Zauważyłem przy tym, że dla naszych kobiet, mających nierównie bujniejszą fantazję niż temperament, książka pozostaje zawsze czymś nierzeczywistym. Jeśli nawet trafia na istotę bardzo wrażliwą, wytwarza w najlepszym razie w jej głowie jakiś świat oderwany, bezcielesny, nie mający najmniejszego związku z życiem praktycznym. Prawie żadnej z naszych kobiet nie przyjdzie do głowy, żeby pojęcia, poczerpnięte z książek, mogły być stosowane do osobistego postępowania. Jestem przekonany, że gdyby jaki wielki i sławny autor usiłował dowieść Anielce, że na przykład czystość myśli i duszy w kobiecie nie

tylko jest zbyteczną, ale ze stanowiska moralności wprost naganną - i co więcej

- gdyby tego jakim cudem dowiódł, Anielka sądziłaby, że ta zasada stosować się może do całego świata, z wyjątkiem do jej osoby. Co najwyżej mogę się spodziewać, że czytanie odpowiednich książek oswoi Anielkę z pewnego rodzaju liberalizmem uczuć i myśli. Właściwie też nie życzę sobie niczego więcej. Kochając ją z całej duszy, pragnę, by odpowiedziała memu uczuciu, szukam do tego dróg, nie pomijam żadnej i oto wszystko. Ja, który się nie okłamuję nigdy, powiadam sobie otwarcie: pragnę doprowadzić Anielkę do tego, by poświęciła męża dla mnie, ale nie chcę jej ani popsuć, ani zbrudzić. Niech mi nikt nie mówi, że jedno wyłącza drugie i że to jest sofizmat; ja i tak mam w sobie sceptycznego diabła, który dokucza mi i co chwila mówi: Tworzysz teorie dla siebie; droga wiarołomstwa jest drogą zepsucia; gdyby ci było dogodniej, tworzyłbyś teorie przeciwne. Ile w tym męki! Ale oto, co odpowiadam memu diabłu: O teoriach przeciwnych mógłbym równie dobrze wątpić; obmyślam, co się da

obmyślić na obronę mego kochania - bo to moje naturalne prawo. Drugim, jeszcze większym naturalnym prawem jest miłość. Bywają uczucia płaskie i pospolite albo wyniosłe i niepowszednie. Kobieta, która idzie za głosem wielkiego uczucia, nie traci szlachectwa duszy, choćby była zamężna. Taką wielką, wyjątkową miłość pragnę właśnie wzbudzić w sercu Anielki i dlatego mogę powiedzieć, że jej nie chcę popsuć lub zbrudzić. Wreszcie te rozprawy wewnętrzne nie prowadzą do niczego. Gdybym nawet nie miał najmniejszej wątpliwości, że źle czynię, gdybym nie potrafił dać ani jednej zwycięskiej odpowiedzi memu Chochlikowi, nie przestałbym wskutek tego kochać i poszedłbym zawsze za siłą większą, to jest postępowałbym tak, jakby mi nakazywało żywe uczucie, nie oderwane rozumowania. Ale prawdziwym nieszczęściem analizujących i przeanalizowanych ludzi współczesnych jest to, że nie wierząc w rezultaty analizy, mają zarazem nieprzezwyciężony nałóg badania wszystkiego, co w nich zachodzi. Tak jest i ze mną. Od pewnego czasu trapi mnie pytanie, jakim sposobem dzieje się, że ja, którego istota jest pochłonięta przez uczucie, umiem być tak czujny, obmyślam tak wszystkie środki, mające mnie poprowadzić do celu, tak zdaję sobie z nich sprawę, jakbym to czynił na zimno lub raczej jakby ta czynił za mnie kto inny. Oto, co mogę w tym względzie odpowiedzieć, Przede wszystkim człowiek dzisiejszy zachowuje zawsze jakąś część duszy, której używa do obserwowania reszty. Prócz tego cała ta zabiegliwość uczucia, pełna rozmysłu, obliczeń, nawet zasadzek, pozornie zimna, stoi właśnie w stosunku prostym do temperatury tegoż uczucia. Im ono jest gorętsze, tym silniej zmusza chłodny rozum do natężonej służby. Bo, powtarzam jeszcze raz, że miłość źle sobie wyobrażają z zawiązanymi oczyma. Ona

nie potłumia rozumu tak dobrze, jak nie potłumia bicia serca lub oddychania - ona go tylko podbija. Rozum staje się wówczas pierwszym jej doradcą i narzędziem podboju; inaczej mówiąc, staje się Agrypą cezara Augusta. On trzyma wszystkie siły w rozbudzeniu, on prowadzi wojska, on odnosi zwycięstwa; on sadza swego

władcę na tryumfalnym wozie, on wreszcie wznosi - nie Panteon, jak historyczny

Agrypa - ale Monoteon, w którym służy na kolanach jedynemu bóstwu cezara. W tym mikrokosmie, jakim jest człowiek, rola rozumu jest nawet większa niż rola hetmana, on bowiem odbija do nieskończoności świadomość wszystkiego i siebie samego, jak zbiór odpowiednio ustawionych zwierciadeł odbija do nieskończoności dany przedmiot. 1 czerwca. Wczoraj odebrałem wiadomość z Gasteinu. Mieszkanie dla pani Celiny i Anielki jest już najęte. Posłałem im zaraz tę wiadomość, wraz z całą paczką powieści George Sand i Balzaca. Dziś jest niedziela, pierwszy dzień wyścigów. Ciotka przyjechała z Płoszowa i stoi u mnie. Oczywiście była na wyścigach i jest całkowicie nimi zajęta. Ale konie nasze: Naughtyboy i Aurora, które już od dwóch dni przebywają wraz z Webem i dżokejem Dżakiem Goose w mojej stajni, biegają dopiero w następny czwartek, więc ten pierwszy dzień obchodził ciotkę tylko platonicznie. Natomiast trudno mi opisać, co się u nas wyrabia. Stajnie nasze zmieniły się w fortece. Ciotce się zdaje, że dżokeje innych hodowców drżą na samo wspomnienie Naughtyboya i że gotowi użyć wszelkich środków, byle go uczynić niezdolnym do biegu lub osłabić, wskutek czego w każdym przekupniu pomarańcz lub kataryniarzu widzi przebranego nieprzyjaciela, zakradającego się w złych zamiarach na nasze podwórze. Szwajcar w bramie i stróż domowy dostali najsurowsze polecenia, by zwracali uwagę na każdego wchodzącego. W stajni straż jeszcze pilniejsza. Trener Web, jako prawdziwy Anglik, zachowuje zimną krew, ale nieszczęśliwy Dżak Goose, który jest rodem z Burzan i którego nazwisko jest dosłownym przekładem z polskiego: Kuba Gąsior, traci zupełnie głowę; ciotka bowiem łaje nieustannie i jego, i dwóch innych stajennych, przybyłych również z Burzan dla pilnowania koni. Przesiadywała tak ciągle u Naughtyboya, że ledwiem ją widział, i dopiero na odjezdnym powiedziała mi dobrą nowinę: pani Celina, która znów jest jakaś silniejsza, postanowiła, że Anielka koniecznie ma być na czwartkowych wyścigach. Sądzę, iż pani Celina domyśliła się, że ciotce będzie to przyjemne; zresztą, ona doskonale może pozostać przez jeden dzień pod opieką panien służących i doktora. Anielka zaś, która siedzi jak zamurowana w Płoszowie, potrzebuje rzeczywiście jakiejś rozrywki. Dla mnie to radość wielka. Sama myśl, że ona będzie pod moim dachem, ma dla mnie dziwny urok. W tym domu począłem ją kochać, a może i jej serce uderzyło żywiej dla mnie po raz pierwszy także tu, po owym wieczorze, który ciotka dla niej wydała. Wszystko będzie jej tutaj przypominało te chwile. 2 czerwca. Dobrze, że nie kazałem jeszcze przerabiać sal na muzeum. Przyszło mi do głowy prosić po wyścigach kilka miłych Anielce osób na obiad. Tym sposobem zatrzymam

ją o parę godzin dłużej pod moim dachem - a przy tym ona zrozumie, że to będzie obiad dla niej, na jej cześć. 3 czerwca. Zakupiłem morze kwiatów; kazałem ubrać nimi całe schody i dwie sale. Pokój Anielki został zupełnie taki, jakim był w czasie, gdy ona go zajmowała. Przypuszczam, że te panie przyjadą rano i że Anielka zechce się przebrać w nim na wyścigi; kazałem więc postawić tam duże zwierciadło i urządzić całą gotowalnię kobiecą. Anielka wszędzie spostrzeże dowody mej troskliwości, pamięci i uczucia. Teraz dopiero, pisząc, spostrzegam się, o ile, mi jest lepiej, gdy się czymśkolwiek zajmuję, gdy mnie jakieś zewnętrzne czynności wyrywają z błędnego koła refleksji i rozmyślania nad samym sobą. Sądzę, że wbijanie w ścianę gwoździ, na których mają wisieć obrazy w przyszłym muzeum, byłoby więcej warte od tego wewnętrznego obwijania jednej myśli naokół drugiej. Czemu ja już nie mogę być człowiekiem prostym! Gdybym nim umiał być w swoim czasie, byłbym dziś jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie. 4 czerwca. Byłem dziś z zaproszeniem u Śniatyńskich i u kilku innych osób. Śniatyński, zgodnie z moim życzeniem, rozpuścił już na cztery strony świata wiadomość, że sprowadzam zbiory ojcowskie do Warszawy i urządzam dostępne dla publiczności muzeum. Jestem bohaterem dnia. Wszystkie dzienniki rozpisują się o tym, dając

przy sposobności odpowiednią lekcję ludziom możnym - którzy trwonią czas i

pieniądze za granicą - etc. Tak znam ich styl i sposób pisania, że przewidziałem z góry, co napiszą, począwszy od treści, a skończywszy na takich frazesach, jak noblesse oblige itp. Ale wszystko to jest mi na rękę. Zebrałem całą paczkę gazet, by pokazać je ciotce i Anielce. 5 czerwca. Wyścigi przyśpieszono o dzień z powodu jutrzejszego święta. Anielka i ciotka przyjechały dziś rano w towarzystwie pokojowej i całego stosu pudeł zawierających wyścigowe tualety. Pierwszy rzut oka na Anielkę wzruszył mnie i przestraszył. Znalazłem, że zmizerniała bardzo; policzki jej pobladły, straciła swój dawny ciepły koloryt, zeszczuplała, i było w niej coś mglistego, co mi przypomniało postacie Puvis'a de Chavannes. Ciotka i matka jej nie widzą tego, bo są ciągle z nią razem, ale dla mnie, po kilku dniach niebytności w Płoszowie, różnica już jest wyraźna. Ogarnia mnie skrucha i serdeczna litość. Oczywiście, że przyczyną tego wszystkiego jest rozterka i walka wewnętrzna w jej sercu. Gdybyż ona chciała ją rozstrzygnąć, gdybyż chciała pójść za głosem tego serca,

które jest moje, po sto razy moje, i które przemawia za mną - skończyłby się jej niepokój, a zaczęło szczęście. Ja zapadam coraz głębiej w moje piaski chłonące. Zdaje mi się przecie, że znam każdy szczegół, każdy najdrobniejszy rys twarzy Anielki i że wyobrażam ją sobie, gdy jej nie widzę, jakby żywa stała przede mną, a jednak za każdym razem, ujrzawszy ją po kilku dniach rozstania, odkrywam w niej jakiś nowy urok i znajduję nowe upodobanie. Nie umiem nawet wypowiedzieć, do jakiego stopnia ona zadowalnia mnie estetycznie, jak głęboko odczuwam, że to jest mój rodzaj, moja piękność, moja kobieta. To odczuwanie daje mi jakąś wpół mistyczną, wpół zbliżoną do przyrodniczej hipotezy wiarę, że natura przeznaczyła ją dla mnie. I teraz, gdym, usłyszawszy turkot powozu na dziedzińcu, zbiegł na dół, by powitać te panie, doznałem znów owego wrażenia, które bym nazwał oddawanie się w moc jej urokowi; znów rzeczywistość wydała mi się doskonalszą od obrazu, jaki nosiłem w duszy. Anielka ubrana była w lekki podróżny płaszczyk z surowego jedwabiu; kapelusz jej okręcała długa, szara woalka, zawiązana a ľanglaise pod brodą, i z tych szarych ramek uśmiechała się jej śliczna, droga twarz, zawsze podobniejsza raczej do twarzy dziewczynki niż zamężnej kobiety. Przywitała mnie niezwykle wesoło i serdecznie: widocznie ranna przejażdżka i nadzieja zabawy wprowadziła ją w dobre usposobienie; napełniło mnie to radością, bom pomyślał, że ją jednak cieszy mój widok, a Płoszów beze mnie wydaje się jej pustszy i nudniejszy. Jako gościnny gospodarz, podałem jedno ramię ciotce, drugie Anielce, na co zresztą szerokość schodów pozwala, i poprowadziłem je na górę. Na widok wspaniale przybranych kwiatami schodów ogarnęło je wielkie zdziwienie, ja zaś rzekłem:

- To jest moja niespodzianka... Tu przycisnąłem nieco ramię Anielki, ale tak lekko, że mogło to ujść za ruch przypadkowy i mimowolny, następnie zwróciłem się do ciotki:

- Daję obiad dla uczczenia zwycięstwa rodziny Płoszowskich. Ciotkę rozczuliła bardzo moja intencja. Ach, gdyby wiedziała, jak mało mnie obchodził w tej chwili Naughtyboy i wszystkie zwycięstwa, jakie konie rodziny Płoszowskich mogły odnieść na turfach całej Europy! Anielka za to odgadła widocznie, co należy myśleć o moich intencjach, była jednak w tak ożywionym usposobieniu, że spojrzawszy na mnie przelotnie, przygryzła w uśmiechu usta. Ja zaś małom nie stracił głowy. Zdawało mi się, że widzę w Anielce odcień jakiejś wesołej kokieterii, którego nie było w niej dotąd. Niepodobna, pomyślałem sobie, żeby ona nie miała całkiem miłości własnej, żeby jej to ani trochę nie pochlebiało, iż wszystko, co czynię, czynię dla niej i przez nią. Tymczasem ciotka, zdjąwszy płaszcz od kurzu, poszła oglądać Naughtyboya i Aurorę, ja zaś podałem Anielce listę zaproszonych na obiad osób i rzekłem:

- Starałem się wybrać tylko miłych ci ludzi, ale jeśli jeszcze każesz kogo zaprosić, natychmiast wyślę zaproszenie albo sam pojadę.

- To cioci pokaż - odpowiedziała Anielka - niech ciocia wybiera.

- Nie. Ciotka będzie siedziała na pierwszym miejscu i będziemy do niej przychodzili z życzeniami lub kondolencją, a rolę gospodyni w tym domu przeznaczyłem tobie. Anielka zaczerwieniła się nieco i chcąc zwrócić rozmowę, rzekła:

- Mój Leonie, czy aby ten Naughtyboy wygra, bo ciotka tak na to liczy i tak jej o to chodzi?

- Jam już wygrał, bo mam takiego gościa, jak to stworzenie, które oto siedzi przede mną.

- Ty sobie żartujesz, a ja doprawdy boję się.

- Ciotka, widzisz - odrzekłem poważniej - nawet w razie przegranej, będzie miała jedną wielką pociechę. Moje zbiory za jakie kilka tygodni będą już w Warszawie, a to było jej marzenie od lat kilkunastu. Jeszcze ojca namawiała na przeniesienie ich do kraju bardzo usilnie. Już wszystkie gazety rozpisują się o

tym - i co za pochwały czytałem o sobie - to trudno wypowiedzieć. A jej droga twarz rozjaśniła się w jednej chwili.

- Pokaż, przeczytaj! - rzekła. Miałem ochotę całować ją po rękach za ten przebłysk radości. Był to dla mnie nowy dowód. Przecie, gdybym jej był zupełnie obojętny, nie cieszyłyby ją tak pochwały dla mnie.

- Nie - odrzekłem - przeczytam, jak ciotka wróci, a raczej poproszę ją, żeby sama przeczytała, ja zaś schowam się przez ten czas za ciebie, bo będę miał niemądrą minę, a przede wszystkim nie chcę, żebyś ty moją niemądrą minę widziała.

- Dlaczego masz mieć niemądrą minę?

- Dlatego, że wszystko to nie moja zasługa, tylko twoja. Te pochwały tobie się należą. Co bym dał za to, żebym mógł powiedzieć panom dziennikarzom: Jeśli to uważacie za tak wielką rzecz, to jedźcie gremialnie do Płoszowa i tam klęknijcie u pewnych nóżek...

- Leonie! Leonie! - przerwała Anielka.

- Cicho, małe nic-dobrego, bo i ja to zrobię, i nie wstanę pierwej, póki nie przyznasz, że to twój wpływ. Anielka sama nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Słowa moje były wprawdzie mową człowieka zakochanego bez pamięci, ale ten ton swobodny, żartobliwy i wesoły wytwarzał pewnego rodzaju nastrój, wobec którego tragiczne przyjmowanie tego, com mówił, było wprost niemożliwe. Ja zaś rad byłem z tego nowego sposobu, bo widziałem, że za pomocą niego można dużo wypowiedzieć i dużo wyznań wcisnąć. Nie chcąc go jednak ani nadużywać, ani przeciągnąć, począłem w tej chwili mówić poważniej o zmianach, jakie zamierzam wprowadzić w domu.

- Całe piętro przeznaczam na pomieszczenie zbiorów - rzekłem - z wyjątkiem tego jednego pokoju, w którym ty zaprzeszłej zimy mieszkałaś. Ten zostanie, jak był. Pozwoliłem go sobie tylko trochę dziś przyozdobić na twoje przyjęcie. Tak mówiąc poprowadziłem ją ku drzwiom. Anielka, stanąwszy w progu, nie mogła powstrzymać okrzyku:

- Ach! co za kwiaty! Ja zaś powiedziałem z cicha:

- Tyś sama kwiat, najpiękniejszy w świecie... Po czym dodałem poważnie:

- Ty mi przecie, Anielko, wierzysz, gdy ci mówię, że tu chcę kiedyś umrzeć. Och! ile było szczerości w tym, com powiedział. Twarz Anielki zaszła jakby mgłą; radość jej zgasła. Widziałem, że ją słowa moje wzruszyły bardzo, jak wzrusza każdy prawdziwy krzyk serca. Przez jedno mgnienie oka jej głowa, ramiona i piersi zadrgały, jakby jakaś siła, stanąwszy za nią, popchnęła ją nagle ku mnie. Ale ona oparła się jeszcze tym razem. Chwilę stała przede mną z oczyma nakrytymi przez powieki, wreszcie rzekła z jakąś smutną powagą:

- Pozwól mi być z tobą swobodną. Nie zasmucaj mnie.

- Dobrze, Anielko - rzekłem - układ zawarty, oto moja ręka! I wyciągnąłem ku niej dłoń. Anielka oddała mi uścisk tak silnie, jakby nim chciała wypowiedzieć wszystko, czego zabroniła powiedzieć ustom. Nagrodził on mi też tysiąckrotnie wszelkie słowa i upoił mnie tak, iż ledwiem się na nogach nie zachwiał. Po raz pierwszy od czasu mego powrotu uczułem wyraźnie, że oto obejmuję w posiadanie tę istotę, wraz z jej duszą i ciałem. Było to wrażenie szczęścia tak niezmiernego, iż łączył się z nim jakiś strach. Otwierał się przede mną nowy, nieznany świat. Jestem od tej chwili przekonany, że opór jej to tylko kwestia niedługiego czasu i mojej odwagi. Ciotka wróciła ze stajen w różowym usposobieniu; żaden zamach na szacowne zdrowie Naughtyboya nie miał miejsca. Trener Web na wszystkie pytania ciotki znajdował tylko jedną odpowiedź: All right. Dżak Goose pełen był animuszu. Poszliśmy do okien, by widzieć, jak przyszłego zwycięzcę będą wyprowadzali ze stajni, zbliżała się bowiem chwila, w której miał wyruszyć na Pole Mokotowskie i tam dreptać w kółko, czekając na swoją kolej. Jakoż po kilku minutach ujrzeliśmy, jak dwaj stajenni wyprowadzali go na dziedziniec, ale oczy nasze nie bardzo mogły się nasycić pięknością jego kształtów, był bowiem jakby zaszyty w pokrowiec. Tylko przez otwory, powycinane w kapie, widać było jego wielkie, łagodne oczy, spod dolnego obrębu zaś wysuwały się jego sprężyste nogi, które istotnie zdawały się być ze stali wykute. Za nim postępował Web, w końcu zaś nasz domorosły, mały Anglik, Dżak Goose, przybrany w nowy surdut, pokrywający kurtkę, i w dżokejskie buty. Na drogę krzyknąłem mu przez otwarte okno:

- A nie daj się tam, Kuba! On zaś zdjął czapkę i ukazując nią na Naughtyboya odpowiedział wesoło, najczystszym, nielondyńskim, ale burzańskim akcentem:

- Bedom, prosę jaśnie hrabiego, widzieli, ale ino jego zad! Zasiedliśmy do śniadania, które odbywało się pośpiesznie; ciotka jednak znalazła dość czasu, by przy czarnej kawie przeczytać, co mówią dzienniki o sprowadzeniu zbiorów ojca do Warszawy. Dziwna rzecz, jak kobiety są wrażliwe na wszelką

publiczną pochwałę dla bliskich im mężczyzn. Ciotka aż zakwitła z radości - i była wprost nieoszacowana, gdy przerywając co chwila czytanie spoglądała poprzez

okulary na mnie z uwielbieniem, na Anielkę z bacznością - i od czasu do czasu mówiła dogmatycznym tonem:

- Nic nie przesadzili! Zawsze był taki! Ja dziękowałem tylko Bogu, że nie było przy tym jakiego mężczyzny sceptyka; w takim razie naprawdę miałbym niemądrą minę. Nadeszła godzina ubierania się dla pań. Na odchodnym ciotka, ułożywszy jak można najobojętniejszą twarz, rzekła:

- Musimy się śpieszyć, bo obiecałam małej Zawiłowskiej, że ją wezmę na wyścigi; miała jechać z ojcem, ale on parę dni temu miał atak pedogry. To rzekłszy wyszła; my z Anielką spojrzeliśmy po sobie; kąciki jej ust podniosły się w chytrym uśmiechu, a ja rzekłem:

- Anielu, nowe swaty! Ona zaś przyłożyła palec do ust, niby ostrzegając mnie, że za głośno mówię, i znikła w swoim pokoju, ale po chwili śliczna jej główka znów wychyliła się przez drzwi.

- Przypomniałam sobie, żeś nie zaprosił panny Hilst! - rzekła.

- A nie zaprosiłem.

- Dlaczego?

- Bo ja ją kocham w ukryciu - odrzekłem śmiejąc się.

- Nie, czemu jej nie zaprosiłeś?

- Jeśli chcesz, to jeszcze to uczynię.

- Jak ty wolisz - odpowiedziała chowając się na powrót. Ja zaś wolałem nie zapraszać panny Hilst. W godzinę później ruszyliśmy w Aleje Belwederskie. Anielka była ubrana w kremową suknię, strojną koronkami. Tak nauczyłem się wypowiadać jej wszystko oczyma, że czytała w nich wyraźnie mój zachwyt; poznałem to z jej twarzy, na wpół rozpromienionej, na wpół zakłopotanej. Po drodze zatrzymaliśmy się przed willą państwa Zawiłowskich, zaledwie jednak miałem czas zadzwonić, gdy drzwi otworzyły się, i panna Helena, przybrana w szarosrebrzystą suknię, stanęła, a raczej przebiegła koło mnie w całym majestacie, zaledwie kiwnąwszy mi głową. Jest to więcej brzydka niż ładna blondynka, o zimnych, bladoniebieskich oczach, twarzy bez uśmiechu i układzie nadzwyczaj ceremonialnym. Uchodzi ona za wzór dystynkcji, na co bym się chętnie zgodził, gdyby dystynkcja znaczyła to samo, co sztywność. Obejście się jej ze mną jest równie zimne jak jej oczy, a nawet nadto zimne, by mogło być szczere. Jest to po prostu metoda, obrachowana na

podrażnienie mej miłości własnej - i obrachowana głupio, bo mnie nudzi, nie drażni, i dzięki jej, zajmuję się panną Zawiłowską tyle tylko, ile tego grzeczność wymaga. Dziś jednak zajmowałem się nią nieco więcej, miała bowiem odegrać dla mnie rolę ochronnego konduktora, to jest przyciągać ciekawość i odwracać przypuszczenia, jakie by widok Anielki, siedzącej ze mną w jednym powozie, mógł ludziom nasunąć. Niebawem ruszyliśmy dalej, ale z wolna, dzień był bowiem pogodny i mnóstwo osób jechało na wyścigi, tak że nie można było dojrzeć końca powozów. Przed sobą i za sobą widziałem rzekę parasolek, co było naprawdę ładne, barwy ich bowiem grały bardzo silnie w słońcu, pod nimi zaś tworzyły się kolorowe cienie, z których wychylały się głowy kobiece o rysach delikatnych i wykończonych. Stosunkowo dużo było twarzy ładnych, ale brakło im temperamentu; nie widziałem go nawet u tych pań ze świata finansów, które zresztą, jak wiele innych rzeczy, tak i temperament raczej udają, niż mają w rzeczywistości. Ale te otwarte powozy, tu i owdzie charakterystyczne zaprzęgi, przeważnie jasne tualety, mieniące się w

powietrzu na tle zieloności drzew - to wreszcie nagromadzenie wykwintnych ludzi i wykwintnych koni nadawało pochodowi wysoce ucywilizowany, a nie pozbawiony przy tym malowniczości pozór. Cieszyło mnie to, że Anielkę ów ruch i tłok widocznie bawił i sprawiał jej przyjemność. Odpowiadając na moje uwagi spoglądała na mnie z pewną wdzięcznością, jakbym to ja przygotował jej tę rozrywkę. Siedząc naprzeciw mogłem na nią swobodnie patrzeć, częściej jednak zwracałem się do panny Zawiłowskiej, od której stale szedł zamróz jak od karafki "frapowanej" wody i która poczęła mnie po prostu bawić, zdawało się bowiem, iż

jeśli odpowiada na moje pytania i zgadza się na moje towarzystwo - czyni to tylko przez dobre wychowanie i wysoką towarzyską uprzejmość. Stałem się dla niej tym bardziej nadskakujący, ale z pewnym odcieniem dobrego humoru, który w końcu począł ją drażnić. Dojechaliśmy nareszcie na Mokotowskie Pola. Dla powozu ciotki

zachowano zwykłe miejsce przy trybunie - i wnet różni moi znajomi z kartami na kapeluszach przyszli powitać ją i powinszować dzielnej i obiecującej postawy Naughtyboya. Jeden z najznakomitszych hodowców powiedział ciotce, że koń jest wspaniały, ale może niedostatecznie trenowany, że jednak w nocy deszcz padał i turf jest miękki, więc tak silny rumak, jak Naughtyboy ma za sobą wszelkie dane. Zdawało mi się, że mówił to z ironią, i trochę się zaniepokoiłem, klęska bowiem

Naughtyboya byłaby zepsuciem dnia ciotce i pośrednio mnie - albowiem jej zły humor zwarzyłby nam zabawę. Tymczasem poszedłem wzdłuż powozów, oglądając po drodze pole i wyszukując znajomych. Ludzi było pełno, trybuny wyglądały jak jedna zbita ciemna masa, na której suknie kobiece tworzyły jaskrawe plamy. Całe szranki obwiedzione były grubym pierścieniem widzów. Wał miejski czernił się także od ciekawych. Po obu stronach trybuny ciągnęły się, jakby dwa skrzydła, dwa nieskończone szeregi powozów, z których każdy, osobno wzięty, wyglądał jak kosz napełniony kwiatami. O jakie sto kroków od trybuny spostrzegłem w powozie zawadiacki nosek i różową twarz pani Śniatyńskiej. Gdym się do niej zbliżył dla powitania, powiedziała mi, że mąż jej poszedł szukać panny Hilst, po czym jednym tchem zadała mi następne pytania: jak się ma ciotka i pani Celina? czy Anielka jest na wyścigach? jakim sposobem te panie wyjadą do Gasteinu, skoro pani Celina nie może wstawać? czy Naughtyboy wygra? co będzie, jeśli przegra? i ile osób będzie u mnie na obiedzie? Przez ten czas, stojąc przy jej powozie, zauważyłem, iż ma wyjątkową słodycz w wyrazie oczu i prześliczną nogę, a chcąc odpowiedzieć na jej pytania równie hurtownie, jak były zadane, musiałbym chyba mieć, jak mówi Szekspirowska Rozalina, usta Gargantui. Odpowiedziawszy piąte przez dziesiąte i poprosiwszy, by po wyścigach przyjechali oboje z mężem wprost do mnie, poszedłem także, śladem Śniatyńskiego, szukać Klary, sądziłem bowiem, że wypada mi zbliżyć się do jej powozu. Pokazało się, że stoi on niedaleko od ciotczynego. Klara wyglądała jak pagórek pokryty heliotropami. Znalazłem ją otoczoną przez artystów i melomanów i rozmawiającą z nimi wesoło. Na mój widok zasępiła się nieco i przyjęła mnie z pewną oziębłością, ale taką, która czeka tylko na jakieś cieplejsze, przyjazne słowo, by zmienić się w wielką serdeczność. Ja pozostałem jednak chłodny; po kwadransie równie grzecznej jak ceremonialnej rozmowy poszedłem dalej i zamieniwszy w drodze po parę słów z innymi znajomymi, wróciłem do naszego powozu, albowiem dwie pierwsze gonitwy odbyły się przez ten czas i nadeszła kolej na Naughtyboya. Spojrzałem na ciotkę: wyraz jej twarzy był uroczysty; widać jednak było, że usiłuje zachować zimną krew. Za to na twarzy Anielki odbił się wyraźny niepokój. Oczekiwaliśmy dość długo na ukazanie się koni, bo przy wadze marudzono jakoś niezwykle. Tymczasem nadbiegł Śniatyński, z daleka już wymachując swymi długimi rękoma i pokazując bilety zakupione w totalizatorze.

- Postawiłem miliony za Naughtyboyem! - zawołał - jeśli mnie zdradzi, obciążam hipotekę Płoszowa.

- Mam nadzieję - zaczęła z godnością ciotka - że pan... Lecz nie skończyła, bo w tej chwili ponad ciemną masę ludzi, zebranych w okolicach trybuny, wykwitły różnobarwne kurtki dżokejskie. Wyprowadzono konie na tor. Jedne z nich, wydostawszy się na wolną przestrzeń, puszczały się natychmiast w cwał ku miejscu, skąd gonitwa miała nastąpić; inne szły wolnym, spokojnym krokiem. Po dokonanym starcie jeźdźcy ruszywszy przegalopowali koło nas zbitą gromadą i niezbyt szybko, bieg bowiem miał być podwójny i musieli oszczędzać siły koni. Ale już na drugim skręcie szereg ów rozciągnął się w łańcuch. Robiło to takie wrażenie, jakby wiatr rozwiał kupkę płatków kwiatowych wzdłuż po drodze. Na przodzie biegł dżokej ubrany całkiem biało, za nim niebieski z czapką i rękawami czerwonymi, za nim dwaj równo, jeden cały

czerwony, drugi czerwony z żółtym - pomarańczowy zaś nasz Kuba zajmował przedostatnie miejsce, mając tuż za sobą jeźdźca, przybranego w barwę białą z błękitną. Porządek ten nie utrzymał się jednak długo. Gdy bieg doszedł do przeciwległego obrębu koła, w powozach uczynił się ruch; ciekawsze panie poczęły wstępować na poduszki powozów, by nie utracić żadnego epizodu gonitwy; za ich przykładem poszła i ciotka, która widocznie nie mogła już dłużej wysiedzieć. Anielka odstąpiła swe miejsce pannie Zawiłowskiej, która po krótkich ceremoniach stanęła obok ciotki, ja zaś umieściłem Anielkę na przednim siedzeniu, ponieważ jednak nie miała przed sobą oparcia, więc stanąwszy obok niej, podtrzymywałem ją za rękę. Wyznaję, żem w tej chwili mniej myślał o gonitwie niż o tym, że ta delikatna, kochana ręka spoczywa w mojej i nie cofa się. Plecy ciotki zasłaniały

mi nieco widok - lecz wspiąwszy się na palce ogarniałem wzrokiem całe błonie i dżokejów, dochodzących do zawrotu na drugiej stronie błonia. Widziani z daleka, byli podobni do jakichś jasnokolorowych żuków lecących przez powietrze. Bieg z tej odległości wydawał się powolnym, a rzuty przednich i zadnich nóg końskich miały w sobie coś mechanicznego. Cały ten mieniący się wąż, mimo pozornej powolności, zostawiał jednak za sobą szybko przestrzeń. Porządek jeźdźców był już znowu zmieniony. Na przodzie biegł zawsze biały dżokej, za nim czerwony, nasz jednak Kuba zajmował trzecie miejsce. Inni pozostali daleko i przestrzeń, dzieląca ich od przodowników, zwiększała się z każdą chwilą. Widocznie Naughtyboy nie należał do koni najgorszych. Na chwilę straciłem ich z oczu, ale ujrzałem ich znów, gdy przebiegli blisko nas. Czerwony jeździec doganiał tuż, tuż białego

- ale Kuba był jeszcze bliżej od obydwóch. Wiedziałem teraz, że biały musi zostać, bo jego koń miał już boki tak mokre i świecące, jakby oblane wodą. Czerwony był bardzo, groźny, pomyślałem jednak, że w najgorszym razie Naughtyboy weźmie drugą nagrodę i klęska nie będzie zupełną. Dodało mi otuchy i to, że szedł on z taką flegmą, wyrzucał nogi tak spokojnie i miarowo, jakby odrabiał jakąś codzienną pracę. Zajęcie w widzach wzrastało z każdą chwilą.

- Naughtyboy przegrał? - spytała mnie cicho Anielka widząc porządek, w jakim konie przebiegły koło trybuny.

- Nie, kochanie. Muszą jeszcze jeden krąg zrobić - odpowiedziałem ściskając jej z lekka rękę. A ona jej znów nie cofnęła. Prawda, że cała jej uwaga pochłonięta była przez gonitwę. W chwili gdy konie ukazały się poza bokiem drogi, zasłoniętym dla nas przez trybunę, Kuba był już drugi; koń białego dżokeja wyczerpywał się tak, że i trzej pozostali w tyle jeźdźcy poczęli go doganiać. Widocznym już było dla wszystkich, że walka rozstrzygnie się tylko między czerwonym a pomarańczowo- czarnym. Kuba zbliżył się jeszcze do czerwonego i tak rozdzieleni przestrzenią pięciu lub sześciu koni, obiegli znaczną część pola. Nagle szmer na trybunach zapowiedział nam, że dzieje się coś niezwykłego. Spojrzałem: Kuba doganiał stanowczo swego przeciwnika. Szmery na trybunach zmieniły się w gwar. Anielkę tak dalece porwała zabawa, że sama teraz poczęła ściskać nerwowo moją rękę, pytając co chwila: Co tam? co tam? Jeźdźcy byli już z lewej strony pola. Czerwony znów, za pomocą kilku uderzeń szpicrutą, wysunął się naprzód, lecz Naughtyboy sięgał go niemal nozdrzami. W szalonym pędzie wbiegli obaj na linię trybuny, na której znów straciliśmy ich początkowo z oczu. Walka za kilka sekund miała się rozstrzygnąć. Na trybunach zapadła chwilowa cisza, która w mgnieniu oka zmieniła się w okrzyki. Mnóstwo osób biegło pieszo ku sznurom, osłaniającym drogę, i w tej chwili ujrzeliśmy czerwone chrapy, łeb koński, z wyciągniętą jak struna szyją, nad nią zaś pomarańczowo-czarne barwy, niesione jakby wichrem.

Dzwonek ozwał się na trybunie - zwycięstwo było po naszej stronie. Czerwony dżokej został na odległość kilkunastu koni. Muszę oddać ciotce sprawiedliwość, że zachowała zimną krew; na czole jej tylko ujrzałem kilka kropel potu, które poczęła wachlować chustką. Anielka była wzruszona, rozbawiona do najwyższego stopnia i szczęśliwa. Oboje poczęliśmy składać ciotce życzenia, a nawet i panna Zawiłowska wypowiedziała kilka francuskich frazesów, jak gdyby wyjętych z rozmów pani Boquel. Wkrótce znajomi otoczyli nasz powóz, i tryumf ciotki był zupełny. Ja byłem także upojony tymi uściśnieniami dłoni, które otrzymałem od Anielki. Próżno sobie mówiłem, że mogły być one nieświadome, bo znów przychodziło mi na myśl, że częstokroć opór kobiecy, gdy się ma przesilić, to przesila się zwykle w chwilach podniecenia i zapamiętania, czy to z powodu zabawy, czy pięknych widoków, czy jakichkolwiek innych okoliczności, odmiennych od pospolitych warunków życia. Przychodzi wtedy pewne rozkołysanie się nerwów, wobec którego utrata codziennej równowagi jest łatwa do zrozumienia. Wziąwszy w rachubę podobny właśnie stan Anielki, doszedłem do przekonania, że ona już przestaje walczyć z ogarniającym ją uczuciem, i postanowiłem być stanowczym. Przypuszczam, że w Płoszowie nie zbraknie mi sposobności. Jutro tam wracamy. Dzisiejszy mój obiad, rozmowy i zabawa odegrały rolę dalszych kropel narkotyku.

Ona nawet nie przypuszcza, ile czeka nas oboje szczęścia - musi mi tylko oddać na to swoją duszę zupełnie, bez zastrzeżeń i granic. Lubo ciotka ostrzegła panią Celinę, że może zostanie z Anielką do jutra w Warszawie, mieliśmy wracać jeszcze dziś, po moim obiedzie; tymczasem zaszedł wypadek, który nas powstrzymał. Obiad z następną po nim herbatą przeciągnął się do dziesiątej, w chwili zaś gdy ostatni goście wyjechali, dano znać, że Naughtyboy zachorował. Zrobił się wielki zamęt. Zanim posłano po weterynarza i zanim go znaleziono, była północ. Ciotka ani chciała myśleć o wyjeździe. Anielka miała ochotę wracać, ale spostrzegła, że chwycę się lada pozoru, by ją

odwieźć do Płoszowa - ona zaś jeszcze się boi. Ciotka powiedziała jej, że wróciwszy tak późno, rozbudzi cały dom i matkę, a wreszcie rzekła:

- Leon nie ma mi za złe, że ja zawsze uważam, że jestem tu u siebie, więc i ty jesteś u mnie. Tak samo gdybym mu oddała Płoszów i sama bym w nim mieszkała dalej, i was nie puściła, póki Cesia nie wyzdrowieje. To ostatecznie skłoniło Anielkę do pozostania. Teraz jest godzina trzecia w nocy. Widno już, ale na dziedzińcu i koło stajen migają dotąd latarki ludzi, chodzących koło Naughtyboya. Ciotka, gdyśmy się rozchodzili, mówiła, że jeszcze przez dzień zostaje w Warszawie. Jam oświadczył, że zostawiłem ważne papiery w Płoszowie, pojadę więc po nie, a zarazem odwiozę Anielkę. Będziemy sami, i nie będę już wahał się dłużej. Wszystka krew napływa mi do serca na myśl, że może odwiozę tę ukochaną istotę przytuloną do moich piersi i usłyszę jej wyznanie, że mnie tak kocha, jak ja ją kocham. Chmurno i dżdżysto, ale dnieje coraz bardziej. Zaledwie kilka godzin oddziela mnie od tej chwili, w której zacznę nowe życie. Oczywiście nie śpię i nie mógłbym zasnąć za nic w świecie. Najmniejsze znużenie nie cięży mi na powiekach. Piszę i rozpamiętywam. W dłoni czuję jeszcze ciepło jej ręki i drżenie jej palców, które się nie cofały z uścisku. Jam urobił tę duszę, wychowałem ją, rozwinąłem i przygotowałem dla miłości; jestem jak wódz, który wszystko przewidział, obmyślił, wyrachował, ale który nie śpi przed dniem mającym jego los rozstrzygnąć.

Anielka za to śpi tam, po drugiej stronie domu - i wierzę, że nawet sen jej pracuje dla mnie; być może, że widzi mnie we śnie i wyciąga ku mnie ręce. Mrowie przechodzi mnie, gdy myślę o tym. W tym morzu zła, głupstw, niepewności i zwątpień, jakim jest istnienie, jedna

rzecz jest warta życia, niewątpliwa, mocna jak śmierć - to miłość. Nic nie ma poza nią... 6 czerwca. Odwiozłem dziś Anielkę, a teraz zadaję sobie pytanie: czym nie zwariował? Nie! nie przywiozłem jej w ramionach, nie słyszałem jej wyznań! Zostałem odepchnięty tak bez wahania, z takim krwawym oburzeniem wstydu, że zostało ze mnie nic! Co to jest? Czy ja nie mam rozumu, czy ona nie ma serca? Z czym ja walczę? o co się rozbiłem? Dlaczego ona mnie odpycha? W głowie mej zrobił się taki chaos, że nie

mogę myśleć, pisać, rozumować - tylko powtarzam ciągle pytanie: o co ja się rozbijam? 7 czerwca. Popełniłem w czymś jakąś niezmierną pomyłkę, czegoś w tej kobiecie nie dostrzegłem i nie obrachowałem. Przez dwa dni starałem się zrozumieć to, co mnie spotkało, miałem jednak taki chaos w głowie, żem nie mógł myśleć. Teraz zbieram całą zimną krew i całą przytomność, by się rozpatrzyć w położeniu. Byłoby ono bardzo jasne, gdyby Anielki broniła miłość do męża; wówczas rozumiałbym ten obrażony wstyd i oburzenie, z jakim ta istota; tak łagodna i potulna, odtrąciła mnie od swych kolan. Ale tego dopuścić nie mogę. Tyle jeszcze mózgu zostało mi w głowie, by pamiętać, że widzieć rzeczy zbyt czarno jest takim samym błędem i głupstwem, jak widzieć je zbyt różowo. Skąd się miała wziąć w niej miłość dla Kromickiego? Obrachujmy wszystko jeszcze raz. Poszła za niego bez miłości; czas, który spędzili razem, obracał na podchodzenie jej zaufania; sprzedał jej rodzinny kąt, przez co przyczynił się do choroby jej matki. Nie mają dziecka. Zresztą dziecko nie uczy kobiety kochać więcej męża, uczy ją tylko brać go więcej w rachubę i zabezpiecza go, inaczej mówiąc zacieśnia związek rąk, nie serc. Anielka nie należy także do rzędu kobiet, w których miłość wybucha nagle jak płomień po ślubie, bo takie kobiety albo bardziej tęsknią za mężem, albo łatwiej biorą kochanka. Wypowiadam to tak szorstko, że samemu sobie sprawiam ból, ale po co mam się oszczędzać? Ostatecznie jestem przekonany, że Anielka nie

ma dla Kromickiego żadnego, zbliżonego nawet do miłości uczucia, a co więcej -

nie ma i szacunku; nie pozwala sobie tylko na pogardę - i oto stan jej duszy. Uważam to wszystko za dowiedzione raz na zawsze, inaczej byłbym ślepym. Jeśli jej serce było w chwili, gdym powrócił, tabula rasa, to jednak musiałem coś na tej tablicy napisać, ja, którym to w innych warunkach nieraz potrafił, ja, któremu tym razem bardziej o to chodziło niż kiedykolwiek, który poruszałem w niej uczucia przyjaźni, litości, wspomnień, nie omieszkując niczego, licząc się ze wszystkim i mając tę siłę, jaką daje prawdziwe uczucie. Biorę oto w obie

ręce moją głowę i mówię sobie: - Człowieku, ty przecie nie jesteś parafialnym

lwem, przekonanym, że żadna kobieta nie może być dla ciebie obojętna - czyś ty się nie łudził, że ona ciebie kocha, że serce jej należy w gruncie rzeczy do ciebie? Co przemawia za tym, że to jest złudzenie? Na pierwszy rzut oka: jej opór. Lecz ja nie śmiałem nigdy przypuszczać, że ona nie będzie się opierała. Wyobrażam sobie oto jakąkolwiek kobietę zamężną, zakochaną bez pamięci w obcym

człowieku - i zadaję sobie pytanie: czy można przypuścić, żeby taka nawet kobieta nie okazała żadnego oporu, żeby nie walczyła sama ze sobą i z ukochanym mężczyzną aż do wyczerpania sił? Opór nie wypływa z miłości, ale skoro te dwie siły mogą się mieścić obok siebie, jak dwa ptaki w gnieździe, więc się nie wyłączają wzajemnie. Ja nie tylko dlatego piszę ten pamiętnik, że stało się to już moją naturą i moją namiętnością, nie tylko dlatego, że się w ten jedyny sposób wypowiadam, ale również i w tym celu, aby móc sobie zawsze wszystko uprzytomnić, na nowo ogarnąć myślą cały przebieg zdarzeń i zdać sobie z nich sprawę. I oto odczytuję teraz te stronice, na których zapisałem moją i Anielki historię od chwili mego powrotu do Płoszowa; jest tam zapisane każde niemal jej spojrzenie, każda rozmowa, każdy uśmiech, każda łza, chwycone każde drgnienie jej duszy. I nie! ja się nie łudzę, to nie jest analiza fałszywa! Były to słowa; łzy, spojrzenia i uśmiechy kobiety

- może nieszczęśliwej - ale nieobojętnej. Moje postępowanie musiało na nią oddziałać. Nie mam katarakty na oczach: co dzień przecie rozdziera mi się serce, gdy widzę, jak ona chudnie, mizernieje,

jak twarz jej staje się coraz mniejszą, ręce coraz przezroczystsze - i włosy powstają mi niemal z przerażenia na myśl, że ona zdrowiem opłaca tę walkę. Ale wszystko to są niezbite dowody. Jej serce i jej myśli należą do mnie. Ona

właśnie dlatego jest równie nieszczęśliwa jak ja - nieszczęśliwsza może. Czytam, com przed chwilą zapisał, że nawet nie śmiałem przypuszczać, że ona nie będzie się opierała. Prawda, tak było wkrótce po moim powrocie do Płoszowa, ale ostatnim razem, wracając z Warszawy, przypuszczałem, że już się nie będzie

opierała - i omyliłem się. Nie uczyniła mi żadnego ustępstwa, nie okazała żadnej litości, nie chciała słuchać tego, com mówił, jakbym mówił bluźnierstwa; widziałem w jej oczach iskry gniewu i rozżalenia, wydarła mi swoje ręce, którem

pokrywał pocałunkami, a słowa: "Ty mnie obrażasz!" - nie schodziły z jej ust. I energia jej pokonała moją tym łatwiej, im mniej się jej wybuchu spodziewałem. Ach! Anielka uniosła się do tego stopnia, że zagroziła mi, iż wysiądzie z powozu i pieszo pójdzie w deszcz do Płoszowa. Wyraz rozwód sprawił na niej wrażenie rozpalonego żelaza. Nic, nic, nic nie wskórałem, ani wybuchami uniesienia, ani zuchwalstwem, ani prośbą, ani miłością; wszystko było wzięte za złe, za obrazę, wszystko było odrzucone i podeptane. Dziś, gdy ją widzę, jak chodzi tu po pokojach, znowu łagodna, potulna, zdaje mi się, że tam to była jakaś inna kobieta. Nie mam co przed sobą ukrywać. Poniosłem klęskę tak zupełną, że gdybym miał siłę, gdybym miał jakąkolwiek inną rację do życia, powinien bym dziś wyjechać. Bo przypuśćmy, że mnie kocha: co mi z tego, jeśli to uczucie nie zerwie nigdy tych więzów, które je krępują, nie przedostanie się nigdy na wierzch, nie wyrazi się żadnym słowem, żadnym czynem? Tak samo mogę sobie wyobrazić, że mnie kocha grecka Helena, Kleopatra, Beatrix lub Maria Stuart! Takie też to musi być uczucie, które niczego nie chce i nic nie nakazuje. Może być, że to serce należy do mnie, ale to jest małe, niezdolne do czynu serce! Ona może pozuje sama przed sobą na wzniosłą duszę, poświęcającą na ołtarzu

obowiązków uczucie - i wydaje się sobie przez to piękną. Jest to satysfakcja warta przecie, by dla niej coś uczynić! Dobrze! Poświęcaj sobie mnie, ale jeśli myślisz, że dużo poświęcasz, poświęcając swoje uczucie, i że nakarmisz nim

obowiązki - to się mylisz. Nie mogę, nie mogę jeszcze ani myśleć, ani pisać spokojnie! 8 czerwca. Kokietka jest to lichwiarz; przyznaje mało, a żąda olbrzymich procentów. Dziś, gdy jestem spokojniejszy i gdy mogę jaśniej myśleć, muszę przyznać, że pod tym przynajmniej względem nie mam Anielce nic do zarzucenia. Ona nic mi nie przyznawała i niczego nie żądała. To, com ja brał w niej w Warszawie za odcień kokieterii, to była tylko chwila pogody i wesołości. To ja wywołałem wszystko, co zaszło, ja sam popełniłem szereg omyłek i sam jestem wszystkiemu winien.

Wiedzieć coś i brać w rachubę - są to dwie rzeczy różne. Możemy sobie doskonale zdawać sprawę z obcych nam czynników działających w duszy danego człowieka, w postępowaniu z nim jednak bierzemy najczęściej tylko samych siebie za punkt wyjścia. Tak zdarzyło się i mnie. Ja wiedziałem, a przynajmniej miałem poczucie, że ja i Anielka jesteśmy dwiema istotami tak przeciwnymi sobie, jakbyśmy

pochodzili z dwóch różnych planet - ale nie umiałem o tym stale pamiętać; mimo woli obrachowywałem, że ona w danym razie tak postąpi, jak ja bym postąpił. I mimo tego poczucia, że my jesteśmy dwie najniepodobniejsze pod słońcem istoty

- dwa bieguny, jeszcze teraz zapisuję to jakby z pewnym zdziwieniem, jeszcze trudno zżyć mi się z tą myślą. A jednak to jest prawda. Ja tysiąc razy podobniejszy jestem do takiej Laury Davisowej niż do takiej Anielki. Teraz pojmuję, o com się rozbił. O to, czego zanik czuję w sobie od dawna, o to, czego brak rozkiełznał i wyswobodził wprawdzie moje myśli, ale wniósł zarazem we mnie zaród śmiertelnej choroby i stał się moją tragedią. O katechizmową prostotę jej duszy.

Teraz zdaję sobie z tego sprawę wyraźnie - może jeszcze jednak nie dość szeroko, bo jestem człowiek tak powikłany, że straciłem zmysł prostoty... "Słyszę twój głos, ale cię nie widzę"... Wzrok mój duchowy cierpi na pewnego rodzaju daltonizm i nie odróżnia pewnych barw. Mnie w głowie się nie mieści, jak można każdej zasady, choćby od wieków nie wiem jak uświęconej, nie obejrzeć z obydwu stron, nie rozłożyć jej na części, cząsteczki, atomy, słowem, póty nie rozkładać, póki się nie rozsypie w proch i nie da się już złożyć z powrotem. Anielce w głowie się nie mieści, jak można na zasadę, uznaną za dobrą i uświęconą zarówno przez religię jak i przez ogół ludzi, patrzeć inaczej niż jako na prawo obowiązujące. Wszystko mi to jedno, czy to jest u niej świadome, czy instynktowne,

wyrozumowane własnym umysłem, czy nabyte - dość, że to już dziś weszło w jej naturę. Ja już dostałem jakby ostrzeżenie w tym, co mi powiedziała z powodu pani Koryckiej: "Wszystkiego można dowieść, ale gdy się źle postępuje, sumienie

zawsze powie: "Źle! źle!" - i niczym nie da się przekonać". Nie przypisałem wówczas temu takiej wagi, jaką należało przypisać. W Anielce nie ma żadnych wahań się, żadnych zwątpień. Dusza jej odwiewa plewę od ziarna z taką dokładnością, że o zamieszaniu mowy być nie może. Ona nie sili się na wyszukiwanie własnych norm, bierze je gotowe z religii i ogólnych moralnych pojęć, ale przejmuje się nimi tak silnie, że stają się one jej własnymi, bo wchodzą w jej krew. Im to różniczkowanie zła i dobra jest prostsze, tym jest pewniejsze i bardziej nieubłagane. W tym kodeksie etycznym okoliczności łagodzące nie istnieją. Ponieważ, według niego, mężatka powinna należeć do męża, więc ta, która się

oddaje innemu, czyni źle. Nie ma tam rozpraw, uwzględnień, rozmyślań - jest tylko prawica dla sprawiedliwych, lewica dla grzesznych, nad nimi miłosierdzie

boże, ale między nimi - nic - żadnego środka. Jest to kodeks "zacnego Bartłomieja i uczciwej Magdy", tak prosty, że podobni do mnie przestają go rozumieć. Nam się wydaje, że życie, że dusze ludzkie zbyt już są złożone, żeby się mogły w nim pomieścić. I rzeczywiście, może niepodobna nam się w nim pomieścić. Na nieszczęście, nie wynaleźliśmy nic innego i dlatego bujamy jak

zabłąkane ptaki - w pustce i w trwodze. Ale większość kobiet. a zwłaszcza większość kobiet u nas, uznaje jeszcze ten kodeks. Nawet te, które w życiu odstępują od jego przepisów, nie pozwalają sobie ani na chwilę wątpić o jego prawowitości i świętości. Gdzie on się zaczyna, tam kończą się rozumowania. Poeci fałszywie sobie przedstawiają kobietę jako zagadkę, jako żywego sfinksa. Sto razy większą zagadką, sto razy większym sfinksem jest mężczyzna. Kobieta zdrowa, nie histeryczka, może być złą lub dobrą, silną lub słabą, ale jest od mężczyzny duchowo prostszą. Ją po wszystkie wieki i po wszystkie czasy zadowalnia jakieś Dziesięcioro, bez względu, czy się do tego Dziesięciorga stosuje, czy, przez ułomność natury, pomija jego przepisy. Dusze kobiece są tak dogmatyczne, że znałem kobiety, w których nawet ateizm przybierał wszystkie cechy religii. Jest rzeczą szczególną, że ów "kodeks uczciwej Magdy" nie wyłącza w kobietach ani przenikliwej inteligencji, ani misterności myśli, ani ich polotu. Dusza kobieca ma w sobie coś z kolibra, który umie bujać swobodnie wśród gęstego krzewu i nie zawadzić o żadną gałązkę, nie potrącić jednego liścia. To się da zastosować przede wszystkim do Anielki. Największa misterność uczuć i myśli łączy się w niej z największą prostotą moralnych pojęć. Jej Dziesięcioro

jest takie same jak Dziesięcioro Magdy - tylko że u Magdy jest ono wyszyte na zgrzebnym płótnie, u Anielki na delikatnej jak koronka tkaninie. Czemu ja o tym rozprawiam? Boć to przecie dla mnie nie jakaś kwestia oderwana, ale kwestia niemal życia; mówię o tym, bo mnie to boli i stanowi moje nieszczęście, bo czuję, że ja tego prostego Dziesięciorga nie przemogę swoją zawikłaną i złożoną filozofią miłości. I jakże mam przemóc, gdy ja pierwszy nie wierzę bez zastrzeżeń w tę filozofię, a często nawet po prostu o niej wątpię, podczas gdy Anielka wierzy spokojnie i niewzruszenie w swoje przykazania. Tylko takie usta, które już piły ze źródła zwątpień, można przekonać, że zabroniony pocałunek nie jest grzechem. Kobieta religijna może być porwana przez miłość, jak drzewo przez huragan, ale jej nie uzna nigdy. Czy ja kiedy zdołam porwać Anielkę? Może to głębokie, rozpaczliwe zniechęcenie, które mnie w tej chwili ogarnia, jest chwilowe, może jutro będę z większą nadzieją patrzył w przyszłość, dziś jednak wydaje mi się to prawie niepodobieństwem. Napisałem sam kiedyś w tym pamiętniku, że w niektórych domach u nas wychowanie wszczepia kobietom skromność tak, jak ospę. Trzeba mi się i z tym liczyć, że owo prawidło, które mówi: "Żona ma należeć do męża", a w które Anielka święcie wierzy, chronione jest w dodatku przez wstydliwość tak w niej istotną, tak z nią zrosłą, tak przerobioną w jej naturę, że ja sto razy łatwiej mogę sobie wyobrazić tę Anielkę na marach niż odsłaniającą przy mnie piersi. I ja mogę się jeszcze łudzić, mogę od takiej kobiety czegoś oczekiwać? To jest przecie prosta bezmyślność!

Więc co mam zrobić? Wyjechać? Nie wyjadę! - nie chcę i nie mogę! Zostanę - a ponieważ moje uczucie jest bezmyślne, więc będę postępował bezmyślnie. Dość systemów, obrachowywań, przewidywań. Niech będzie, co chce i jak chce! Tamta droga nie prowadzi do niczego. 9 czerwca. Ona nie jest szczęśliwsza ode mnie. To, com widział dziś, przekonało mnie, że i w niej toczy się ciężka walka, do której siłę musi czerpać tylko w sobie. Myśli tak mi się plączą, że się nie mogę uspokoić. Po odjeździe pana Zawiłowskiego, który był dziś w Płoszowie z córką, gdy ciotka poczęła z widoczną intencją podnosić przymioty panny Heleny, porwała mnie nagła złość; byłem zmęczony, niewyspany, nerwy miałem potargane, więc w chwili rozdrażnienia zawołałem:

- Dobrze! Jeśli chodzi więcej o moje małżeństwo niż o moje szczęście, to mogę jutro oświadczyć się pannie Zawiłowskiej, bo nareszcie i mnie jest wszystko jedno! Widocznym było przecie, że mówię to z rozdrażnienia, nie z przekonania, i że nigdy bym tego, co mówię, nie zrobił, Anielka jednak stała się nagle blada jak papier. Podniósłszy się nagle z miejsca, bez usprawiedliwionego powodu, poczęła odwiązywać sznurki rolety, przy tym ręce jej drżały jak we febrze. Na szczęście i ciotka pewnie nigdy w życiu nie była tak zmieszana, więc nic nie dostrzegła. Coś mi odpowiedziała, ale nie wiem co, bo w tej chwili wszystko przestało dla mnie istnieć poza Anielką. Ja wprawdzie rozumowaniem dochodziłem do wniosków, że

jestem czymś w jej sercu, ale rozumować a widzieć coś - to dwie rzeczy różne. Nie zapomnę do ostatniej chwili życia tej bladości i tych drżących rąk! Miałem teraz dowód niezbity, bo choćbym pewną część wrażenia przypisał temu, że odpowiedź moja spadła na nią tak niespodzianie, to i tak dosyć jeszcze zostaje! Nagłej wiadomości, nie tylko o małżeństwie, ale nawet o śmierci istoty obojętnej, nie przyjmuje się bladością. Myślałem przed paru dniami: "Co mi z tego, że ona mnie kocha, jeśli to uczucie pozostanie na zawsze w niej zamknięte?" A jednak obecnie, gdym się przekonał naocznie, że tak jest, wszystkie nadzieje moje zmartwychwstały od razu, wszystkie zwątpienia znikły; miałem na nowo widzenie zwycięstwa, na nowo pewność, że musi przyjść czas, w którym jej uczucie stanie się od niej silniejsze, w którym ją ogarnę i zabiorę. Niestety, prawie natychmiast przekonałem się, że to jest złudzenie. Ciotka, powiedziawszy coś jeszcze,

wyszła, może dlatego, żeby gdzie w kącie obetrzeć łzę żalu do mnie - ja zaś zbliżyłem się skwapliwie do Anielki i powiedziałem:

- Anielciu! za skarby świata nie ożeniłbym się z panną Zawiłowską, ale wyrozumiej mnie: nie dość mi zmartwień, jeszcze i z tej strony nie mam spokoju. Ty jednak wiesz najlepiej, że to się nigdy nie stanie.

- Owszem... cieszyłabym się, gdyby się to stało - rzekła z wysileniem.

- Nieprawda! widziałem, żeś zbladła - widziałem!

- Pozwolisz, że odejdę...

- Anielko moja, ty mnie kochasz! Nie okłamuj siebie i mnie: ty mnie kochasz! A jej usta znowu pobielały.

- Nie - odpowiedziała prędko - ale się boję, że cię znienawidzę. I odeszła do matki! Ja wiem, że kobiecie, która toczy ze sobą walkę, musi się tak często wydawać; że miłość gorzka i zabroniona musi przybierać podobną barwę; a jednak słowa Anielki zdmuchnęły moją radość jak świecę. Istnieje pełno w życiu takich rzeczy, zupełnie naturalnych, których po prostu nerwy ni siły ludzkie nie znoszą. Uderza mnie teraz jedna prawda, zapoznawana dotąd przeze mnie i zapoznawana powszechnie, że miłość do cudzej żony, jeśli jest pozorną, jest

wielką podłością, jeśli jest rzeczywistą, jest wielkim nieszczęściem - tym większym, im kobieta jest więcej warta. Pali mnie ciekawość ogromnie gorzka, co by było w takim razie, gdybym Anielce powiedział tak: Albo mi zarzucisz ręce na szyję i wyznasz, że mnie kochasz, albo strzelę sobie w łeb w twoich oczach! Wiem, że byłoby to nikczemne, i nigdy bym się na podobny wyzysk i gwałt nie zdobył, nie!... bądź co bądź, zbyt na to jestem porządnym człowiekiem... Ale jednak nie mogę się powstrzymać od postawienia sobie pytania: co by w takim razie nastąpiło? I prawie pewny jestem, że Anielka może by nie przeżyła swego

żalu - a przy tym i swojej pogardy - aleby nie uległa. Gdy o tym myślę, zarazem ją przeklinam i jeszcze bardziej uwielbiam, zarazem nienawidzę i jeszcze bardziej kocham. Trzeba sobie otwarcie powiedzieć trafiło mi się wielkie nieszczęście. Co gorzej, że nie widzę na nie środka, bo zupełnie nie czuję sił do wyrwania się z tej obieży. Do porywu zmysłów, który ta kobieta budziła zawsze we mnie w najwyższym stopniu, dołączyło się już jakieś psie przywiązanie. Obejmuję ją myślą, wzrokiem, patrzę i nie mogę się napatrzyć na jej oczy, włosy,

usta, ramiona - czuję jednak zarazem, że to jest nie tylko najpożądańsza istota, ale już i najdroższa głowa w świecie. Żadna kobieta nie przywiązała mnie i tak podwójnie, i tak bezwzględnie. Czasem ten wpływ jej wydaje mi się wprost

niezrozumiały, czasem go sobie tłumaczę - i jak zwykle - tłumaczę dla siebie jak najgorzej. Oto ja żyłem szybko i przeszedłem już swój zenit. Teraz idzie droga ku dołowi, skąd wieje chłód i mrok. Czuję wszelako, że w tej jedynej istocie odnalazłbym swoją młodość i bujność, i ochotę do życia. Gdy ona dla mnie przepadnie, to naprawdę przepadnie i życie, a pozostanie tylko wegetacja niesłychanie posępna, jako przedsmak śmierci. Dlatego ja Anielkę kocham i całą siłą instynktu zachowawczego, nie przez zmysły wyłącznie, nie wyłącznie duchem, lecz także przez trwogę nicości. Anielka tego nie wie, ale przypuszczam, że ona ma dla mnie wielką litość, co wnoszę z tego, że ja, który postępuję z nią bezlitośnie, sprzedałbym duszę za to, żeby jej ulżyć. I jak nie mam mówić, że miłość do cudzej żony jest nieszczęściem, skoro ona prowadzi człowieka do tego na przykład, że musi dręczyć istotę, za której spokój oddałby siebie samego! I tysiące takich błędnych kół na każdym kroku! Ostatecznie, my oboje jesteśmy ogromnie nieszczęśliwi. Ale ty,

Anielko, masz przecie jakieś oparcie w życiu, masz swój dogmat - ja zaś jestem istotnie jak łódź bez steru i bez wioseł. Jestem jakiś niezdrów. Źle sypiam, a raczej wcale, i nie może inaczej być. Doprawdy, chciałbym zachorować, ale tak porządnie; przeleżeć przez jaki miesiąc bez świadomości, bez pamięci, wypocząć za wszystkie czasy. To byłyby moje wakacje. Chwastowski wczoraj mnie oglądał i filozofował nade mną; powiedział, że mam system nerwowy rasy już przeżytej, ale że odziedziczyłem jeszcze duży zasób sił muskularnych. Myślę, że rzeczywiście ma rację; gdyby nie to, to bym się był nie oparł moim nerwom. Kto wie, czy nie temu przypisać należy w części tę moją obecną wyłączność, bo przecie owe siły musiały znaleźć jakieś ujście, a że go nie znalazły ani w wiedzy, ani w czynie, więc popłynęły jak potok jednym łożyskiem miłość do kobiety. Tylko dzięki nerwom: mętnie, burzliwie i krzywo! przede wszystkim krzywo! Co ja przechodzę wrażeń dziennie! Przed wieczorem przyszło do mnie kochane ciotczysko i poczęło mnie przepraszać za swoje pochwały dla panny Zawiłowskiej.

Ucałowałem jej obie ręce i nawzajem przepraszałem ją za moje rozdrażnienie - ona zaś mówiła:

- Przyrzekam ci, że już o niej nie wspomnę. Prawda, mój Leonie, chciałabym z duszy serca, żebyś się ożenił, bo jesteś ostatni z rodziny, ale Pan Bóg wie

najlepiej, czy mi nade wszystko nie chodzi o twoje szczęście - mój drogi, kochany chłopcze. Ja uspokajałem ją, jakem umiał, w końcu zaś rzekłem:

- Cioteczka wie, że ja jestem trochę baba, nerwowa baba! Lecz ciotka zaraz oburzyła się na mnie.

- Ty, baba? Każdy może pobłądzić, ale żeby wszyscy mieli tyle rozumu i charakteru, to by się inaczej na świecie działo! I jak tu rozpraszać takie złudzenia! Czasem porywa mnie rozpacz, bo sobie mówię: co ja mam do roboty w takim domu i wśród takich kobiet, które wzięły w arendę anielstwo? Dla mnie już za późno nawracać się na ich wiarę, a ile ja im mogę zgotować zmartwień, zawodów i nieszczęść! 10 czerwca. Miałem dziś dwa listy: jeden od mego notariusza w Rzymie, drugi od Śniatyńskiego. Z Rzymu donoszą mi, że przeszkody, jakie stawia zwykle rząd włoski wywożeniu z kraju starożytnych zabytków i cennych przedmiotów sztuki, mogą być usunięte, a raczej dadzą się obejść. Zbiory ojca miały czysto prywatny charakter i nie były objęte żadną kontrolą państwową, będą zatem wysyłane po prostu jako meble. Trzeba mi teraz zająć się odpowiednim urządzeniem domu w Warszawie, co uczynię z niechęcią, albowiem myśl przewiezienia tych zbiorów do kraju straciła już dla mnie wszelki urok. Co mnie to teraz obchodzi i na co się to zdało! Jeśli nie zaniecham zamiaru, to tylko dlatego, że sam tyle rozpowiadałem o nim i że tyle z tego powodu pisano. Wrócił mi więc ten stan umysłu, który mnie tak trapił w czasie moich podróży, zaraz po zamążpójściu Anielki. Teraz znowu działam, patrzę i pojmuję nie inaczej, tylko w związku z myślą o Anielce, nie mam zatem żadnych bezpośrednich wrażeń. Idee, w których na dnie nie odkrywam jej, wydają mi się zupełnie puste i bez znaczenia. Jest to uderzające jako dowód, jak dalece człowiek może się zaprzepaścić. Czytałem dziś z rana odczyt Bungego pod tytułem: Witalizm i mechanizm, i czytałem z wyjątkowym zajęciem; wykazuje on bowiem naukowo to, co było w moich myślach od dawna, ale miało formę raczej niejasnych poczuć niż określonych przekonań. Tu wiedza przyznaje się do sceptycyzmu względem siebie samej i nadto stwierdza nie tylko swoją bezsilność, ale i pozytywne istnienie jakiegoś świata, który jest czymś więcej niż materią i ruchem i który się nie daje wytłumaczyć ni fizycznie, ni chemicznie. To już mi jest wszystko jedno, czy ten świat będzie czymś naddanym względem materii, czy czymś poddanym. Czysta gra słów! Ja nie jestem uczonym, nie jestem obowiązany do ostrożności we wnioskach,

więc rzucam się głową naprzód w te otwarte drzwi i - niech sobie nauka sto razy mówi, że tam jest ciemno, ja czuję, że mi tam będzie widniej niż z tej strony. Czytałem z chciwością prawie gorączkową i z ulgą wielką. Tylko zacofani głupcy nie zdają sobie sprawy? jak nas materializm gnębi i śmiertelnie nuży, jaka jest utajona bojaźń w umysłach, żeby wypadkiem jego nauka nie okazała się prawdą, jakie oczekiwanie nowej ewolucji naukowej i jaka radość jeńców, gdy się otworzy lada furtka, którą można uciec na wolne powietrze. Cała rzecz, iż duchy już są tak przybite, że nie śmią ni oddychać, ni uwierzyć we własne szczęście. Alem ja śmiał i miałem takie uczucie, jakbym się wydostał z dusznej piwnicy. Może to także było chwilowe wrażenie, rozumiem bowiem, że neowitalizm nie jest żadną epoką w nauce; może też jutro powrócę dobrowolnie do więzienia... Nie wiem!... Tymczasem było mi dobrze. Mówiłem sobie co chwila: jeśli tak jest, jeśli nawet drogą sceptycyzmu dochodzi się niewątpliwej pewności, że istnieje świat nadzmysłowy, "naigrywający się ze wszelkiego mechanicznego tłumaczenia", leżący

absolutnie poza sferą "fizyko-chemicznych wyjaśnień" - to wszystko jest możliwe: wszelka wiara, wszelki dogmat, wszelki mistycyzm! Więc i wolno myśleć, że jak istnieje nieskończona przestrzeń, tak istnieje i nieskończony rozum, nieskończona dobroć; wolno się spodziewać, że jest jakaś wielka sutanna,

ogarniająca wszechświat, do której można się przytulić - i jakaś opieka, pod

którą kończy się zmęczenie. A jeśli tak, to dobrze! - to wiem przynajmniej, dlaczego żyję i dlaczego cierpię! Co za niezmierna ulga! Powtarzam raz jeszcze, że nie jestem obowiązany do ostrożnych i nieśmiałych wniosków, a poprzednio już napisałem, że nikt nie jest bliższy mistycyzmu jak sceptyk. Sprawdziłem to teraz na sobie, bom począł bujać jak ptak, który więziony długo w klatce, wydostawszy się na swobodę, buja, rozkoszuje się i kąpie w przestrzeni. Widziałem nowe pola, pokryte nowym życiem. Nie wiem, czy to było na jakiejś innej planecie, czy gdzieś, hen! w przestrzeniach międzyplanetarnych, dość, że i to życie, i te pola były zupełnie odmienne od naszych; światło tam było jasne i łagodne, w powietrzu chłód pełen słodyczy, głównie zaś różnica polegała na tym, że związek między duszą indywidualną a duszą ogólną był tam daleko bliższy, tak bliski, że niepodobna było rozeznać, gdzie się kończy indywiduum, a zaczyna się ogół. Czułem przy tym, że właśnie na tej niejasności granicy polega szczęście tamtego życia, bo człowiek nie wyłącza się tam, nie przeciwstawia, ale istnieje w harmonii z otoczeniem, a tym samym żyje całą potęgą ogólnego życia. Nie powiem, żeby to byty widzenia; było to tylko przejście tego granicznego pasa, za którym kończą się ścisłe rozumowania, a zaczynają się poczucia, będące

jednak jeszcze niejako wnioskami z poprzednich premis - tylko doprowadzonymi tak daleko, że prawie nieuchwytnymi, jak może być prawie nieuchwytną ciągnięta do nieskończoności nitka złota. Zresztą ja nie umiałem jeszcze wcielić się całkowicie w to życie nowych pól ani dokładnie stopić się, ani dostatecznie zatracić w nich siebie samego. Zachowałem do pewnego stopnia swoją odrębność; czegoś mi brakło i zdawało mi się, że czegoś szukam wokół siebie. Nagle uczułem, że szukam Anielki. Oczywiście: tylko jej i zawsze jej! Co mnie bez niej mogło obchodzić to odmienne życie? Znalazłem ją na koniec, i poczęliśmy się razem błąkać, jak cień Paola z cieniem Franceski di Rimini... Zapisuję to dlatego, że widzę w tym dowód niemal przestraszający, jak dalece moja istota pochłonięta jest przez uczucie dla tej kobiety. Co u licha! jaki może być związek między Bungiem i jego neowitalizmem a Anielką? A jednak ja, nawet gdy myślę o takich rzeczach, dochodzę w końcu do niej. Naukę, sztukę, naturę, życie sprowadzam teraz do tego jednego mianownika. Jest to oś, około której obraca się dla mnie świat. Ma to swoją niesłychaną wagę, bo wobec tego, czy jest choć najmniejsze podobieństwo, żebym kiedykolwiek poszedł za radą rozumu, która jeszcze powtarza mi od czasu do czasu słabym, przyduszonym głosem: Wyjedź, uciekaj! Wiem, że to się dobrze nie skończy, że to się nie może dobrze skończyć, ale skąd ja wezmę sił, skąd woli, skąd energii, kiedy to wszystko mi zabrano! Tak samo mógłbym człowiekowi pozbawionemu nóg powtarzać: "Wstań i idź w świat!" Na czym? A ja jeszcze dodam: dokąd? po co? Tu jest moje życie! Czasem bierze mnie ochota dać do czytania ten pamiętnik Anielce, ale nie zrobię tego. Litość jej dla mnie może by potem wzrosła, ale miłość musiałaby się zmniejszyć. Gdyby Anielka została moją, szukałaby we mnie oparcia; uspokojenia i niezachwianej wiary za dwoje, że to tak właśnie być powinno, że tak jest dobrze; tymczasem znalazłaby i co do tego nawet zwątpienie. Przypuszczam zresztą, że chociażby zrozumiała wszystko, co się we mnie działo i dzieje, wielu rzeczy nie mogłaby odczuć. My jesteśmy takie dwie różne istoty! Oto na przykład ja, nawet wówczas, kiedy popadam w mistycyzm, kiedy sobie mówię, iż wszystko jest możliwe,

wyobrażam sobie życie zaświatowe nie według ogólnych pojęć, a zatem - o ile te

ogólne pojęcia można nazwać normalnymi - nienormalnie. Dlaczego? Jeśli wszystko jest możliwe, to tak samo jest możliwe piekło, czyściec i niebo, jak moje blade a jasne pola! A przy tym wizje Danta są przecie większe i wspanialsze od moich. Więc dlaczego? Z dwóch powodów. Oto naprzód dlatego, że mój sceptycyzm, który zatruwa się własnym zwątpieniem jak skorpion własnym jadem, ma jednak dość siły,

żeby wyłączyć z różnorodnych przypuszczeń pojęcia proste i ogólnie przyjęte - a po wtóre?... Po wtóre, że w tych dantejskich przegrodach nie umiem sobie wyobrazić siebie i Anielki razem... Takiego życia nie chcę...Ale to wszystko, co piszę i myślę, załatwiam za pomocą jakiejś cząstki mojej myślącej istoty; reszta jest przy Anielce. W tej chwili widzę jeszcze światło padające z jej pokoju na krzewy berberysu, rosnące pod oknem. Moja biedna miewa także bezsenne noce! Widziałem, jak dziś zdrzemnęła się nad robotą. W wielkim fotelu wydawała mi się malutka i oddychała głęboko ze zmęczenia. Miałem dla niej takie uczucie, jakby to było moje dziecko. 11 czerwca. Przysłano mi na koniec ową główkę Madonny Sassoferrata. Oddałem ją Anielce przy ciotce i przy pani Celinie, jako rzecz należną i zapisaną. Nie mogła żadnym sposobem odmówić. Następnie sam przybijałem obraz w jej buduarku. Ładnie to tam wygląda. Ja nie kocham się w Madonnach Sassoferrata, ale ta taka jest prosta i taka pogodna w swoich jasnych tonach! Lubię pomyśleć, że Anielka, ilekroć na nią spojrzy, musi sobie przypomnieć, że to ja jej dałem tę świętość, a dałem ją dlatego, że kocham. W ten sposób ta miłość, którą ona uważa za grzeszną, musi w jej myśli łączyć się z wyobrażeniem świętości. Dziecinna pociecha, ale kto nie ma żadnej, temu i taka dobra. Miałem dziś jedną lepszą chwilę. Gdy obraz był już zawieszony, Anielka zbliżyła się do mnie, by mi podziękować. Ponieważ fotel, na którym siedziała pani Celina, był odsunięty dość daleko, więc w chwili, gdy Anielka cofała swoją rękę z mojej, zatrzymałem ją na sekundę i spytałem półgłosem:

- Czy ty mnie naprawdę, Anielko, nienawidzisz? A ona potrząsnęła główką, jakby ze smutkiem:

- Oj, nie! - odrzekła krótko. Ile się mieściło w tej krótkiej odpowiedzi! To się tak mówi, że jeśli uczucie kobiety kochanej nie ma nigdy wydobyć się na zewnątrz, to wszystko jedno, czy ona kocha. Nie! nie wszystko jedno! Niech mam choć to; nie oddałbym tego za nic! O! to dopiero nie miałbym z czego żyć! 12 czerwca. Jestem w Warszawie na skutek listu Śniatyńskiego, który odebrałem jeszcze onegdaj, a w którym wzywał mnie, bym przyjechał na obiad pożegnalny dla Klary. Na obiad nie pojechałem; odbył on się wczoraj, ale pożegnałem ją dziś na dworcu kolejowym. Właśnie stamtąd wracam. Poczciwa dusza odjeżdżała niezawodnie z żalem do mnie i z uczuciem doznanego zawodu, ale jak mnie tylko ujrzała, przebaczyła mi wszystko, i pożegnaliśmy się najserdeczniej. Ja także czułem, że mi jej będzie brakło, że stanie się jeszcze większa pustka koło mnie. Na moich mistycznych polach nie będzie pożegnań. To dzisiejsze było prawdziwie smutne, bo w dodatku wieczór był chmurny, dżdżysty, słota potrwa zapewne parę dni. Mimo tego mnóstwo osób odprowadzało Klarę. Jej sleeping tak był zarzucony wieńcami i kwiatami jak grobowiec. Musi to wszystko usunąć, bo inaczej się udusi. Klara, w tej chwili odjazdu, nie liczyła się już wcale z tym, co ludzie mogą sobie

pomyśleć, i - o ile w takich okolicznościach było to możebne zajmowała się wyłącznie mną. Wszedłem do jej przedziału i rozmawialiśmy jak dwoje przyjaciół, nie zważając na obecność ani starej i wiecznie milczącej krewnej Klary, ani innych osób, które też pousuwały się w końcu dyskretnie na korytarzyk. Trzymałem obie ręce Klary, a ona patrzyła na mnie swymi poczciwymi, niebieskimi oczyma, mówiąc przy tym wzruszonym głosem:

- Panu jednemu powiem szczerze, że znikąd nie było mi tak żal wyjeżdżać... Przy tej krętaninie w chwili odjazdu nie ma nawet na to czasu, żeby coś wypowiedzieć

- ale jak mi żal!... We Frankfurcie widuję dużo i ludzi uczonych, i artystów, tylko że... sama nie wiem... jest jakaś różnica... wy jesteście jakby delikatniejsze instrumenta. A już o panu nie ma co i mówić!

- Pani pozwoli pisywać do siebie?

- I ja będę pisywała, a pana chciałam o to prosić. Niby mam swoją muzykę, ale teraz mi to już nie zawsze wystarcza. Myślę, że i panu będzie to czasem potrzebne, bo pan może mieć wielu przyjaciół, ale tak oddanej, tak bardzo życzliwej przyjaciółki pewnie pan nie ma. Jestem tak niemądra, że mnie wszystko wzrusza, a tu zaraz trzeba jechać.

- Oboje ciągle kręcimy się po świecie: pani jako artystka, ja jako cygan, więc to nie jest rozstanie; to tylko: do widzenia!

- Do widzenia! do widzenia jak najprędzej! Pan także jest artysta! Można nie grać, nie pisać, nie malować, a w duszy być artystą. Ja to od pierwszej chwili

poznania pana dostrzegłam - i to także, że pan niby szczęśliwy, a w gruncie rzeczy może być ogromnie smutny. Niech pan pamięta, że jest jedna Niemka, która jest dla pana jak siostra. Podniosłem jej rękę do ust, ona zaś, sądząc, że już chcę wyjść, rzekła śpiesznie:

- Jeszcze jest czas, dopiero po drugim dzwonku. Ja zaś rzeczywiście miałem ochotę już ją pożegnać. Ach, do czego ja doszedłem z moimi nerwami! Oto krewna Klary ubrana była z powodu deszczu w płaszcz z gumowej

tafty, niesłychanie szeleszczący za każdym jej ruchem - i szelest ten, a raczej świst gumy, doprowadzał mnie po prostu do rozpaczy. Zresztą i tak zostawało już zaledwie parę minut. Usunąłem się na koniec, gdy wbiegła pani Śniatyńska.

- Hilst, w Frankfurcie! - zawołała za mną Klara - z domu odeślą mi list, gdziekolwiek będę. Po chwili znalazłem się na peronie, pod oknem wagonu, wśród gwaru żegnających Klarę osób, pomieszanego z syczeniem pary, gwałtownym oddechem lokomotywy i nawoływaniem służby kolejowej. Okno sleepinga obsunęło się na dół i raz jeszcze ujrzałem tę poczciwą, przyjazną twarz.

- Gdzie pan spędzi lato? - spytała Klara.

- Nie wiem; napiszę pani - odpowiedziałem. W tej chwili oddech maszyny stał się szybszy, rozległ się ostatni gwizd i pociąg ruszył. Pożegnaliśmy Klarę okrzykiem, ona posyłała nam rękoma pożegnanie od ust, aż na koniec znikła w oddaleniu i pomroce.

- Bardzo panu będzie tęskno? - spytała mnie nagle pani Śniatyńska.

- Bardzo! - odpowiedziałem i skłoniwszy się, poszedłem do domu. Rzeczywiście miałem takie uczucie, jak gdyby odjechała osoba, która w danym razie mogła mi pomóc. Byłem niesłychanie rozdrażniony. Może przyczynił się do tego ten ponury wieczór, pełen dżdżu i mgły tak gęstej, że wszystkie latarnie wyglądały z daleka jak tęczowe koła. Ostatnia iskierka nadziei zgasła we mnie. Pesymizm nie tylko był we mnie, ale zdawał się ogarniać świat cały jak atmosfera, ciążyć na rzeczach, ludziach, przenikać we wszelkie kształty i wszelkie istoty. Niosłem w sobie do domu ucisk i ogromny niepokój, jakby trwogę przed jakimś nieznanym i nieokreślonym niebezpieczeństwem. Zbudziła się we mnie na chwilę szalona nostalgia za słońcem i pogodą, za krajami, w których nie ma takich deszczów, ciemności i mgieł. Zdawało mi się, że jeśli ucieknę tam, gdzie będzie bardzo widno, to samo światło zdoła czegoś nie dopuścić i od czegoś mnie obronić. Cała moja zdolność myślenia streściła się w jednym wyrazie, który powtarzałem jak echo: "Wyjechać! wyjechać!" Nagle zdjął mnie strach na przypomnienie, że wyjechawszy zostawię tu Anielkę samą i wydam ją na owe nieokreślone niebezpieczeństwa, przed którymi chcę zbiec. Wiem, że to złudzenie, że jej mój wyjazd wyszedłby na dobre,, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że byłoby to z mej strony jakieś tchórzostwo i jakaś nikczemność... Jest to we mnie

silniejsze od wszelkich rozumowań... Zresztą: wyjechać - to puste słowo. Mogę je

sobie powtarzać, mogę odczuwać, ale gdyby przyszło zmienić je w czyn - okazałoby się, że to jest czyn najmniej możliwy ze wszystkich, jakie leżą w mej mocy. Włożyłem taki ogrom nerwów, takie mnóstwo życia w to uczucie, że łatwiej bym się już mógł dziś porozrywać w kawałki, niż od niego oderwać. Posiadam zdolność kontrolowania moich myśli i świadomość siebie w tak wysokim stopniu, iż wydaje mi się zupełnie niepodobnym przypuszczenie, abym mógł dostać

pomieszania zmysłów. Nie umiem sobie nawet tego wyobrazić - chwilami czuję jednak, że moje nerwy nie dałyby się już o wiele więcej wyciągnąć. Szkoda Klary. Widywałem ją w ostatnich czasach rzadko, ale wolałem myśleć, że

ona jest niedaleko - teraz Anielka do reszty mnie zabierze, bo oddam jej i te władze, którymi się lubi spokojnie, którymi się odczuwa przyjaźń. Wróciwszy do domu zastałem młodego Chwastowskiego; przyjechał wieczorem na naradę z bratem księgarzem. Urządzają jakieś przedsiębiorstwo rozsprzedaży elementarnych książek. Oni wiecznie coś robią, wiecznie czymś się zajmują i przez to mają ogromnie pełne życie. Doszedłem już do tego, żem się ucieszył jego widokiem, zupełnie tak jak dziecko, które, bojąc się strachów, rade widzi, że ktoś wchodzi do pokoju. Jego czerstwość ducha pokrzepia mnie. Mówił, że pani Celinie jest coraz lepiej i że za jaki tydzień będzie mogła wyjechać do Gasteinu. O to! to! Byle zmienić miejsce. Będę popychał tę sprawę ze wszystkich sił. Namówię i ciotkę, żeby razem pojechała. Ona to zrobi dla mnie, a w takim razie nikt się nie zdziwi, że i ja pojadę. Przynajmniej czegoś chcę i chcę bardzo! Ile to będzie sposobności do opiekowania się Anielką! Będziem jeszcze bliżej siebie niż w Płoszowie. Czuję trochę ulgi, bo zresztą dziś był okropny dzień, a nic mnie tak nie gnębi jak niepogoda. Słyszę jeszcze, jak deszcz dzwoni

po rynnach - ale w przerwach między chmurami widać już trochę gwiazd. 12 czerwca. Kromicki dziś przyjechał... Gastein, 23 czerwca. Jesteśmy już od tygodnia w Gasteinie całym domem, to jest: Anielka, ciotka, pani Celina, ja i Kromicki. Przerwałem na czas jakiś pisanie, nie dlatego, bym się pozbył nałogu albo nie czuł potrzeby, ale dlatego, że to, co się ze mną działo, nie mogło się żadną miarą w słowach pomieścić. Póki się człowiek odpręża i szamoce z siłą, która go ciśnie, póty nie ma głowy ni czasu na nic innego. Byłem w takim stanie, jak ów skazany w pamiętnikach Sanssona, z którego darto pasy i zalewano rany po zdartych pasach roztopionym ołowiem, a który krzyczał w

uniesieniu nerwowym Encore! encore! - aż wreszcie omdlał. Ja już omdlałem, to znaczy, żem się wyczerpał i poddał się zupełnie. Ciąży nade mną taka jakaś ogromna ręka jak te góry, w których siedzimy. Ale cóż na to poradzę? Przecie się jej nie wyprę, niech więc mnie gniecie. Nie wiedziałem, że można znaleźć jeśli nie pewną pociechę, to pewne uspokojenie w poczuciu swej bezsilności i rozumieniu swej nędzy. Obym tylko znów nie zaczął się odprężać, oby ten stan trwał jak najdłużej! Spisywałbym sobie to, co mnie spotyka, jak gdybym był kimś innym. Ale wiem z

doświadczenia, jak dzień bywa niepodobny do dnia - i boję się tego, co jutro przyniesie. 24 czerwca. Napisałem przy końcu mego pobytu w Warszawie takie zdanie: "Miłość do cudzej żony, jeśli jest pozorną, jest podłością; jeśli jest rzeczywistą, jest jednym z największych nieszczęść, jakie człowieka spotkać może". Pisząc to przed przybyciem Kromickiego, nie zdawałem sobie sprawy ze wszystkich składników takiego nieszczęścia. Myślałem, że jest ono szlachetniejsze, niż jest istotnie. Teraz dopiero widzę, że prócz wielkich bólów składają się na nie i małe upokorzenia, poczucie własnej nikczemności i własnej śmieszności, i konieczność kłamstwa, i potrzeba spełniania tysiąca nędznych uczynków, zachowywania tysiąca

niegodnych człowieka ostrożności - co za bukiet! Doprawdy, od zapachu tych kwiatów można się udusić. Bóg widzi, z jaką rozkoszą wziąłbym Kromickiego za gardło, przycisnął go do

ściany i powiedział mu w same białka: Kocham twoją żonę! - a zamiast tego, muszę się starać, by nawet nie przyszło mu do głowy, że ona mi się podoba. Jaka to piękna rola względem niej! Co ona sobie może o mnie pomyśleć! To właśnie jeden kwiatek z tego bukietu. 25 czerwca. Póki będę żyw, nie zapomnę tego dnia, w którym przyjechał Kromicki. Zajechał w Warszawie wprost do mnie. Wróciwszy do domu późnym wieczorem, zobaczyłem w przedpokoju jakieś pakunki. Nie wiem, dlaczego nie przyszło mi od razu do głowy, że to mogą być kuferki Kromickiego. Nagle on sam wyjrzał z przyległego pokoju i wypuściwszy na mój widok monokl z oka, skoczył z otwartymi rękoma witać nowego krewnego. Widziałem jak przez sen jego suchą czaszkę podobną do trupiej głowy; jego świecące oczka i czarną czuprynę. Po chwili objęły mnie ramiona jakby drewnianego manekina. Przyjazd Kromickiego był rzeczą łatwą do przewidzenia, a jednak było mi tak, jakbym zobaczył śmierć. Zdawało mi się, że mam straszny sen

i że te słowa: "Jak się masz, Leonie!" - są najbardziej fantastycznymi, najmniej prawdopodobnymi słowami, jakie mogę usłyszeć. Nagle porwała mnie taka wściekłość, takie obrzydzenie i taka trwoga, że potrzebowałem całego natężenia woli, żeby się na tego człowieka nie rzucić, nie obalić go na podłogę i nie r ozbić o nią jego czaszki. Doznawałem nieraz uczucia wściekłości i obrzydzenia, ale zaprawa tych uczuć trwogą była dla mnie czymś nowym i niepojętym; nie był to bowiem strach przed żywym człowiekiem, ale jakby przed umarłym. Długi czas nie zdołałem się zdobyć ani na jedno słowo. Na szczęście on mógł przypuszczać, żem go nie poznał albo żem był zdziwiony, iż on, człowiek, z którym zaledwie się znałem; od razu traktuje mnie jak krewnego i mówi mi ty... Drażni mnie to jeszcze do dziś dnia w najwyższym stopniu. Starałem się ochłonąć; on tymczasem założył monokl i, potrząsając na nowo moją ręką, mówił:

- Jak się masz? Jak tam Anielka? Jak matka?... chora zawsze, co? a ciocia? - a? I znowu ogarnęło mnie zdumienie z zaprawą nieludzkiego gniewu, że on najbliższe i najdroższe mi kobiety wymienia tak, jakby były równie bliskie jemu. Człowiek światowy, jakim jestem, wszystko zniesie, wszystko ukryje, bo go do tego

wdrażają od dzieciństwa - a jednak czułem, że nie wytrzymam. Począłem wołać na służbę, by podawano herbatę, chcąc w jakikolwiek sposób wyrwać się z tego odrętwienia i zająć myśl czym innym. Kromickiego jednak zaniepokoiło to, że mu nie odpowiadam, i wypuściwszy drugi raz monokl, spytał żywo:

- Czy się co nie stało? Czemu nic nie mówisz?

- Zdrowi wszyscy - odrzekłem. Nagle przyszło mi na myśl, że to moje wzruszenie daje z miejsca przewagę nade mną temu nienawistnemu człowiekowi, i opanowałem się w jednej chwili. Zaprowadziłem go do jadalnego pokoju i posadziwszy za stołem spytałem:

- Co u ciebie słychać? Na długo przyjechałeś?

- Nie wiem - odrzekł. - Tęskno mi było do Anielki - a myślę, że i jej do mnie. Myśmy ledwie parę miesięcy spędzili razem. Jak na młode małżeństwo, to trochę za

mało - co?

I roześmiał się swoim drewnianym śmiechem, po czym rzekł: - Zresztą mam i tu interesa. Interesa! interesa i zawsze interesa! Tu począł zaraz opowiadać mi obszernie o swoich sprawach, ale ja nie słuchałem i nie rozumiałem z tego ani słowa. Słyszałem tylko co chwila wyraz forsa i widziałem ruch monokla. Dziwna rzecz, jak w wielkim nieszczęściu mogą drażnić rzeczy małe. Nie wiem, czy tak jest ogólnie, czy tylko ze mną, dość że ten wyraz forsa i ten monokl były mi przykre nie do zniesienia. W pierwszej chwili powitania byłem prawie nieprzytomny, a jednak mogłem był porachować wszystkie

ruchy monokla. Tak bywa zawsze - i teraz. Po herbacie odprowadziłem Kromickiego do pokoju, który mu przeznaczyłem na nocleg. Tam, nie przestając opowiadać, począł się z pomocą służącego rozpakowywać. Czasem przerywał opowiadanie o interesach pokazując mi jakieś osobliwości przywiezione z Dalekiego Wschodu. Między innymi rozwiązał paski podróżne, w których obok pledu były dwa małe dywaniki wschodnie, i rzekł:

- To kupiłem, jakem był w Batum. Ładne, co? Pójdą przed nasze łóżka. Zmęczywszy się, siadł po wyjściu służącego na fotelu i gadał dalej o swoich obrotach na Wschodzie i nadziejach, ale ja myślałem o czym innym. Jest to niechybnie ratunkiem dla człowieka, iż w danym razie, nie mogąc się obronić ogółowi nieszczęścia, broni się pojedynczym jego szczegółom. Mnie teraz chodzi głównie o to, czy Kromicki pojedzie, czy nie pojedzie do Gasteinu; dlatego po chwili rzekłem:

- Mało cię znałem dotychczas, ale teraz wierzę, że ty zrobisz majątek. Nie jesteś nic a nic lekkomyślny i dla sentymentów nie poświęcisz spraw ważniejszych. Kromicki uścisnął mi gorąco rękę.

- Nie uwierzysz - odpowiedział - jak mi na tym zależy, żebyś miał zawsze do mnie zaufanie. Ja w pierwszej chwili nie uważałem na szczególne znaczenie tych słów: zajęty

byłem myślą, że już popełniłem względem Kromickiego kłamstwo i podłość - kłamstwo, bom nie wierzył w jego zdolności do interesów, a podłość, bom mu

pochlebiał - jemu, którego bym chętnie utopił w łyżce wody. Ale chodziło mi

przede wszystkim o to, by go odwieść od podróży do Gasteinu - więc brnąłem przez tę wodę dalej.

- Widzę, że ci nie na rękę podróż tych pań - rzekłem. On w odpowiedzi począł narzekać na zdrowie pani Celiny, tak jak pospolity egoista, który wszystko odczuwa o tyle tylko, o ile jego to dotyczy.

- Naturalnie - mówił - że mi ta wyprawa nie jest na rękę. Między nami, myślę, że mogłoby się bez niej obyć. Wszystko powinno mieć swoją miarę, nawet przywiązanie córki do matki. Kobieta, która wyszła za mąż, powinna rozumieć, że pierwsze jej obowiązki są względem męża. Przy tym ta matka siedząca wiecznie o ścianę, w sąsiednim pokoju, krępuje swobodę, nie pozwala ludziom zżyć się ze sobą i oddać się wyłącznie sobie. Nie przeczę, że przywiązanie dzieci do rodziców jest rzeczą chwalebną, ale gdy jest posunięte do przesady, staje się przeszkodą życiową. Wpadłszy na ten przedmiot, rozgadał się i wygłosił mnóstwo podobnych prawd, ogromnie płaskich i pospolitych, które drażniły mnie tym więcej, że jest w nich pewna doza słuszności. Na koniec rzekł:

- Ale trudno. Ja jestem jak kupiec: wiedziałem, jaki kontrakt zawieram, i gotów jestem spełnić wszystko to, co mnie obowiązuje.

- Więc pojedziesz do Gasteinu?

- Naprzód mam w tym osobisty interes. Chodzi mi o to, żebyśmy się poznali bliżej z sobą i z ciotką, i żebyście naprawdę nabrali do mnie zaufania. Pogadamy o tym w przyszłości. Mam miesiąc albo półtora wolnego czasu. Zostawiłem na Wschodzie Lucjana Chwastowskiego, który pilnuje moich spraw, a który jest, jak mówią Anglicy, a solid man. Rozumiesz przy tym, że jak się ma taką żonę jak Anielka,

to się człowiekowi chce pomieszkać z nią trochę pod jednym dachem - rozumiesz,co? To mówiąc wytrzeszczył swoje żółte, spróchniałe zęby, roześmiał się i począł mnie klepać po kolanie. A mnie czyniło się zimno w mózg i czaszkę. Czułem doskonale, że blednę. Wstałem i odwróciwszy się prędko od światła, by on nie dostrzegł zmiany w mojej twarzy, wysiliłem się na pytanie:

- Kiedy jedziesz do Płoszowa?

- Jutro, jutro!

- Dobranoc!

- Dobranoc! - odrzekł wypuszczając monokl z oka. I wyciągnąwszy do mnie obie ręce, dodał:

- Ogromniem rad, że się będziemy mogli zbliżyć. Zawsze miałem do ciebie jakąś słabość... Ręczę, że zrozumiemy się doskonale. My z nim mamy się zrozumieć? Jaki on jest bezdennie głupi! Ale im jest głupszy, tym mi straszniej pomyśleć, że Anielka jest jego własnością, jego, po prostu, rzeczą. Nie próbowałem nawet rozbierać się tej nocy. Nigdy nie widziałem tak jasno, że może być położenie, w którym słowa się kończą, kończy się zdolność

rozumienia i odczuwania klęski - a klęska się nie kończy. Istotnie obmyślono nam wspaniałe życie! Dość powiedzieć, że poprzedni okres mego istnienia, w którym Anielka deptała po moim uczuciu i który uważałem za szczyt niedoli, wydał mi się teraz okresem bajecznego szczęścia. Gdyby wówczas i gdyby dziś jeszcze zjawił się przede mną diabeł i dał mi do podpisania kontrakt, że wszystko zostanie tylko tak, jak było dotąd, że Anielka wiecznie będzie policzkowała moją miłość, ale za to Kromicki nigdy nie przyjedzie, to bym w zamian ofiarował moją duszę i podpisałbym go bez wahania. Bo w mężczyźnie, którego kobieta odtrąca, wyrabia się mimo woli przekonanie, że ona stoi na szczycie jakiejś wieży gotyckiej, na j akiejś niedostępnej wyżynie, ku której oczu nie wolno podnieść. Tak ja mimo woli myślałem o Anielce. Tymczasem przyjeżdża taki pan Kromicki, z dwoma dywanikami z

Batum, i ściąga ją bez ceremonii z tej wyżyny aż na te dywaniki - ją, tę nieugiętą, tę nieubłaganą, tę kapłankę! Jaka to straszna rzecz, że człowiek może

myśleć i wyobrażać sobie wszystko - a jaki jest przy tym obrzydliwie płaski i śmieszny! Com ja się narozmyślał, ilem natworzył teoryj, ilem nawyciskał mózgu, by sobie dowieść, że miłość jest większą siłą od ślubnych kontraktów, że ja mam

prawo kochać Anielkę, a ona mnie - i teraz - ja będę mieszkał z moimi teoriami, a Kromicki z Anielką. Ponieważ wiatr ma być stosowany do wełny jagnięcia, więc pomyślałem sobie, że i człowiek także może unieść tylko pewien oznaczony ciężar, a jeśli mu nałożą więcej na plecy, to musi upaść. W swoim nieszczęściu bez miary, w swojej również bez miary głupocie i poniżeniu, i śmieszności czułem, że od chwili przyjazdu Kromickiego zaczynam pogardzać Anielką. Dlaczego? Żadnymi ludzkimi powodami nie umiałbym tego usprawiedliwić. Żona powinna należeć do męża. Tę prawdę umiem równie dobrze na pamięć, jak każdy inny głupiec, ale w stosunku do mego uczucia jest ona upodleniem dla Anielki. Co mnie zresztą mogą obchodzić wszystkie rozumowania! Wiem, że gardzę i że to jest właśnie więcej, niż mogę przenieść. Poczułem, że istnienie w tych warunkach jest dla mnie czystym niepodobieństwem i że koniecznie, bez najmniejszej wątpliwości, muszą teraz przyjść zmiany zupełne, w których zatraci się to, co było. Ale jakie zmiany? Gdyby pogarda udusiła moje uczucie jak wilk owcę, to byłoby dobrze. Miałem jednak zaraz poczucie, że nastąpi coś innego. Gdybym Anielki nie

kochał, to bym nią nie pogardzał - więc pogarda to tylko nowy łańcuch do mojej obroży. To doskonale rozumiałem, że poza panią Kromicką, poza panem Kromickim i

ich wzajemnym stosunkiem nie obchodzi mnie na świecie nic, zupełnie nic! - ani światło, ani ciemność, ani wojna, ani pokój, ani żadna rzecz, która jego jest. Ona, Anielka, a raczej teraz oni oboje i mój udział w ich życiu, to jedyna racja mego istnienia. Jeżeli zaś z tej samej racji nie mogę istnieć, więc co ma nastąpić? Nagle doznałem jakby zdziwienia, że jedyna, najprostsza rzecz nie

przyszła mi do głowy - śmierć. Co za niesłychana siła w ręku ludzkim ta możność przecięcia nici! Teraz czekam cię, zły duchu mojego życia, i powiadam ci tak "Będziesz póty tylko dokładał mi ciężaru na kark, póki ja sam zechcę. Gdy mi będzie nadto, to cię kopnę razem z twoim ciężarem" ...E poi eterna sile nza... nirwana, czwarty wymiar Zöllnera... zresztą, czy ja wiem co! Na samą myśl o tym, że ostatecznie wszystko zależy ode mnie, doznałem ogromnej ulgi... Z

godzinę przeleżałem na sofie rozważając, jak i kiedy to uczynię - i już samo oderwanie umysłu od Kromickiego, od jego przyjazdu, od mej dla niego zawiści, było dla mnie jakby odpoczynkiem. Taka rzecz, jak odebranie sobie życia, wymaga

pewnych materialnych zachodów - co także prowadzi za sobą konieczność myślenia o czymś jeszcze poza swoją biedą. Przypomniałem sobie zaraz, że mój podróżny rewolwer ma zbyt mały kaliber. Wstałem, by go obejrzeć, i dokonawszy tego, postanowiłem kupić inny. Począłem sobie łamać głowę, jak w danym razie urządzić rzecz w taki sposób, iżby powszechnie uwierzono w wypadek. Wszystko to zresztą była czysta teoria. Nic nie krystalizowało się we mnie w określony zamiar. Nazwałbym to raczej poczuciem możności samobójstwa niż postanowieniem. Owszem, byłem teraz pewny, że to nie nastąpi prędko. Bo, myślałem sobie, skoro wiem, gdzie jest brama i zawsze mogę wydostać się na pole, to zostanę, żeby zobaczyć: do jakiego też stopnia zło może się wysilić? jaką jeszcze obmyślono mi mękę? Paliła mnie bolesna, ale niepohamowana ciekawość, co się jeszcze stanie, jak tych dwoje ludzi będzie żyło z sobą, jak Anielka będzie mu patrzyła w oczy?... Znużyłem się na koniec i usnąłem w ubraniu ciężkim snem, bo pełnym monoklów Kromickiego, rewolwerów i wszelkiego rodzaju bezładu, w którym ludzie mieszają się z rzeczami. Zbudziłem się jednak późno. Służący powiedział mi, że Kromicki już był wyjechał do Płoszowa. Pierwszą myślą moją było jechać za nim, widzieć, zobaczyć ich razem. Ale siedząc już w powozie, uczułem nagle, że tego nie przeniosę, że mi to będzie zbyt ciężkie i nieznośne; zrozumiałem, że to mogłoby zbyt przyśpieszyć moje wyjście

przez otwartą bramę na owo nieznane pole - i kazałem się wieźć gdzie indziej. Człowiek, choćby był największym pesymistą, unika instynktownie złego i broni się od niego wszystkimi siłami. Dlatego chwyta się każdej nadziei, polepszenia od każdej zmiany. Obudziła się we mnie taka chęć, byśmy jak najprędzej mogli wyjechać do Gasteinu, jakby mnie tam czekało zbawienie. Ale jednak chciałem wyjechać. Byle ich ruszyć z Płoszowa! ta myśl nie dawała mi spokoju i opanowała mnie tak zupełnie, że poświęciłem się jej wykonaniu. Nie przyszło to trudno. Te panie były już prawie gotowe. Kromicki nic poprzednio nie pisał o swoim przyjeździe, widocznie chciał zrobić żonie niespodziankę, więc mieliśmy i tak za parę dni wyruszyć. Teraz wypadało zapewne dać mu odpocząć i zapytać go, kiedy będzie mógł wyjechać, ale ja umyślnie postanowiłem nie liczyć się z nim, tak jak gdyby nie istniał. Pojechawszy na kolej, zamówiłem sleeping do Wiednia na dzień następny, po czym wysłałem służącego do Płoszowa z listem do ciotki, w którym napisałem, że bilety już kupiłem, ponieważ zaś wagony na wszystkie dalsze dni tygodnia są przez kogo innego zamówione, więc musimy jutro jechać. 26 czerwca. Wracam jeszcze do ostatnich chwil naszego pobytu w Warszawie. Te wspomnienia zanadto wycisnęły się na moim mózgu, bym mógł o nich zamilczeć. Miałem dziwne wrażenie na drugi dzień po przyjeździe Kromickiego. Oto zdawało mi się, że już

nie kocham Anielki - ale że swoją drogą nie mogę bez niej żyć. Pierwszy raz doznawałem takiego stanu, który nazwałbym rozłamaniem psychicznym. Dawniej, gdy cały ten proces uczucia odbywał się we mnie prawidłowiej, mówiłem sobie: "Kocham

ją, więc jej pragnę" - z równą logiką, jak Kartezjusz mówił: "Myślę, więc

jestem". Teraz zmieniło się to na: "Nie kocham, ale pragnę" - i obie te części istniały we mnie, jakby wypisane na dwóch oddzielnych odłamach kamienia. Obie

mnie gniotły niewypowiedzianie. Nieprędko zrozumiałem, że owo nie kocham - jest złudzeniem. Kocham jak i dawniej, tylko w sposób tak bolesny, tak gorzki, tak zatruty, że ta miłość nie ma już nic wspólnego ze szczęściem. Czasem myślę, że gdybym nawet teraz usłyszał wyznanie Anielki, gdybym ją rozwiódł, gdyby ona owdowiała i została moją, nie byłbym już szczęśliwy. Kupiłbym taką godzinę za cenę życia, ale doprawdy nie wiem, czy potrafiłbym ją przerobić na istotne szczęście. Kto wie, czy te nerwy, którymi się odczuwa szczęście, nie zostały we mnie sparaliżowane. To się może zdarzyć. Rzeczywiście, na co mi takie istnienie? W wigilię wyjazdu byłem w składzie broni. Co za szczególniejszy człowiek sprzedawał mi rewolwer! Gdyby nie był puszkarzem, mógłby zostać profesorem psychologii. Wszedłszy do sklepu, powiedziałem mu z góry, że mi jest wszystko jedno, czy to będzie system Colta, czy Smitha, byle sztuka była dobra i posiadała odpowiednio duży kaliber. Stary człowiek wybrał mi broń, na którą zgodziłem się natychmiast, następnie spytał:

- Zapewne będą panu potrzebne i ładunki?

- Właśnie chciałem o nie prosić. Puszkarz począł na mnie patrzeć uważnie.

- Czy mam dodać pokrowiec na rewolwer?

- Naturalnie. Proszę i o pokrowiec.

- To dobrze - odpowiedział - w takim razie dostanie pan ładunki tego samego numeru, co rewolwer. Teraz ja spojrzałem na niego ze zdziwieniem, on zaś mówił dalej:

- Ja, panie dobrodzieju, mam czterdzieści lat praktyki w moim zawodzie i nauczyłem się niejednego. Często kupowali u mnie broń ludzie, którzy potem strzelali sobie we łby. I co pan powiesz? Nie zdarzyło się, żeby taki człowiek kupił pokrowiec. Zawsze było tak. Przychodzi i powiada: "Proszę o rewolwer". "A z pokrowcem?" "Nie, niepotrzebny". To jest osobliwsza rzecz, bo przecie człowiek, który sobie chce w łeb strzelić, nie potrzebuje rubla oszczędzać. Ale taka już natura ludzka...Każdy, widać, sobie mówi: Na diabła mi futerał! Ale właśnie dlatego, jak kto przychodzi po rewolwer, zaraz wiem, czy sobie chce w łeb strzelić czy nie.

- Pan mi powiadasz bardzo ciekawe rzeczy - odpowiedziałem. Istotnie wydało mi się to niezmiernie charakterystycznym. Puszkarz zaś mówił dalej:

- Jakem to pomiarkował, tak wymyśliłem taki sposób: kto bierze rewolwer bez futerału, to ja się niby mylę i daję mu ładunki o jeden numer za duże. Strzelić sobie w łeb, to przecież niemała rzecz. Trzeba na to diablo wziąć się w kupę i zebrać odwagę. Myślę, że niejednego zimny pot obleje... Nareszcie zdobył się człowiek na postanowienie i dalej do rewolweru. A tu ładunki nie lezą... Choć

głową o mur bij - trzeba odłożyć do jutra... A co pan myśli: że to łatwo drugi raz się na to zdobyć? Niejeden, co byłby sobie na razie w łeb strzelił, jak już śmierci zajrzał w oczy, nazajutrz tego nie zrobi. Byli tacy, co przychodzili na drugi dzień i kupowali futerał... A mnie się tylko śmiać chciało. "Masz futerał i żyj zdrów!" Zapisuję tę rozmowę, bo mnie teraz rzeczy tyczące samobójstwa mocno obchodzą, a słowa starego puszkarza wydały mi się dokumentem ludzkim do tej sprawy. 27 czerwca. Czasem przypominam sobie, że Anielka mnie kochała, że mogłem się z nią ożenić i

mieć życie ogromnie jasne, ogromnie szczęśliwe - że wszystko to zależało ode mnie i żem wszystko to zmarnował li tylko przez nieudolność życiową. A wówczas

zadaję sobie pytanie: czy nie mam początków pomieszania zmysłów? - i czy istotnie mogłem mieć Anielkę na zawsze? Ale przecie pamiętam doskonale cały przebieg wypadków od chwili poznania się naszego aż do dziś. I powiedzieć, że ta kobieta byłaby moją i tak wierną mnie, jak jest tamtemu, i stokroć jeszcze

wierniejszą, bo mnie by kochała całą duszą! Wrodzona nieudolność - tak jest! Ale

choćby mnie to całkiem usprawiedliwiało we własnych oczach - co mi z tego, kiedy nie znajduję w tym żadnej pociechy? Trochę ulgi przynosi mi jedynie myśl, że tak potomkowie rodów przeżytych, jak i najbujniejszych skończą na tym, że ich zasypią ziemią... To mi zmniejsza różnicę między mną a tak zwanymi dzielnymi ludźmi. Całym nieszczęściem istot podobnych do mnie jest ich wyłączność. Jak głupie pojęcie dają w ogóle nie tylko romansopisarze, ale psychologowie fachowi i nawet fizjologowie, o rodach przeżytych! Wyobrażają sobie zawsze, że wewnętrznej nieudolności życiowej odpowiada stale nikłość fizyczna, mały wzrost, słabe muskuły, anemiczny mózg i licha inteligencja. Może tak czasem bywa; ale

czynić z tego ogólną zasadę - to błąd i pedantyczne powtarzanie jednego w kółko. Potomkowie rodów przeżytych odznaczają się nie brakiem sił żywotnych, ale brakiem harmonii między nimi. Ja sam jestem fizycznie tęgim człowiekiem i nie

byłem nigdy głupcem - a znałem ludzi mojej sfery zbudowanych jak antyki greckie, uzdolnionych, bystrych, którzy jednak nie umieli żyć i źle skończyli, właśnie z braku równowagi między aż zbyt zresztą bujnymi siłami żywotnymi. Są one w nas jakby źle uorganizowane społeczeństwo, w którym nie wiadomo, gdzie zaczynają się prawa jednych, a kończą drugich. Stoimy nierządem, a wiadomo powszechnie, że nierządem stać nie można. Każda z tych sił działa i ciągnie tylko w swoją

stronę, często przeciąga wszystkie inne - i stąd rodzą się tragiczne wyłączności. Ja właśnie jestem teraz chory na taką wyłączność, dzięki której poza Anielką nic mnie nie obchodzi, nic mnie nie zajmuje, o nic nie mogę życia zaczepić. Ale ludzie nie rozumieją, że taki brak harmonii, że taka anarchia sił żywotnych jest chorobą cięższą niż fizyczna i moralna anemia. Oto rozwiązanie zagadki. Dawniej życie i stosunki społeczne przynosiły nam ratunek, bo żądały od nas czynów i poniekąd zmuszały nas do nich. Dziś, gdy usunęliśmy się od życia i gdy zatruwa nas filozofowanie i zwątpienie, choroba nasza zaostrza się jeszcze bardziej w tak niehigienicznych warunkach. Doszliśmy wreszcie do tego, że zdolni jesteśmy nie do czynów, ale tylko do wyskoków, skutkiem czego właśnie najzdolniejsi i najbogaciej uposażeni spośród nas kończą zawsze na jakimś szaleństwie. Ze wszystkiego, z czego się składa życie, pozostała nam naprawdę

tylko kobieta - i jedno z dwojga - albo rozpraszamy się wydając po groszu kapitał życiowy na rozpustę, albo też, uczepiwszy się za jakąś miłość, jak za gałąź rosnącą nad otchłanią, wisimy w powietrzu, tym bardziej narażeni na skręcenie karku, że najczęściej wybieramy miłość nieprawą, noszącą w istocie swej zarody tragedii. Ja wiem, że uczucie moje dla Anielki musi się źle skończyć

- i wiedząc o tym, nie próbuję już nawet bronić się od niego, bo zresztą obrona byłaby także zgubą. 28 czerwca. Kąpiele, a zwłaszcza chłodne tutejsze powietrze, służą pani Celinie. Co dzień

jest rzeźwiejsza - i ponieważ otaczam ją staraniami, ponieważ dbam o jej wygody, jakby była moją rodzoną matką, więc jest mi wdzięczna i lubi mnie coraz więcej.

Anielka to uważa - i również nie może się obronić wdzięczności dla mnie, ale jestem pewny, że uczucie to miesza się z coraz większym żalem, albowiem daje jej widzenia tego wielkiego szczęścia, jakiego używalibyśmy wszyscy, gdyby się to było stało, co się stać mogło. Mam teraz wszelką pewność, że ona Kromickiego nie

kocha. Jest i pozostanie mu wierna - ale gdy ich widzę razem, dostrzegam na jej twarzy jakby przymus, jakby upokorzenie. Widzę, że ilekroć razy on, który jest może naprawdę zakochany, a może jeszcze bardziej chce, by uważano ich za

zakochane w sobie małżeństwo, pieści jej ręce, gładzi jej włosy, całuje czoło - tylekroć, jestem pewien, ona wolałaby się pod ziemię zapaść, niż poddawać się tym pieszczotom wobec mnie i innych. Znosi je jednak, musi się uśmiechać, a i ja znoszę ten widok i także się uśmiecham; tylko, dla rozrywki, wkładam sobie wówczas w duchu ręce do wnętrzności i szarpię je. Czasem przychodzi mi także na myśl, że ta kapłanka Diany jest zapewne swobodniejsza i mniej powściągliwa w okazywaniu swych uczuć, gdy jest z mężem sam na sam... Ale takiej rozkoszy, jaką dają podobne myśli, wystrzegam się, bo czuję, że kropelka jeszcze, a stracę równowagę i przestanę panować nad sobą. Stosunek mój do Anielki jest okropny i dla niej, i dla mnie. Miłość moja przybiera pozory nienawiści, pogardy, ironii. Męczy to Anielkę i przestrasza. Czasem spogląda na mnie, jakby chciała

powiedzieć: Co ja winna? Ja sam powtarzam sobie często: Co ona winna? - ale nie mogę, na miły Bóg, nie mogę być dla niej inny! Im widzę ją bardziej skrępowaną, pognębioną, tym większa budzi się we mnie zawziętość przeciw niej, przeciw Kromickiemu, przeciw sobie i całemu światu. I nie dzieje się tak z braku litości we mnie dla tej, równie jak ja, nieszczęśliwej istoty. Ale jak woda, zamiast

gasić zbyt rozszalały pożar, podnieca go jeszcze więcej - tak i we mnie wszystkie uczucia podniecają jeszcze rozpacz. Ja, gdy okazuję tej jedynej i najdroższej kobiecie pogardę, gdy mam dla niej tylko gniew, tylko szyderstwo,

sobie wyrządzam taką samą krzywdę jak i jej - większą nawet, bo ona jest zdolną mi to przebaczyć, ale ja sam nie daruję sobie tego nigdy! 29 czerwca. Ten człowiek spostrzegł, że istnieje jakaś głęboka uraza między mną a jego żoną, i wytłumaczył to sobie w godny siebie sposób. Zdaje mu się, że ja jej nienawidzę za to, że wolała jego ode mnie. Widzi we mnie nienawiść dla niej, płynącą z

obrażonej miłości własnej - i nic więcej. Trzeba być na to... mężem. Tak patrząc stara się nagrodzić jej to zwiększoną czułością, mnie zaś okazuje pobłażliwość wspaniałomyślnego zwycięzcy. Tylko miłość własna może do tego stopnia ludzi ogłupiać. Co to za dziwny człowiek! Chodzi codzienne do hotelu Straubingera, podpatruje pary przechadzające się pod Wandelbahnem i z pewną radością czyni o nich najgorsze przypuszczenia; ukazuje wszystkie swe popróchniałe zęby, wyśmiewając się z mężów oszukiwanych, wedle jego spostrzeżeń, przez żony, i każde nowe tego rodzaju odkrycie daje mu tak wyborny humor, że dziesięć razy na godzinę wypuszcza monokl z oka i kładzie go na powrót. I ten sam człowiek, który niewiarę małżeńską uważa jedynie za dobrą sposobność do robienia konceptów, uważałby ją za największą i najtragiczniejszą zbrodnię, gdyby chodziło o niego samego. O ile to tyczy się innych, jest farsą; o ile by dotknęło jego, wołałoby o pomstę do nieba. Dlaczego, głupcze? Któż ty jesteś taki? Idź do lustra i przejrzyj się; zobacz swoje mongolskie oczy, swoje włosy podobne do czarnej krymki, swój monokl, swoje długie piszczele; wejdź w siebie, zdaj sobie sprawę z

całej lichoty swego umysłu, z całej pospolitości swego charakteru - i powiedz, czy taka kobieta jak Anielka powinna ci być choć przez godzinę wierna? Jakim sposobem doszedłeś do niej, ty fizyczny i duchowy parweniuszu? Czy raczej nie jest to potworne, i przeciwne naturze, że ty jesteś jej mężem? Beatrycze Danta, oddająca rękę ostatniemu gburowi florenckiemu, zrobiłaby lepszą partię!... Przerwałem pisanie, bo znowu unoszę się, znów tracę równowagę, a jużem był tak doskonale zdrętwiał! Zresztą niech się Kromicki pocieszy: naprawdę, nie mam się za lepszego od niego. Choćbym nawet przypuścił, że jestem ze szlachetniejszego

kruszcu ulany - mała pociecha, gdy czyny moje są gorsze od jego czynów. On nie

potrzebuje przede mną udawać - ja muszę przed nim udawać, muszę się z nim liczyć, muszę się ukrywać, muszę stosować do niego moje postępowanie, oszukiwać go, podchodzić. Czy może być coś więcej płaskiego nad to, że ja, zamiast go wziąć za gardło, wymyślam mu w tym pamiętniku? Takiej zaocznej satysfakcji może sobie pozwolić i niewolnik względem swego pana. Kromicki nigdy zapewne nie wydawał się sobie tak nikczemny, jak wydawałem się sobie ja, gdym popełniał tysiące małości, gdym zdobywał się na mnóstwo lichych przebiegów, byle tylko umieścić go daleko od Anielki w najętej przeze mnie willi.

W dodatku nie udało mi się. On jednym prostym frazesem: "Chcę być obok żony" - wypowiedzianym z całą otwartością, zdruzgotał wszystkie moje plany. I mieszka obok żony... Jest przy tym wprost nie do zniesienia to, że Anielka rozumie każdy mój postępek, zdaje sobie sprawę z każdego mego słowa i zamiaru. Myślę, że ona musi się często wstydzić za mnie. Wszystkie te rzeczy, razem wzięte, stanowią mój chleb powszedni. Nie sądzę też, żebym długo wytrzymał, bo jednak nie jestem na wysokości położenia, inaczej mówiąc: nie jestem tak podły, jak tego wymagają warunki, w których żyję. 30 czerwca. Zasłyszałem dziś z werandy taki koniec rozmowy, prowadzonej dość podniesionym głosem między Kromickim a Anielką:

- Ja - mówił Kromicki - sam z nim pomówię, ale ty musisz powiedzieć, jak rzeczy stoją, ciotce.

- Nigdy tego nie zrobię! - odpowiedziała Anielka.

- Ale ja cię bardzo proszę! - rzekł z naciskiem Kromicki. Wszedłem do pokoju nie chcąc być mimowolnym świadkiem dalszej rozmowy. Spostrzegłem na twarzy Anielki głęboką przykrość, którą, zobaczywszy mnie, starała się ukryć. Kromicki był blady z gniewu, ale wyciągnął do mnie z uśmiechem rękę. Przez chwilę porwał mnie niepokój i strach, że ona poczyniła mu wyznania. Bałem się nie Kromickiego, ale tego, że on może wywieźć Anielkę i oderwać mnie od moich udręczeń, upokorzeń, męki. Przecież ja tym tylko żyję; inaczej umarłbym z głodu. Raczej wszystko inne, niż nie widywać Anielki! Przez cały czas łamałem sobie głowę: o czym oni mogli rozmawiać? Chwilami wydawało mi

się najprawdopodobniejszym, że ona mu coś powiedziała - ale w takim razie obejście się jego ze mną musiałoby się zmienić, tymczasem stało się ono prawie jeszcze uprzejmiejsze. W ogóle, gdyby nie nienawiść, jaką dla niego czuję, nie mógłbym na niego narzekać. Jest dla mnie grzeczny, przyjazny, serdeczny; ustępuje mi na każdym kroku jak nerwowej kobiecie. Stara się pozyskać moją ufność. Nie zraża go to, że czasem odpowiadam mu szorstko albo ironicznie, że często zbyt bezwzględnie wydobywam na jaw jego brak wykształcenia lub brak subtelnych nerwów. Nie tracę żadnej sposobności, by wobec Anielki wykazać, o ile on jest pospolitszym jako umysł i jako serce. Ale on jest cierpliwy. Być może, że jest nim tylko ze mną. Dziś widziałem po raz pierwszy jego gniew na Anielkę, i cerę miał zielonawą jak ludzie, którzy umieją się gniewać na zimno, to jest bardzo zawzięcie. Anielka prawdopodobnie się go boi, ale ona się wszystkich boi

- a teraz nawet i mnie. Nieraz trudno mi zrozumieć, skąd ta kobieta, mająca słodycz gołębia, czerpie w danym razie taką nadzwyczajną energię. W swoim czasie łudziłem się, że ona jest bierna i że gdy ją zechcę porwać, ona się nie obroni. Co za zawód! Opór jej jest tym większy, im bardziej niespodziewany. Nie wiem, o czym była mowa między nią a Kromickim, ale jestem pewien; że gdy mu zapowiedziała, iż nie zrobi tego, czego od niej wymaga, to będzie się trzęsła ze strachu, ale nie zrobi. Gdyby była moją, kochałbym ją tak, jak może kochać pies swoją panią. Nosiłbym ją na ręku, zdmuchiwał przed nią proch, kochałbym ją na śmierć. 1 lipca. Zazdrość moja byłaby nędzna, gdyby nie to, że jest w niej ból wyznawcy, któremu profanują jego bóstwo. Już bym się wyrzekł nawet dotknięcia jej ręki, gdybym mógł umieścić ją na jakiejś górze niedostępnej, do której nie wolno by się było nikomu zbliżyć. 2 lipca. Łudziłem się, żem zdrętwiał. To, co było chwilowym stanem nerwów, poczytałem za stały stan duszy. Zresztą już wówczas podejrzewałem, że to nie będzie trwałe. 3 lipca. Jednak coś między nimi zaszło. Ukrywają oboje urazę, jaką wzajem do siebie czują, ale ja ją widzę. Od kilku dni nie spostrzegłem, by on brał jej ręce, jak

to miał zwyczaj czynić poprzednio - i podnosił je kolejno do ust, albo żeby gładził jej włosy, albo całował czoło. Miałem chwilę prawdziwej radości, ale zatruła ją sama Anielka. Zauważyłem, że ona usiłuje go jakby przebłagać, wprowadzić w lepszy humor i wrócić do dawnych stosunków. Na ten widok ogarnęła mnie wściekłość, która odbiła się w moim postępowaniu z Anielką. Nigdy nie byłem dla niej, a tym samym i dla siebie, tak niemiłosierny. 4 lipca. Dziś wracając z Wandelbahnu spotkałem ją na moście, naprzeciw kaskad. Zatrzymała się nagle i poczęła coś mówić, ale huk wodospadów zagłuszył jej słowa. Rozdrażniło mnie to, bo mnie teraz wszystko rozdrażnia, więc sprowadziwszy ją z mostu w stronę naszej willi, rzekłem z niecierpliwością:

- Nie mogłem dosłyszeć, coś do mnie mówiła.

- Chciałam się spytać - odpowiedziała ze wzruszeniem - czemu ty taki dla mnie jesteś? Czemu ty nie masz wcale dla mnie litości? A mnie wszystka krew zbiegła do serca na te słowa.

- Czy ty nie widzisz - odrzekłem prędko - że cię kocham bez pamięci? Jak można za nic mieć takie uczucie! Słuchaj, ja już od ciebie niczego nie chcę. Powiedz mi tylko, że mnie kochasz, oddaj mi swoją duszę, a wszystko zniosę, wszystko

wytrzymam - i oddam ci w zamian życie, i będę ci służył do ostatniego tchnienia. Anielko, ty mnie kochasz, powiedz!... prawda? Ty mnie zbawisz tym jednym słowem

- powiedz je! Anielka stała się tak blada, jak piana wodospadów. Zdawało mi się, że powiał na nią lodowaty wiatr i ściął krew w jej żyłach. Przez chwilę nie mogła przyjść do słowa, wreszcie z największym wysileniem odrzekła:

- Proszę cię na wszystko, nie mów tak do mnie!

- Więc nigdy mi tego nie powiesz?

- Nigdy - odrzekła.

- Pomyśl tylko, że to ty nie masz dla mnie... I urwałem. Przez głowę przeleciało mi, że gdyby Kromicki żądał od niej tego

słowa, to by mu go nie odmówiła - i na tę myśl zadzwoniło mi z rozpaczy i wściekłości w uszach, a pociemniało w oczach. Straciłem całkiem przytomność.

Wiem tylko, że cisnąłem jej w oczy tak straszne i cyniczne słowa, - jakich żaden inny mężczyzna nie poważyłby się powiedzieć bezbronnej kobiecie. Nie śmiem po prostu zapisać ich w tym pamiętniku. Jak przez sen pamiętam, że przez chwilę patrzyła na mnie zdumionymi i przerażonymi oczyma, a potem chwyciła mnie za

rękaw i, potrząsając moim ramieniem, poczęła pytać gwałtownie: - Leonie! co tobie? co tobie? Mnie było to, że traciłem zmysły. Wyszarpnąłem jej rękę i odszedłem w drugą stronę. Po chwili wróciłem, ale już jej nie dostrzegłem. Wówczas zrozumiałem

tylko jedno: że oto nadszedł czas - i że trzeba skończyć. Ta myśl utworzyła natychmiast jakby jasną szczelinę w tej ciemności, która otaczała mi głowę. Był to dziwny stan jednostronnej przytomności. Nie zdawałem sobie dobrze sprawy z tego, co zaszło. Straciłem prawie zupełnie poczucie istnienia własnego i istnienia Anielki; natomiast o śmierci począłem myśleć nie tylko jak człowiek przytomny, ale jak człowiek spokojny. Wiedziałem np. doskonale, że gdy się rzucę ze skał w przepaść, to będzie mogło ujść za wypadek, ale jeśli się zastrzelę w swoim pokoju, to takiego ciosu ciotka moja nie przeżyje. Jeszcze dziwniejszym było to, że mając podobną świadomość, nie poczuwałem się do żadnego wyboru, jak gdyby związek między moim rozumowaniem a moją wolą i płynącymi z niej czynami został już przerwany. Mając zupełnie jasne przekonanie, że lepiej jest rzucić się ze skał niż się zastrzelić, szedłem jednak do willi po rewolwer. Dlaczego? Nie wiem. Wiem tylko, że śpieszyłem się coraz bardziej i że wbiegłszy pędem po schodach na górę, począłem szukać klucza od kufra, w którym był zamknięty rewolwer. Nagle wytrącił mnie z tej kolei wyłącznego myślenia o samobójstwie odgłos szybkich kroków po schodach. Błysnęła mi myśl, że to może Anielka odgadła moje zamiary i śpieszy im zapobiec. Tymczasem drzwi otworzyły się gwałtownie i ujrzałem w nich ciotkę, która zawołała zdyszanym głosem:

- Leonie! biegaj po doktora, Anielka zasłabła! Usłyszawszy to, zapomniałem o wszystkim innym: wybiegłem z willi bez kapelusza i po upływie kwadransa sprowadziłem lekarza z hotelu Straubingera. Gdyśmy przybyli, było już wszystko dobrze. Doktor poszedł do Anielki, ja zaś zostałem z ciotką na werendzie i wypytywałem, co zaszło.

- Przed pół godziną - mówiła ciotka - Anielka wróciła z twarzą tak rozpaloną, że

zaraz obie z Celiną poczęłyśmy pytać: co jej jest? Odpowiadała: - Nic! nic! - jakby z niecierpliwością, ale widziałyśmy, że to nieprawda. Celina poczęła nalegać. Wówczas Anielka uniosła się, co pierwszy raz w życiu widziałam, i zawołała: Czemu mnie tu wszyscy męczą! Potem zaraz dostała jakichś spazmów czy serdecznego śmiechu. Przeraziłyśmy się okropnie i ja poleciałam do ciebie. Chwała Bogu, że to już przeszło. Płakało tylko biedactwo i poczęło przepraszać nas obie za swoje uniesienie... Ja milczałem, bo mi się serce darło na strzępy. Ciotka poczęła chodzić wielkimi krokami po werendzie, nareszcie stanęła przede mną i wziąwszy się pod boki, ozwała się:

- Wiesz, co mi się zdaje, mój chłopcze? Oto my tego Kromickiego wszyscy nie dość

lubimy - bo i Celina nie bardzo go znosi. Dziwna rzecz, on aż nadto stara się wkupić w nasze łaski, a ciągle ma minę intruza. To źle z naszej strony. Anielka to widzi i cierpi nad tym...

- Czy ciocia myśli, że ona go tak bardzo kocha?

- O, zaraz: bardzo, bardzo!... Kocha go, bo jest jej mężem i - i naturalnie, że jej przykro widzieć, jak go źle traktujemy.

- Ale kto go źle traktuje? Moim zdaniem, ona po prostu nie jest z nim szczęśliwa

- i cała rzecz...

- A niechże Pan Bóg broni! - odrzekła ciotka. - Nie przeczę, że mogła lepszą partię zrobić, ale co znowu można mu tak dalece zarzucić? Jest widocznie bardzo do niej przywiązany... Celina nie może mu wprawdzie przebaczyć sprzedaży Głuchowa, a i ja mu tego nie zapomnę nigdy, sama jednak słyszałam, jak Anielka broniła go zawzięcie.

- Może wbrew przekonaniu?

- Choćby; to tym bardziej dowodzi, że ona go kocha. Co do jego interesów, bieda, że nikt dobrze nie wie, jak rzeczy stoją, i stąd ciągłe obawy Celiny. Ale tak naprawdę, czy to majątek daje szczęście? Zresztą ja ci już mówiłam, że nie zapomnę o Anielce, i ty na to pozwalasz. Co? pozwalasz? My oboje mamy dla niej pewne obowiązki, mój Leonie, nie mówiąc już o tym, że to jest kochane

stworzenie, które zasługuje na naszą opiekę. - Z całego serca, moja ciociu. Ponieważ nie mam siostry, więc póki żyję, nigdy Anielce nie dokuczą kłopoty materialne.

- Tak liczę na to, że umrę spokojniej - odrzekła ciotka. I poczęła mnie ściskać, ale dalszą rozmowę przerwał nam doktor. W kilku słowach uspokoił nas zupełnie. "Małe wzburzenie nerwowe, które zresztą często się przy tych kąpielach z początku zdarza. Przerwać kąpiele na kilka dni, dużo być na

powietrzu - oto, czego trzeba! Organizm jest zdrów, sił dużo, i wszystko będzie jak najlepiej". Ponatykałem mu kieszenie za te słowa tak, że kapelusz włożył dopiero za kratą willi. Byłbym sprzedał kilka lat życia, by móc pójść do Anielki i ucałować ją po nogach, przepraszając za wszystko, com jej złego zrobił. Przysiągłem sobie być dla niej innym, znosić cierpliwie Kromickiego, nie burzyć

się, nawet nie szemrać. Skrucha, skrucha zupełna i głęboka - oto był teraz stan mojej duszy. Kocham ją jednak niewypowiedzianie. Przed samym południem wrócił z dalekiej przechadzki po Kaiserwegu Kromicki. Zaraz spróbowałem być i dla niego serdeczniejszy. On to wziął za współczucie i był mi prawdziwie wdzięczny. Wraz z panią Celiną spędzili cały dzień przy Anielce. Ona po południu chciała się ubrać i wyjść, ale jej nie pozwolili. Ja także nie pozwoliłem sobie burzyć się z tego powodu. Nie pamiętam, żebym kiedy w życiu odniósł nad sobą tak wielkie

zwycięstwo. A mówiłem sobie: - To dla ciebie, moja ukochana! - Byłem w głupim usposobieniu przez resztę dnia. Ciągle chciało mi się płakać, jak małemu dziecku. I teraz duszą mnie łzy. Nabroiłem, ale też pokutuję za to porządnie. 5 lipca. Po wczorajszych uniesieniach folga najzupełniejsza, jakby cisza po burzy. Chmury wyładowały całą swą elektryczność. Czuję się słabym i moralnie, i fizycznie. Anielka ma się lepiej. Rano znaleźliśmy się sam na sam na werendzie. Posadziłem Anielkę na fotelu z biegunami i otuliwszy ją ciepłym szalem, bo tu poranki chłodne, rzekłem:

- Moja Anielko droga, przepraszam cię z całej duszy za to, com wczoraj

powiedział. Przebacz mi i zapomnij - bo i tak ja sam sobie tego nigdy nie zapomnę. Ona od razu wyciągnęła mi w odpowiedzi rękę, w którą wpiłem się ustami. Musiałem użyć całej siły woli, aby nie jęczeć głośno, tak wielka była przepaść między moją miłością a moją nędzą. Anielka czuła to doskonale, bo nieprędko cofnęła mi rękę. Ona także starała się opanować wzruszenie, a może i opanować uczucie, które popychało jej serce ku mnie. Szyja jej i piersi drgały, jakby łkanie chciało się gwałtem wyrwać na zewnątrz. Czuła przecie, że ją kocham nad wszystko, że na taką miłość nie natrafia się co dzień i że to mógłby być skarb szczęścia na całe życie. Ale po chwili przemogła się i twarz jej stała się pogodną. Widać w niej było tylko rezygnację i wielką dobroć.

- Już zgoda będzie między nami, nieprawda? - spytała.

- Tak jest! - odrzekłem.

- I raz na zawsze?

- Co ja ci odpowiem, mój ty aniele! Ty wiesz najlepiej, co się we mnie dzieje... Jej znów zaszły oczy mgłą, ale znów się przemogła.

- Dobrze już! - rzekła - to ty jesteś dobry...

- Ja? - zawołałem ze szczerym oburzeniem - czy ty wiesz, że gdybyś wczoraj nie była nagle zasłabła, to ja byłbym sobie... Ale nie dokończyłem. Zrozumiałem nagle, że byłoby niegodziwością z mojej strony wyzyskiwać ją przez strach i groźbę. To nie była droga dla mnie. Ogarnął mnie wstyd tym większy, że ona zaniepokoiła się zaraz i spojrzawszy na mnie bacznie, spytała:

- Co ty chciałeś powiedzieć?

- Chciałem powiedzieć coś, co byłoby niegodne mnie i co zresztą nie ma już dziś znaczenia.

- Nie, Leonie, ja chcę wiedzieć koniecznie: inaczej nie będę miała chwili spokoju.

Wiatr zsunął jej promyk włosów na czoło - więc ja wstałem i począłem go z lekka układać na powrót na jej główce z taką troskliwością, jakbym był jej matką, i rzekłem:

- Anielko kochana, nie każ mi mówić tego, czegom mówić nie powinien. Jeżeli zaś chodzi o twój spokój, daję ci słowo, że nie potrzebujesz mieć na przyszłość żadnych obaw. Ona podniosła ku mnie oczy.

- Dajesz mi na to słowo?

- Najwyraźniej i najsolenniej. Co tam się troi w tej główce kochanej! Dalszą rozmowę przerwał nam listonosz, który oddał całą paczkę listów. Były do Kromickiego ze Wschodu, do Anielki od Śniatyńskich (poznałem jego rękę na kopercie) i do mnie od Klary. Poczciwa Klara pisała niewiele o sobie, natomiast dopytywała się bardzo szczegółowo o mnie. Powiedziałem Anielce, że mam od niej list, wskutek czego Anielka, chcąc widocznie stworzyć zupełną pogodę między nami, zaczęła mnie nią prześladować. Ja oddałem jej pięknym za nadobne mówiąc, że Śniatyński stracił jakoś w ostatnich czasach głowę. Przez chwilę śmieliśmy się oboje i żartowali. Dusza ludzka jest jak pszczoła, która szuka słodyczy nawet na gorzkich kwiatach. Najnieszczęśliwszy człowiek stara się wycisnąć choć odrobinę szczęścia nawet z własnej męki, i by to uczynić, chwyta za lada cień, za lada pozór. Czasem myślę, że ta niepohamowana potrzeba jest dowodem, iż nam się jeszcze coś należy po śmierci. Jestem przekonany, że pesymizm wymyślono także gwoli tej potrzeby, dla pociechy, jaką mogło sprawić ujęcie ogólnej niedoli w filozoficzną formułę. Było to zaspokojeniem dążenia do świadomości i prawdy, szczęście zaś nie jest niczym innym, tylko szeregiem zaspokojeń.

A może też miłość jest tak ogromnym źródłem szczęścia, że - nawet najciemniejsza

- jeszcze jest przetkana promieniami; dość, że taki promyk dziś zaświecił nam obojgu. Nie spodziewałem się już tego. Nie spodziewałem się również, żeby człowiek, który w pragnieniach swoich nie ma granic i pożąda wszystkiego, mógł w prawdziwej biedzie poprzestawać prawie na niczym. Ale miałem tego przykład na sobie. Zaledwie ukończyliśmy czytać nasze listy, gdy pani Celina, która już chodzi o własnej mocy, ukazała się we drzwiach niosąc stołeczek pod nogi dla Anielki.

- Ach, mamo! - rzekła zgorszona Anielka - czy to się godzi?

- A małoś to ty się nawysługiwała mnie, jak byłam chora? - odpowiedziała pani Celina. Lecz ja wyjąłem z jej rąk taburecik i klęknąwszy przed Anielką, czekałem

dopóty, dopóki nie postawiła na nim swych nóżek - i to tylko, żem przez sekundę u nich klęczał, napełniło mnie szczęściem na cały dzień. Tak jest! Człowiek bardzo a bardzo biedny żyje okruszynami i zbierając je uśmiecha się jeszcze z

wdzięcznością - przez łzy. 6 lipca. Posiadam serce kalekie, ale zdolne do kochania. Teraz dopiero rozumiem Śniatyńskiego. Gdybym nie był człowiekiem zwichniętym, niezrównoważonym, zatrutym przez sceptycyzm, krytykę samego siebie i krytykę tej krytyki; gdyby moja miłość była prawidłową i prawą, byłbym znalazł w Anielce mój życiowy dogmat, za którym przyszłyby i inne. Ale nie wiem... może ja właśnie nie umiałbym inaczej kochać, jak krzywo, może w tym mianowicie leży moja nieudolność życiowa, dość, że to, co powinno się było stać moim zdrowiem i zbawieniem, stało się śmiertelną chorobą i potępieniem. Dziwna rzecz, jak dalece nie brakło mi ostrzeżeń. Zdawać by się mogło, iż ludzie przewidywali, co mnie spotka. Toż ja sobie ciągle przypominam, że Śniatyński napisał mi jeszcze wówczas, gdy byłem w Pegli u Davisów, następne słowa: "Z życia musi coś wyrosnąć: baczże, żeby nie wyrosło coś takiego, co by się stało nieszczęściem dla ciebie i twoich bliskich". Wówczas śmiałem się z tego, a przecie niepodobna było lepiej przewidzieć przyszłości! Ojciec mój również kilkakrotnie przemawiał także tak, jakby chwilami przebijał wzrokiem tę zasłonę, która zakrywa przyszłość. Dziś są to wszystko wspomnienia spóźnione. Wiem, że nic mi z tych rozmyślań nie przyjdzie, ale nie mogę się od nich wstrzymać, bo mi żal nie tyle siebie, ile Anielki. Ona byłaby ze mną stokroć szczęśliwsza, niż jest z Kromickim. Przypuszczając nawet, że byłbym ją z początku poddawał analizie i powykrywał w niej liczne wady, to i tak kochałbym ją z całej duszy. Byłaby moją, a zatem weszłaby w sferę mego egoizmu. Na jej wady patrzyłbym jak na swoje własne

słabości, a sobie samemu człowiek wszystko wybacza - i choćby się jak najostrzej krytykował, nie przestaje jednak zabiegać wedle własnego dobra, a zatem być

sobie drogim. Tak byłaby mi drogą i ona - a ponieważ jest stokroć doskonalszą ode mnie, więc z czasem stałaby się moją chlubą, moją najlepszą, najszlachetniejszą częścią duszy, i uznałbym, że na moją krytykę nie ma przy

niej miejsca - i przeszedłbym na jej wiarę, i był zbawiony przez nią.

To wszystko zmarniało, zepsuło się, zmieniło w tragedię dla niej - w zło i tragedię dla mnie. 7 lipca.

Odczytuję, com wczoraj napisał - i uderza mnie to, co powiedziałem w końcu, że uczucie moje, które, gdyby było prawe, mogło stać się moim zbawieniem, zmieniło się w źródło zła... Trudno mi się pogodzić z tą myślą. Jakim sposobem miłość dla istoty tak czystej jak Anielka, może rodzić zło? Ale jedno słowo wszystko tłumaczy: jest to miłość krzywa. Zresztą trzeba mi uznać fakt. Gdyby ktoś dwa lata temu powiedział mnie, człowiekowi ucywilizowanemu, posiadającemu estetyczne nerwy, żyjącemu w zgodzie z kodeksem karnym już dla tego samego, że natura

moralna nie pozwala mu żyć inaczej - gdyby mi ktoś, powtarzam, powiedział, że ja

będę rozmyślał po całych dniach i nocach o usunięciu ze świata - choćby przez

zabójstwo - człowieka, który mi zawadza, to bym takiego proroka poczytał za

wariata. A jednak - oto do czego doszedłem! Kromicki zasłania mi świat, odbiera

ziemię, wodę i powietrze. Nie mogę żyć właśnie dlatego, że on żyje - i z tego powodu piastuję w duszy myśl o jego śmierci, bez chwili przerwy. Jakie by to było proste i zupełne rozwiązanie wszystkich zawikłań, jakie zakończenie wszystkich nieszczęść, gdyby on umarł! Myślałem niejednokrotnie, że jeśli

hipnotyzer może powiedzieć swemu medium: "Śpij!" - i medium zasypia - czemu by ta sama siła, jeszcze bardziej natężona, nie miała wystarczyć do uśpienia kogoś snem wiecznym? Pozapisywałem sobie świeżo rozmaite książki o hipnotyzmie,

tymczasem zaś mimo woli mówię Kromickiemu każdym spojrzeniem: "Umrzyj!" - i gdyby taka sugestia wystarczała, dawno by go nie było na świecie. Skutek z tego dotychczas jest taki, że on ma się dobrze i jest, jak był, mężem Anielki, mnie zaś pozostaje przekonanie, iż moja intencja jest zarówno zbrodnicza, jak głupia,

śmieszna, niegodna człowieka czynu - i pogardzam sobą coraz bardziej. Nie przeszkadza mi to jednak hipnotyzować Kromickiego w dalszym ciągu. To znowu ta sama historia człowieka inteligentnego, który opuszczony w ciężkiej chorobie

przez lekarzy, udaje się do znachorów. Ja chcę zabić przeciwnika hipnotyzmem - że zaś przez to widzę tym dokładniej moją nicość, to tym gorzej dla mnie. Trzeba przy tym wyznać, że ilekroć jestem samotny, tylekroć chwytam się na rozmyślaniach o usunięciu nienawistnego mi człowieka za pomocą wszelkich środków, jakie leżą w mocy ludzkiej. Przez długi czas pieściłem się z myślą zabicia go w pojedynku. Ale to droga do niczego! Anielka nie mogłaby zaślubić

zabójcy swego męża - więc począłem rozmyślać, jak pospolity zbrodniarz, o innych sposobach. I co dziwniejsza, znalazłem mnóstwo takich, których by nie wykryła żadna ludzka sprawiedliwość. Głupstwo! marność! czysta teoria! Kromicki sobie może żyć bezpiecznie, bo podobne myśli nigdy nie staną się we mnie czynem. Nie zabiję go, choćbym wiedział, że nie będę za to więcej odpowiedzialny niż za rozdeptanie pająka; nie

zabiłbym go, choćbyśmy mieszkali na bezludnej wyspie - ale jednak, gdyby można rozciąć czaszkę ludzką jak jabłko i wydobyć ukryte wewnątrz myśli, pokazałoby się, że robak zbrodni toczy mój mózg. Co więcej: czuję to doskonale, że jeśli w żadnym razie nie zamordowałbym Kromickiego, to nie z tych wyższych pobudek moralnych, ujętych w przykazaniu: Nie zabijaj! To przykazanie jam już w sobie zdeptał. Nie zabiłbym go tylko dlatego, że może jakieś resztki tradycji rycerskiej stanęłyby mi na przeszkodzie, dlatego, że moje wyrafinowane nerwy nie byłyby zdolne zdobyć się na czyn brutalny, żem za daleko odszedł od pierwotnego dzikiego człowieka: słowem dlatego, że nie umiałbym się fizycznie na to zdobyć.

Ale moralnie ja go morduję co dzień - i wobec tego pytam się siebie, czy przed jakimś sądem, wyższym nad sądy ludzkie, nie będę odpowiadał za ten postępek tak, jak gdybym go dokonał? Być może wprawdzie, że gdyby tak, jak już powiedziałem, można było otwierać czaszki ludzkie, to w mózgu najcnotliwszego nawet człowieka znalazłyby się myśli, od których włosy powstawałyby na głowie. Pamiętam, iż gdy byłem małym chłopcem, przyszedł na mnie okres pobożności tak wielkiej, iż modliłem się całą duszą od rana do wieczora, a jednocześnie w chwilach największych religijnych uniesień przelatywały mi przez głowę bluźnierstwa, tak zupełnie, jakby mi je wiatr nawiewał albo jakby mi je podsuwał demon. Tak samo zdarzało mi się bluźnić przeciw osobom, które najmocniej kochałem i za które byłbym bez wahania oddał życie. Pamiętam również, że stanowiło to moją dziecinną tragedię i że cierpiałem z tego powodu prawdziwie. Ale mniejsza o to. Wracając do owych bluźnierczych albo zbrodniczych myśli, sądzę, że się za nie nie odpowiada, ponieważ płyną one ze świadomości zewnętrznego zła, nie ze zła wszczepionego już w moralny organizm. I właśnie z powodu tej ich zewnętrzności człowiekowi wydaje się, że mu je diabeł szepce do ucha.

Człowiek zaś słucha ich, i nie chcąc zła, odpycha je - w czym jest może nawet zasługa. Ale ze mną jest rzecz inna. Myśl o pozbyciu się Kromickiego nie przychodzi mi z zewnątrz, ale wykwita i tkwi we mnie. Jam moralnie już do tego dojrzał, jeżeli zaś nie zdobywam się i nie mógłbym się zdobyć na zamordowanie go, to jest tylko, jak wspomniałem, kwestią nerwów. Rola mojego diabła ogranicza się tylko do tego, że drwi ze mnie szepcząc mi w ucho, że czyn dowodziłby tylko energii, nie byłby zaś większą zbrodnią. Oto są rozdroża, na których stoję, a na których nie spodziewałem się tak dalece nigdy stanąć, że spoglądam w głąb własnej istoty ze zdumieniem. Nie wiem, czy istotnie wyjątkowe moje udręczenia okupują, choć w części, mój upadek, wiem tylko, że komu życie nie mieści się w ten kodeks prosty, którego trzyma się Anielka i podobne do niej istoty, komu dusza z takiego naczynia wykipi, ten musi zmieszać się z prochem i błotem. 9 lipca. Dziś w czytelni Kromicki pokazał mi jakiegoś Anglika, w towarzystwie kobiety nadzwyczaj pięknej, i opowiedział mi ich historię. Piękność ta jest z pochodzenia Rumunką i pierwotnie była za jakimś zrujnowanym bojarem wołoskim, od którego Anglik kupił ją po prostu w Ostendzie. Słyszałem podobne opowiadania z dziesięć razy w życiu. Kromicki mówił mi nawet, za jaką sumę piękna Kokona została nabyta. Opowiadanie to zrobiło na mnie dziwne wrażenie. Pomyślałem

sobie: "I to jest sposób" - zapewne, że haniebny dla sprzedającego i kupującego, ale prosty. Kobieta może przy tym w takich razach nie wiedzieć o układach, same zaś układy mogą osłonić się możliwie przyzwoitymi pozorami. Mimo woli począłem stosować te myśli do naszego położenia. "A nużby!" Cała rzecz przedstawiła mi

się podwójnie: ze względu na Anielkę - jako ohydna profanacja, ze względu na

Kromickiego - jako sposób nie tylko możliwy, ale nasycający moją dla niego nienawiść i pogardę. Bo gdyby on się na to zgodził, dopieroż wykazałaby się cała jego nikczemność, dopieroż stałoby się jasnym, jaki to jest człowiek i jaką potwornością było oddawać mu Anielkę. Czułbym się wówczas od razu usprawiedliwiony we wszystkich moich usiłowaniach odebrania mu żony. Lecz czyby się zgodził? Mówiłem sobie "Nienawidzisz go, zatem przypuszczasz o nim wszystko złe". Z drugiej strony, starając się o nim myśleć nawet najobiektywniej, nie mogłem zapomnieć, że ten człowiek sprzedał Głuchów, że uzyskał na to podstępem pełnomocnictwo Anielki, że poniekąd oszukał ją i panią Celinę, że na koniec chciwość pieniężna była najwidoczniej główną jego namiętnością. Nie ja jeden uważałem go za człowieka, mającego wprost gorączkę złota. Tak samo na niego patrzył Śniatyński, tak samo ciotka, tak samo pani Celina. Otóż tego rodzaju moralna choroba może zawsze doprowadzić do odpowiedniego upadku. Rozumiem swoją drogą, że wszystko będzie prawdopodobnie zależało od stanu jego interesów. Jaki jest ten stan, nikt dobrze nie wie. Ciotka robi przypuszczenia, że nie jest pomyślny; ja przypuszczam, że wszystko, co miał, zasiał w jakąś rolę, która ma przynieść butne żniwo. Czy przyniesie? On sam zapewne jeszcze nie wie, i stąd ten jego jakiś ciągły niepokój, te tuziny listów wysyłanych do młodego Chwastowskiego, który jest jego pełnomocnikiem na Wschodzie. Przyszło mi nagle do głowy, że właśnie przez tegoż Chwastowskiego można by się dowiedzieć, jak rzeczy stoją. Potrzeba by jednak na to długiego czasu. Być może, że pojadę na jeden dzień do Wiednia, obaczę się z doktorem Chwastowskim, który tam pracuje w klinice, i przez niego czegoś się dowiem. Bracia muszą przecie do siebie pisywać. Tymczasem wybadam Kromickiego, ale z wszelką ostrożnością, by nie obudzić jego czujności ani podejrzeń. Przede wszystkim spytam go zaraz jutro: co on myśli o owym bojarze rumuńskim, który sprzedał żonę Anglikowi? Przewiduję, że nie zechce być ze mną szczery, ale mu do tego dopomogę w miarę możności, resztę zaś odgadnę. Cała ta suma myśli i zamiarów sprawiła, że cokolwiek odżyłem. Nie

ma nic straszniejszego, jak cierpieć biernie - i wszystko mi jest dobre, co mnie

z tego stanu wyprowadza. Powtarzam sobie: - Oto przynajmniej jutro i pojutrze

będziesz coś przedsiębrał, będziesz coś próbował czynić dla swego uczucia - i pokrzepiam się tym. Z zupełnej bezwładności przechodzę do jakiejś gorączki czynów. Chodzi o moją głowę, o moje zmysły, które się rozprzęgają. Przyrzekłem Anielce słowem honoru, że się na własne życie nie targnę, nie mam więc już i tego wyjścia. A tak, jak żyję, nie mogę żyć. Jeśli ta droga, na którą chcę wstąpić, jest haniebną, w każdym razie haniebniejszą będzie dla Kromickiego niż dla mnie. Muszę ich rozłączyć nie tylko ze względu na siebie, ale ze względu na nią. Naprawdę mam gorączkę. Wszystkim tu kąpiele służą, prócz mnie. 10 lipca. Gorące dni zdarzają się nawet tu, w Gasteinie. Co za upał! Anielka nosi suknie z białej flaneli, takie, jakich Angielki używają do lawn-tennis. Pijamy rano kawę na świeżym powietrzu. Ona przychodzi po kąpieli świeża, jasna jak śnieg o wschodzie słońca. Wysmukłe jej ciało rysuje się wyraźniej niż zwykle pod miękką suknią. Poranne światło, oświeca ją tak dokładnie, że widzę każdy włosek jej brwi, rzęs i owego puszku pokrywającego jej delikatne policzki. Włosy jej bywają jakby mokre, ale w tym blasku zdają się jaśniejsze niż zwykle, a źrenice są przeźroczystsze. Jaka ona młoda, jaka upajająca! W niej jest moje życie, w niej się streszcza wszystko, czego chcę. Nie odejdę, nie potrafię. Patrzę na nią i tracę zmysły z upojenia, a zarazem i z bólu, że oto siedzi przy

niej - mąż. To nie może tak zostać - niech nie będzie niczyją, byle nie była jego! Ona sobie zdaje, do pewnego stopnia, sprawę z tej męki, która mi skręca nerwy, jednak niedostatecznie. Męża nie kocha, ale pożycie z nim uważa za

prawowite - mnie zaś na samą myśl o tym chce się zgrzytać, bo mi się zdaje, że przyznając tę prawowitość, sama siebie upadla. A tego nie wolno, nawet jej!

Niechby lepiej umarła. Wtedy będzie moją, bo ten prawowity mąż tu zostanie - a ja nie! Przez to samo jam jej prawowitszy niż on. Dzieje się czasem ze mną coś dziwnego. Oto, gdy się bardzo zmęczę, wymorduję, gdy umysł mój, przez natężone w jednym kierunku myślenie, widzi jakieś odległe przestrzenie, których w normalnym stanie dostrzec nie można, przychodzą na mnie chwile takiej pewności, że Anielka

należy się mnie, że w jakiś sposób jest czy że będzie moją - iż gdy się budzę z tego stanu, przypominam sobie jakby ze zdziwieniem o istnieniu Kromickiego. Moż e w takich chwilach przechodzę tę granicę, której za życia zwykle się nie przechodzi, i mam widzenie rzeczy doskonałych, takich, jakimi są w ideale i jakimi powinny być w objawach zewnętrznych? Dlaczego te dwa światy sobie nie

odpowiadają - i jakim sposobem mogą sobie nie odpowiadać, nie wiem. Usiłuję to nieraz rozwiązać i gubię się, i nie rozumiem tej nieodpowiedniości, czuję tylko,

że w niej leży niedoskonałość i zło. To poczucie pokrzepia mnie - w takim razie bowiem przynależność Anielki do Kromickiego byłaby właśnie objawem zła. 11 lipca. Nowy zawód, nowa ruina zamiarów, lubo mam jeszcze iskrę nadziei, że niezupełna. Mówiłem dziś z Kromickim o bojarze, który sprzedał żonę, przy czym zmyśliłem całą historię w celu ułatwienia Kromickiemu szczerości. Spotkaliśmy Anglika z kupioną żoną przy kaskadach. Począłem zaraz mówić o jej nadzwyczajnej piękności, wreszcie rzekłem:

- Opowiadał mi doktor tutejszy, jak się odbyło kupno i sprzedaż. Ty za surowo sądzisz tego bojara.

- On mnie przede wszystkim bawi - odpowiedział Kromicki.

- Są okoliczności łagodzące. Był to nie tylko bojar, ale i właściciel wielkich garbarni, które prowadził za pożyczone pieniądze. Nagle, z powodu zarazy, dowóz skór z Rumunii został przez sąsiednie państwa wzbroniony. Ten człowiek wiedział, że jeśli nie przetrzyma zakazu, nie tylko sam zbankrutuje, ale pogrąży w ruinie setki rodzin, które mu zaufały. Mój kochany, albo się jest kupcem, albo się nim nie jest. Być może, iż moralność kupiecka jest odmienna od ogólnej, ale gdy się raz na nią zgodziło...

- To ma się prawo sprzedać nawet żonę? - spytał Kromicki. - A nie! Nie wolno dla jednych obowiązków deptać drugich, kto wie, czy nie świętszych... Kromicki nie mógł mnie rozczarować bardziej i zniecierpliwić bardziej, niż odzywając się jak porządny człowiek. Ale nie straciłem od razu nadziei. Wiem, że każde najmarniejsze indywiduum ma do rozporządzenia pewien zapas frazesów

pięknie brzmiących - więc mówiłem dalej:

- Nie uwzględniasz jednej rzeczy, mianowicie, że ten człowiek pogrążyłby w nędzę razem z sobą i tę kobietę. Przyznaj, że to jest dziwny sposób pojmowania

obowiązków względem najbliższych - odbierać tym najbliższym ostatni kawałek chleba.

- A wiesz, nie wiedziałem, że ty jesteś tak diablo trzeźwy. Ja zaś pomyślałem:

- Nie rozumiesz, głupcze, że to nie są moje poglądy: to są tylko pojęcia, które ci chcę podsunąć! Głośno zaś odpowiedziałem:

- Staram się wejść w położenie tego przemysłowca. Ty przy tym nie uwzględniasz jednej rzeczy: że ta kobieta mogła go nie kochać, mogła kochać swego dzisiejszego męża, a tamten mógł o tym wiedzieć.

- W takim razie oboje byli siebie warci.

- To inna sprawa. Patrząc nieco głębiej, jeśli ona, kochając tego Anglika, pozostała jednak wierną mężowi, to może jest więcej warta, niż myślimy. Co do twego bojara; może on być człowiekiem podłym, ale pytam, co w podobnym wypadku ma robić kupiec, do którego ktoś przychodzi i powiada mu tak: "Pan jesteś bankrut podwójny, bo masz długi, których nie możesz zapłacić, i żonę, która cię nie kocha; ale rozwiedź się z tą kobietą, a ja l-o zapewnię jej dostatek i możliwe szczęście, a po wtóre zapłacę pańskie długi". Bo to się mówi: sprzedaż!

sprzedaż! - a czy to właściwie jest sprzedaż? Pomyśl, że ten kupiec, który się na ów układ zgadza, uwalnia za jednym zamachem od nieszczęścia kobietę (a kwestia, czy to właśnie nie jest prawdziwym zrozumieniem obowiązku względem

bliskich) - i od nędzy tych wszystkich, którzy mu zawierzyli... Kromicki pomyślał chwilę, wypuścił monokl i odrzekł:

- Mój kochany, ja pochlebiam sobie, że na interesach znam się lepiej od ciebie, ale w rozprawy wdawać się z tobą nie mogę, bo mnie w kozi róg zapędzisz. Żebyś nie miał po ojcu milionów, a został adwokatem, byłbyś je i tak zrobił... Jak w ten sposób przedstawiłeś sprawę, dalibóg, nie wiem, co mam o tym rumuńskim chłystku myśleć: wiem tylko, że tam był układ o żonę, a to, mów sobie, co chcesz, wygląda na szelmostwo. Po wtóre, ponieważ sam jestem poniekąd kupcem,

powiem ci jeszcze to: - Bankrut ma zawsze sposób wyjścia: albo zrobić drugi raz majątek i pospłacać dawne długi, albo strzelić sobie w łeb. W ten sposób płaci krwią; żonę zaś, jeśli ją ma, uwalnia od siebie i otwiera przed nią widoki nowego losu. Miałem chwilę takiej wewnętrznej wściekłości, że dałbym nie wiem co, byle móc mu krzyknąć w ucho: Tyś już bankrut, przynajmniej pod tym względem, że żona cię nie kocha! Widzisz te wodospady? Skaczże w nie na łeb i uwolnij ją od siebie, i otwórz jej to nowe życie, w którym będzie stokroć szczęśliwsza! Alem milczał przeżuwając to nowe przekonanie, pełne dla mnie goryczy, że Kromicki jest wprawdzie pospolitym człowiekiem, zdolnym nawet do takich postępków, jakim jest na przykład sprzedaż Głuchowa lub nadużywanie zaufania żony, ale nie jest tak nikczemną duszą, za jaką go miałem. Był to dla mnie i zawód, i ruina planów, do których przyczepiłem chwilowo swoje istnienie. Znów czułem się bezradnym, znów zobaczyłem przed sobą pustkę, znów zawisłem jak w powietrzu. Nie chciałem jednak wypuścić z ręki ostatniej nici, bo rozumiałem dobrze, iż jeśli potrafię w jakikolwiek sposób działać, to jeszcze jako tako

będę mógł żyć - w przeciwnym zaś razie, prawdopodobnie oszaleję. "Przygotuję

sobie chociaż grunt na przyszłość i na wszelki wypadek - mówiłem sobie - oswoję Kromickiego z myślą rozstania się z Anielką". Nie wiedziałem, powtarzam, jak stoją jego sprawy majątkowe, w przypuszczeniu jednak, że kto spekuluje, tak dobrze może stracić jak zyskać, począłem mówić:

- Nie wiem, o ile to, coś mi powiedział, odpowiada moralności kupieckiej, ale z przyjemnością ci przyznaję, że jest godne porządnego człowieka. Jeślim dobrze zrozumiał, twierdzisz, że mąż, który stanie nad brzegiem ruiny, nie ma prawa pociągać za sobą żony w otchłań nędzy?

- Ja mówiłem tylko, że sprzedaż żony jest zawsze szelmostwem. Zresztą, żona powinna dzielić losy męża. Dziękuję ci za taką, która zgodzi się na zerwanie małżeństwa dlatego tylko, że mąż stracił majątek.

- Przypuściwszy, że się nie zgodzi, on może przeprowadzić rozwód mimo jej woli. Każde w takim razie powinno pilnować swego tylko obowiązku... przy tym, jeśli ona widzi, że przez rozwód może w dodatku uratować męża, to dobrze zrozumiany obowiązek nakazuje jej zgodzić się.

- O tych rzeczach przykro nawet mówić.

- Dlaczego? Czy ci zaczyna być żal Rumuna?

- Nie! Dalibóg, zawsze go będę miał za szuję.

- Bo nie umiesz patrzeć obiektywnie. Ale to nic dziwnego: taki, któremu wszystko idzie jak po maśle, nigdy nie potrafi zdać sobie sprawy z psychologii bankruta,

chyba byłby filozofem - a filozofia nie chodzi w parze z robotą milionów... Nie chciałem dalej przedłużać tej rozmowy, bo i mnie moja przewrotność była nad

wyraz przykra. Zdawało mi się, żem rzucił jakieś ziarno - marne wprawdzie i zbyt może nędzne, by mogło wzejść, ale chwyciłem przynajmniej znów za jakowąś nitkę. Jedna rzecz dodała mi ducha. Oto w chwili gdy zacząłem wmawiać w Kromickiego, iż to on jest zdania, że zrujnowany mąż powinien uwolnić od siebie żonę, dostrzegłem na twarzy jego jakby niepokój i przymus. Zauważyłem także, że przy wzmiance o jego milionach westchnął z cicha. Wyprowadzać z tego wnioski, że mu grozi ruina, byłoby wnioskować zbyt pośpiesznie, ale mogłem przypuszczać, że jego interesa nie są zupełnie pewne i że mogą się tak albo owak obrócić. Postanowiłem sobie to sprawdzić. Tymczasem czułem w sobie wyraźnie dwóch ludzi. Jeden mówił w duchu do Kromickiego: "Jeśli choć trochę się chwiejesz, to ja ci

pomogę do upadku - i choćbym miał ja także stracić cały majątek, obalę cię jednym zamachem, a wówczas będę miał do czynienia z człowiekiem złamanym, i zobaczymy, czy na pewnego rodzaju układy i warunki nie znajdziesz delikatniejszego terminu niż szelmostwo". Zdawałem sobie jednak zarazem sprawę, że to są sposoby nie moje, ale jakieś obce, które przyszły mi drogą czytania lub słyszenia, i których, gdyby nie rozpaczliwe moje położenie, nigdy bym się nie chwycił, bo są mi wstrętne i wprost przeciwne mojej naturze. Pieniądze nie odgrywały nigdy roli w moim życiu, ani jako środek, ani jako cel: uważam się za niezdolnego do władania podobną bronią; czułem, jakim jest poniżeniem dla mnie i dla Anielki wprowadzanie podobnego pierwiastku w nasze stosunki; sprawiało mi to tak niesłychane obrzydzenie moralne, żem sobie mówił: "Czy i tego rodzaju upadku sobie nie oszczędzisz? czy i z tego naczynia musisz się napić? Patrz, jak zstępujesz coraz niżej: dawniej do głowy nie przyszłyby ci podobne sposoby, które, na domiar wszystkiego, mogą się na nic nie przydać, a zostawią ci ostateczną dla siebie samego pogardę". Istotnie dawniej, gdy zdarzało mi się czasem słyszeć ciotkę, mówiącą o sprawach pieniężnych Kromickiego i wyrażającą swe wątpliwości co do ich pomyślnego stanu, sprawiało mi to zawsze przykrość. W przewidywaniu, że on może kiedyś zażądać ode mnie pomocy lub wezwać mnie do udziału w swych obrotach, rozmyślałem, co w takim

razie uczynię - i zawsze obiecywałem sobie, że stanowczo odmówię i pomocy, i

udziału - tak dalece nie chciałem, by w stosunek między mną a Anielką był wmieszany pieniądz. Pamiętam, żem w tym widział pewną delikatność własnej natury i dowód szlachetności moich uczuć. Dziś doszło do tego, że chwytam za tę broń, jak gdybym był bankierem i całe życie wojował pieniędzmi. Widzę z wszelką

pewnością, że moje postępki i moje myśli są gorsze ode mnie - i często nie zdaję sobie sprawy, jakim sposobem się to dzieje. Prawdopodobnie dlatego, że nie mogę wyjść z manowców. Kocham kobietę szlachetną, miłość moja jest wielka, a jednak z tego zestawienia rodzą się krzywizny i błędne koła, w których gubi się mój charakter, zatraca się nawet szlachetność moich nerwów. Gdym dawniej, w chwilach upadku, rzucał w kąt moralność, zostawało mi zawsze coś... jakieś poczucie estetyczne, za pomocą którego różniczkowałem samo zło. Dziś nie mam i tego, a raczej jest to we mnie bezsilne. Gdybym był przynajmniej zatracił jednocześnie w sobie świadomość szpetoty! Ale nie! Posiadam ją zawsze w równym stopniu, tylko że przestała ona być hamulcem i służy mi jedynie do spotęgowania udręczeń. Poza miłością dla Anielki nie ma we mnie miejsca na nic innego, ale świadomość nie potrzebuje miejsca. Gnieździ się ona i w miłości, i w nienawiści, i w bólu, jak rak gnieździ się w chorym organizmie. Kto nie był w położeniu podobnym do mego, ten nie może mieć o nim pojęcia. Ja wiedziałem wprawdzie, że z miłosnych zawikłań mogą wyniknąć różne męki, ale wierzyłem w nie niedostatecznie. Nie myślałem, żeby były takie realne i takie nie do wytrzymania. Teraz dopiero rozumiem różnicę między "wiedzieć" a "wierzyć", teraz rozumiem, dlaczego francuski myśliciel powiedział: "Wiemy, że musimy umrzeć, ale w to nie wierzymy". 12 lipca. Dziś mam pulsa rozbite i szum w głowie, bo zaszedł wypadek, na którego wspomnienie trzęsie się we mnie każdy nerw, jak w febrze. Dzień był piękny, a wieczór jeszcze piękniejszy i pełnia. Postanowiliśmy zrobić wycieczkę do Hofgastein; jedna tylko pani Celina wolała zostać w domu. Ciotka, ja i Kromicki zeszliśmy zaraz do bramy ogrodowej willi, stamtąd Kromicki poszedł po powóz do Straubingera, my zaś z ciotką czekaliśmy na Anielkę, która pozostała jeszcze w domu. Gdy jej długo nie było widać, pobiegłem po nią i znalazłem ją na krętych zewnętrznych schodach, prowadzących z pierwszego piętra willi do ogrodu. Ponieważ księżyc oświecał drugą stronę willi, ta zaś była zupełnie ciemna, więc Anielka zstępowała bardzo powoli. Schody szły wężem, prawie prostopadle na dół. Przyszła chwila, gdy głowa moja znalazła się na wysokości stóp Anielki, i zaledwiem je dojrzał, objąłem je dłońmi z czcią największą i począłem przyciskać do nich moje spragnione usta. Miałem świadomość, że przyjdzie mi odcierpieć za te minuty szczęścia, ale nie potrafiłem i nie umiałem się ich wyrzec. Zresztą Bóg widzi, ile było czci na moich ustach, których nie mogłem oderwać od tych kochanych nóg, i za ile męki płaciła mi ta chwila. Gdyby nie opór Anielki, byłbym jej stopę postawił na swojej głowie na znak, że jej się oddaję raz na zawsze w służbę i w niewolę. Ale ona cofnęła się zaraz ku górze, ja zaś zbiegłem w jednej chwili na dół i począłem wołać tak, aby mnie ciotka stojąca u bramy mogła dosłyszeć:

- Idzie już Anielka, idzie! Nie pozostawało jej nic innego, tylko zejść, co mogła uczynić bez wszelkiej obawy, bom poszedł naprzód. W tej chwili też zajechał Kromicki z powozem. Anielka jednak, połączywszy się z nami, rzekła:

- Ja przyszłam ciocię przeprosić: rozmyśliłam się i nie chcę mamy samej zostawiać. Jedźcie państwo, a ja poczekam z herbatą.

- Ależ Celina ma się doskonale - odrzekła z lekkim niezadowoleniem ciotka - i sama zaproponowała tę wycieczkę głównie dla ciebie.

- Tak, ale... - zaczęła Anielka. Wtem Kromicki zbliżył się do powozu i dowiedziawszy się, o co idzie, rzekł sucho:

- Proszę nie robić trudności... Anielka siadła za ciotką do powozu bez słowa odpowiedzi. Mimo całego wzruszenia zwróciłem uwagę i na ton Kromickiego, i na milczące posłuszeństwo Anielki, a zwróciłem ją głównie dlatego, iż rano już zauważyłem, że przez cały dzień obejście się jego z nią było jeszcze chłodniejsze niż poprzednio. Widocznie te same nie znane mi powody nieporozumienia, które już raz rzuciły chłód między nich, powtórzyły się znowu z większą siłą. Ale nie miałem czasu o nich rozmyślać; świeże wrażenie tych pocałunków, które złożyłem na nogach Anielki, ogarnęło mnie całkowicie. Odczuwałem zarazem rozkosz, radość i bojaźń. Z rozkoszy zdawałem sobie sprawę, bom ją odczuwał zawsze, ilekroć dotknąłem choćby jej ręki. Ale skąd brała się we mnie radość?... Z tego, iż odgadywałem, że ta nieugięta i niepokalana Anielka nie zdołała jednak uchronić się całkowicie przede mną i że w tej chwili musi sobie mówić: I ja jestem na pochyłości, i ja nie mogę patrzeć ludziom w oczy bez zmrużenia powiek: oto przed chwilą był u moich nóg człowiek, który mnie kocha, ja zaś muszę być poniekąd

jego wspólniczką, bo jednak nie pójdę do męża i nie powiem mu: Ukarz go - a mnie zabierz. Ja także wiedziałem, że ona nie może tego zrobić bez narażenia stosunków rodzinnych, a choćby nawet mogła, nie zrobiłaby tego ze względu na zajście, jakie jej skarga musiałaby wywołać między mną a Kromickim. I jakiś głos szeptał mi po cichu: "Kto wie, kogo się ona boi więcej narazić?" Położenie jej było istotnie wyjątkowe, ja zaś wyzyskiwałem je z całą świadomością, bez większych skrupułów od skrupułów wodza, który w czasie wojny wyzyskuje niepomyślne położenie nieprzyjaciela. Zadałem sobie tylko pytanie: "Czy uczyniłbyś to samo, gdybyś wiedział, że Kromicki pociągnie cię do osobistej

odpowiedzialności?" Ponieważ mogłem sobie sumiennie odpowiedzieć: tak! - więc sądziłem, że na inne względy nie potrzebuję uważać. Nie!... Kromicki budzi we mnie bojaźń tylko przez to, że może zabrać Anielkę i wywieźć ją Bóg wie gdzie. Rozpacz ogarnia mnie na samą myśl o tym. Ale w tej chwili, w tym powozie, bałem się przede wszystkim Anielki. Co będzie jutro? jak ona to przyjmie? czy jako zuchwałość, czy jako poryw czci i ubóstwienia? Miałem uczucie psa, który zbroiwszy boi się, że będzie obity. Siedząc naprzeciw Anielki starałem się w chwilach, w których światło księżyca padało na jej twarz, wyczytać z niej, co mnie czeka. Poglądałem na nią tak pokornie, byłem tak biedny, że sam litowałem się nad sobą, i zdawało mi się, że ona także powinna mieć nade mną litość. Ale ona nie patrzyła we mnie, tylko słuchała uważnie lub udawała, że słucha tego, co do ciotki mówił Kromicki, który opowiadał obszernie, co by zrobił i w jaki sposób osiągnąłby największe zyski w razie, gdyby Gastein był jego własnością. Ciotka kiwała głową, on zaś powtarzał

ustawicznie: "Nieprawda - co?" Widocznym było; iż chce wpoić w nią przekonanie, że ma obrotny rozum i że z każdego grosza potrafi zrobić dziesięć. Droga do Hofgastein jest po prostu wrębem skalnym i kręci się nad przepaścią w licznych zawrotach. Światło księżyca padało, stosownie do skrętów drogi, na przemian, to na nas, to na te panie. W twarzy Anielki widziałem tylko jakby łagodny smutek, ale już to dodawało mi otuchy, że wyraz jej nie był surowy. Nie otrzymałem ani jednego jej spojrzenia, pokrzepiałem się wszelako myślą, że gdy sama pogrążona jest w cieniu, a światło mnie oświeca, wówczas może ona patrzy na

mnie, a może i mówi sobie: "Jednak nikt w świecie mnie tak nie kocha jak on - i nikt zarazem nie jest tak nieszczęśliwy"... Bo to przecie była prawda. Oboje milczeliśmy. Gadał ciągle tylko Kromicki; słowa jego mieszały się z szumem rzeki płynącej na dnie przepaści i z przykrym zgrzytem hamulca, który woźnica co chwila zakładał pod koła. Zgrzyt ów drażnił bardzo moje nerwy, ale uciszała je natomiast ciepła a jasna noc. Mówiłem, że była pełnia; księżyc wybił się nad góry i płynął po przestworzu rozświecając czuby Bocksteinkoglu, lodowce Tischlkaru i przepaściste boki Grankoglu. Śniegi na szczytach błyszczały jasnozielonym, metalicznym światłem, a ponieważ stoki leżące poniżej zlewały się z ciemnością i nocą w jedną szarą masę, więc owe jasności śnieżne zdawały się wisieć w powietrzu, lekkie, jakby nie do ziemi należące. Taki był w tym urok i spokój, i było coś tak kojącego w tych uśpionych górach, że mimo woli przyszły mi na myśl słowa: O takiej chwili, ach! dwa serca płaczą,

Co mają sobie przebaczyć - przebaczą,

Co mają sobie zapomnieć - zapomną... A właściwie ona mi miała do przebaczenia tylko to, żem ucałował jej nogi; gdyby była posągiem świętej i stała w kościele, jeszcze by nie miała prawa gniewać się i obrażać za taki dowód czci. Pomyślałem sobie, że gdy przyjdzie do wyjaśnień, to jej to powiem, bo ją to powinno przekonać. Myślę często, że dzieje mi się wielka krzywda z tego powodu, iż ona, może nie zdając sobie sprawy, nie nazywając rzeczy po imieniu, uważa jednak moją miłość za uczucie czysto ziemskie, za poryw zmysłów. I ja nie przeczę, że ono jest splecione z różnych pasm; ale Anielka tego zdaje się nie rozumieć, iż są w nim nici niesłychanie idealne, po prostu jakby z poezji wysnute. Nieraz zmysły moje usypiają, i kocham ją tylko duchowo, tak jak człowiekowi wydaje się, że kocha w pierwszej młodości. Nieraz także ten drugi człowiek, który we mnie siedzi i który wszystko rozbiera, sprawdza, a często i wyśmiewa, mówi mi: Nie wiedziałem,

że kochasz jak student i jak romantyk! - Ale tak! Może to jest śmieszne, ale kocham w ten sposób i czuję, że to nie jest sztuczne i że właśnie dlatego miłość moja jest taka zupełna, a zarazem tym smutniejsza, im jednostronniej sądzona i bardziej zapoznawana. I teraz właśnie przyszła na mnie chwila uśpienia zmysłów, więc mówiłem w duchu do Anielki: Czy ty myślisz, że idealne struny we mnie nie grają? A oto w tej właśnie chwili kocham cię w ten sposób, że ty nawet możesz i powinnaś się na

takie uczucie zgodzić, i szkoda będzie, jeśli je zmarnujesz - bo sama nie straciłabyś nic, a mnie byś uratowała. Powiedziałbym sobie: oto jest mój świat,

oto granice, w których mi żyć wolno - i miałbym choć cokolwiek, i starałbym się przeistoczyć własną naturę, przejść na twoją wiarę i raz na zawsze się jej trzymać. Zdawało mi się, że ona może i powinna zgodzić się na taki układ, po którym nastąpiłby między nami i dla nas obojga wieczny spokój. Obiecywałem sobie, że jej to powiem i przedstawię, a gdy uznamy, że dusze nasze należą raz na zawsze do siebie, to potem będziemy mogli choćby nawet się rozjechać. Obudziła się we mnie nieprzeparta nadzieja, że na taki układ ona się zgodzi, bo zrozumie, że bez niego życie stanie się nam obojgu niemożliwe. Była godzina dziewiąta, gdy dojechaliśmy do Hofgasteinu. We wsi było już spokojnie; ani jednego powozu przed hotelami, w domach ciemno. Świeciły się tylko okna w gasthausach, a u Megera jodlowało kilka wcale niezłych głosów męskich. Gdyśmy stanęli, wysiadłem z powozu chcąc zaproponować śpiewakom, czyby się nie chcieli popisać przed hotelem, pokazało się jednak, że to byli nie wieśniacy, ale jacyś alpiniści z Wiednia, którym niepodobna było ofiarować zapłaty. Kupiłem dwa bukiety z edelwajsów i innych kwiatów alpejskich. Wróciwszy do powozu, oddałem jeden Anielce, drugi rozwiązałem, niby niechcący, tak że rozrzucone kwiaty spadły pod jej nogi.

- Niech tam leżą - rzekłem widząc, że chce się po nie schylić. I poszedłem po trzeci bukiet dla ciotki. Zbliżając się do powozu, usłyszałem następne zdanie Kromickiego:

- I tu, w Hofgasteinie, gdyby urządzić dobrze drugi zakład, można by mieć sto od sta.

- A ty zawsze o tym samym? - spytałem go spokojnie. I zadałem to pytanie umyślnie, było to bowiem to samo, co powiedzieć Anielce: Patrz, gdy cała moja istota tobą jest tylko zajęta, on, obok ciebie, myśli o

pieniądzach - porównaj nasze uczucia - i porównaj nas! Jestem niemal pewny, że ona mnie zrozumiała. W powrotnej drodze kilkakrotnie usiłowałem zawiązać rozmowę, ale nie udało mi się wciągnąć w nią Anielki. Gdyśmy stanęli przy bramie willi, Kromicki poszedł z paniami na górę, ja zaś zostałem, by zapłacić powóz. Wróciwszy nie znalazłem już Anielki przy herbacie. Ciotka powiedziała mi, że czuła się nieco zmęczona i poszła się położyć. Porwał mnie zaraz wielki niepokój, i począłem czynić sobie wyrzuty, że to ja ją męczę. Nie może być nic bardziej gnębiącego dla człowieka, który prawdziwie kocha, niż to poczucie, że przynosi zło i szkodzi istocie kochanej. Piliśmy herbatę w milczeniu, bo ciotka była senna, Kromicki także

jakiś niespokojny, ja zaś dręczyłem się coraz bardziej. Musiała - myślałem sobie

- wziąć bardzo do serca mój postępek. Ona wszystko bierze ze złej strony. Czułem, że jutro będzie mnie unikała i że pokój, jaki zawarliśmy między sobą, uważa za zerwany przeze mnie. Te myśli przejęły mnie strachem, i postanowiłem nazajutrz jechać, a raczej uciekać do Wiednia, raz dlatego, że bałem się

Anielki, po wtóre, że chciałem zobaczyć Chwastowskiego, a po trzecie, myślałem -

i Bóg jeden wie, z jaką goryczą - że jednak lepiej będzie uwolnić ją od mojej osoby i dać jej, choć przez dwa dni, wypoczynek. 15 lipca. Cały szereg zdarzeń i wypadków! Nie wiem, od czego zacząć, bo ostatnie wrażenia najsilniejsze. Nigdy w życiu nie miałem tak jasnego dowodu, że jednak ona nie jest dla mnie obojętna. Muszę się wysilać, żeby zachować porządek w opowiadaniu. Mam prawie pewność, że Anielka zgodzi się na te warunki, które jej przedstawię. Chwilami dostaję zawrotu głowy. Lecz oto zmuszam się do jakiegoś ładu w pisaniu i zaczynam od początku. Byłem w Wiedniu. Wróciłem dziś wieczorem. Przywiozłem nieco wiadomości, o których pogadamy z ciotką. Widziałem Chwastowskiego i rozmówiłem się z nim. Co to za dzielny chłopak!... Pracuje, jak wół, w klinice; zabrał się do pisania higieny dla ludu, którą brat jego księgarz ma wydawać w postaci kilkugroszowych małych broszurek; należy do różnych stowarzyszeń lekarskich i nielekarskich, których jest czynnym członkiem, a oprócz tego umie znaleźć czas na rozmaite wesołe, może zbyt wesołe, stosunki w okolicach Karthnerstrasse. Nie wiem, doprawdy, kiedy ten człowiek sypia. Wygląda przy tym bestia jak Herkules jarmarkowy. Co za bujność życia: aż kipi! Mówiłem z nim o powodach, które mnie sprowadziły do Wiednia, bez żadnych ogródek.

- Nie wiem, czy panu wiadomo - powiedziałem - że i ja, i ciotka posiadamy dość znaczne kapitały; nie potrzebujemy spekulować, ale bądź co bądź gdybyśmy mogli włożyć je w jakie obroty, przynoszące znaczne zyski, zyski te przyszłyby do

kraju. Przypuszczam także, że panu Kromickiemu moglibyśmy oddać przysługę - byłaby więc dwustronna korzyść. Mówiąc otwarcie, osoba jego, jako taka, jest nam dość obojętna, ale ponieważ stał się naszym krewnym, więc radzi byśmy byli przyczynić się do powiększenia jego majątku, naturalnie, o ile byśmy mieli pewność, że sami nie poniesiemy przy tym szkód.

- I chcielibyście państwo wiedzieć, jak stoją jego sprawy?

- Oczywiście. On naturalnie ma jak najlepsze nadzieje, i nie wątpię, że jest szczery. Chodzi tylko o to, czy się nie myli. Dlatego, jeśli panu brat pisał coś o tym nie wymagając tajemnicy, to mi pan powiedz, a po wtóre poproś go pan, by umyślnie napisał do mnie i przedstawił mi jak najściślej cały stan rzeczy. Ciotka liczy w tym względzie na jego życzliwość dla siebie i na stosunki, które was łączą z nią dawniej niż z Kromickim.

- Dobrze, powiem to bratu - odrzekł doktor. - On nawet pisał mi już coś o tym, ale co, to dobrze nie pamiętam, bo mnie to mało obchodziło. To rzekłszy począł szukać listu na biurku, wśród mnóstwa innych; znalazł go z łatwością i czytał, co następuje: "Mało się nie skręcę. Kobiet tu nic, a przystojnej ani na lekarstwo..". Tu rozśmiał się i rzekł:

- Nie, to co innego. Temu byłoby dobrze w Wiedniu!... I przewróciwszy stronicę, podał mi ją do czytania, ja zaś znalazłem małą tylko wzmiankę w kilku wierszach:

"Co się tycze Kromickiego - z naftą była klapa. Z Rotschildami wojna niemożliwa, a on z nimi zadarł. Wycofaliśmy się, ale ze znaczną stratą. Ogromne pieniądze włożyliśmy w dostawy i zdobyliśmy monopol, z tego jednak są albo milionowe zyski, albo może być i odpowiedzialność. Wszystko zależy od dobrej woli. Staramy się robić jak najuczciwiej, więc mamy dobrą nadzieję. Potrzeba by tylko pieniędzy i pieniędzy, bo nas płacą w stałych terminach, a ci, od których my bierzemy, żądają natychmiast, a w dodatku często dają zły materiał. Wszystko teraz na mojej głowie" etc.

- To my dostarczymy pieniędzy - rzekłem skończywszy czytać. W powrocie do Gasteinu dużo nad tym rozmyślałem i odzywały się we mnie jakieś

lepsze instynkta. "Co będzie, to będzie - myślałem sobie - a tymczasem zamiast gubić Kromickiego, czyby nie prościej i uczciwiej było pomóc mu? Przecie Anielka

potrafiłaby ocenić taki postępek, i musiałaby ją ująć moja bezinteresowność - a o przyszłości niech Opatrzność rozstrzygnie". Zastanowiwszy się jednak głębiej, spostrzegłem, że i w tych lepszych myślach egoizm mój gra pewną rolę. Oto przewidywałem, że Kromicki dostawszy pieniędzy wyjedzie zaraz z Gasteinu i uwolni mnie od wszystkich mąk, jakie mi zadaje obecność jego przy Anielce. Anielka zostanie sama wobec mego uczucia, z wdzięcznością w sercu dla mnie, z pewną niechęcią, a może i oburzeniem dla Kromickiego, choćby za to, że przyjął moją pomoc. Zdawało mi się, że położenie takie otwiera przede mną nowe widnokręgi. Przede wszystkim jednak chciało mi się pozbyć Kromickiego za wszelką cenę. Jadąc rozmyślałem nad moim stosunkiem do Anielki tak silnie, że anim się spostrzegł, kiedy przyjechaliśmy do Lend-Gastein. W Lend zastałem mnóstwo ludzi rannych i zabitych z powodu wypadku na bocznej linii do Zell am See; ale zaledwiem siadł do powozu i to wrażenie, jakie mi sprawił widok ran i krwi, przeszło bez śladu, i znów myślałem tylko o naszym stosunku. Miałem poczucie, że potrzebuje on jakiejś reformy, że trzeba coś zrobić koniecznie, inaczej stanie się coś złego ze mną i z Anielką. Ale co należało uczynić? Widziałem jasno tylko jedno: że ona męczy i zabija mnie, a ja ją, bo gdy ja dążę do wszystkiego, a ona nie zgadza się na nic, tworzy się przez to takie rozdarcie między nami, taki dramat, że lepiej by dla niej było rzucić się w wodospady Achy, a dla mnie zlecieć wraz z powozem i końmi w przepaść. A oprócz tego doszedłem do przekonania, że nawet taka kobieta, która nie zgadza się na nic, musi wpaść w wewnętrzną straszną rozterkę, jeśli pokocha ją człowiek obcy. Bo oto Anielka nie zrobiła mi nigdy najmniejszego ustępstwa, a jednak ja od czasu do czasu całuję

jej ręce i nogi, jednak musi słuchać moich wyznań - i musi mieć cały szereg tajemnic przed matką i mężem; musi się przy tym strzec, pilnować, czuwać nad sobą i nade mną, nigdy nie wiedząc, dokąd mogę się posunąć. Życie w tych warunkach staje się dla nas obojga niemożliwe. Trzeba to skończyć.

Nareszcie zdawało mi się, żem znalazł rozwiązanie. Niech Anielka - myślałem

sobie - zgodzi się na to uczucie i uzna je; niech mi powie leszem twoja! Sercem i duszą należę i będę wiecznie należała do ciebie. Ale na tym musisz poprzestać. Jeśli się na to zgodzisz, dusze nasze są od tej chwili poślubione. I oczywiście obiecywałem sobie zgodzić się. Wyobrażałem sobie, że podam jej rękę

i powiem jej: Biorę cię i przyrzekam, że więcej od ciebie nie będę żądał - że

stosunek nasz będzie i pozostanie czysto duchowy - ale niemniej będę uważał te nasze wzajemne zobowiązania za ślub, ciebie zaś za moją żonę. Czy taki układ był możliwy i kończył mękę? Dla mnie równał się on ogromnemu ograniczeniu pragnień i nadziei, ale stwarzał mi świat własny, w którym Anielka należałaby do mnie niepodzielnie. Obok tego uprawniał on moją miłość, a chodziło mi o to tak bardzo, że za to uznanie jej ze strony Anielki gotów byłem oddać zdrowie. Widzę w tym dowód, jak dalece kocham tę kobietę, jak wszystkimi siłami duszy chcę, żeby w jakikolwiek sposób należała do mnie. Tak jest! Jam się już tak dalece zmienił, tak dalece przenaturzył, że za tę cenę gotów byłem zgodzić się na wszelkie ograniczenia. Więc począłem z największym wysileniem rozmyślać tylko nad tym, czy Anielka się zgodzi. I zdawało mi się, że powinna. Słyszałem naprzód siebie mówiącego do niej w sposób nieprzeparty: Jeśli

rzeczywiście mnie kochasz - powiedz sama, nie jestże wszystko jedno, czy to ustami wyznasz, czy nie? Co może być szlachetniejszego i świętszego nad taką

miłość, jakiej od ciebie żądam? Ja i tak ci życie oddaję, bo nie mogę inaczej - zapytaj więc własnego sumienia, czy nie powinnaś mi przyznać choć tego? A przecie to jest stosunek Beatryczy do Danta. Takim uczuciem wolno się kochać nawet aniołom. Będziesz mi bliską tak, jak tylko dusza może być bliską drugiej duszy, ale zarazem tak daleką, jakbyś żyła na najwyższym z tych szczytów. Jeśli to jest miłość nieziemska, jeśli zwyczajni ludzie nie mogą się na nią zdobyć, tym bardziej jej nie odrzucaj, bo godząc się na nią zostaniesz biała jak śnieg, a uratujesz mnie, kupisz spokój zupełny i tyle szczęścia, ile go na świecie mieć można. I czułem szczerze, że jest we mnie zasób na takie uczucie prawie mistyczne, wierzące, że z larwy ziemskiej i doczesnej wyrodzi się jakiś wieczny motyl, który, oderwany od warunków ziemskiego bytu, będzie leciał z planety na planetę, póki nie połączy się z duszą wszechistnienia. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że ja i Anielka możemy jako kształty przejść, a miłość nasza może nas

przetrwać, zostać i być właśnie naszą nieśmiertelnością. "Kto wie - myślałem - czy to nie jest jedyna istniejąca forma nieśmiertelności", czułem bowiem najwyraźniej, że w moim uczuciu jest coś wiecznego i wyłamującego się spod zmienności zjawisk. Trzeba bardzo kochać, żeby się uzdolnić do podobnych poczuć i widzeń, trzeba także być nieszczęśliwym, a może i stanąć na granicy obłąkania. Ja na granicy obłąkania chyba jeszcze nie stoję, ale coraz częściej zanurzam się w mistycyzm i nigdy nie czuję się szczęśliwszy jak wówczas, gdy się tak zgubię, tak rozproszę, że nie mogę odnaleźć własnego ja. I rozumiem, dlaczego tak jest. Moje zdwajanie się, moja krytyka wewnętrzna wystarczały mi zawsze do rujnowania wszystkich podstaw życia, a tym samym do psucia tego względnego szczęścia, jakie dać mogą owe podstawy. W tych zaś krainach, gdzie zamiast sylogizmów występują poczucia i wizje, nie mam co ze swoją krytyką robić, więc wypoczywam i doznaję ulgi niezmiernej. Tak wypoczywałem dojeżdżając do Gasteinu. Widziałem siebie i Anielkę duchowo poślubionych, spokojnych. Doznawałem uczucia dumy na myśl, żem jednak potrafił wydostać się z błędnego koła i że wynalazłem sposób do szczęścia. Byłem pewien, że Anielka poda mi z radością swoją ukochaną rękę na taką wspólną podróż. Nagle zbudziłem się jak ze snu, spostrzegłem bowiem, że moja własna ręka jest zupełnie zakrwawiona. Pokazało się, że powóz przewoził rannych wskutek kolejowego wypadku. Na bokach siedzenia odnalazłem w zagięciach dużo krwi, której woźnica nie dostrzegł i nie wytarł. Mój mistycyzm nie idzie tak daleko, abym miał wierzyć w mieszanie się potęg nadziemskich do ludzkiego życia, zwłaszcza pod formą znaków, ostrzeżeń i wróżb. Ale jeśli nie jestem sam przesądny, umiem natomiast doskonale wejść na tor myśli człowieka przesądnego, a zatem zauważyć i zaznaczyć, co jest dziwnego w danym zdarzeniu. W tej chwili dziwnym było to, że w tym samym powozie, w którym zacząłem snuć obrazy nowego życia, prawdopodobnie dopiero co jakieś życie zagasło, a po wtóre, że o zgodzie i pokoju myślałem z pokrwawionymi rękoma. Podobne zestawienia napełniają zawsze

każdego nerwowego człowieka smutnymi - nie przeczuciami - ale wrażeniami i mogą rzucić posępny cień na cały bieg jego myśli. Niezawodnie też i moje sposępniałyby niebawem, gdyby nie to, że byłem już niedaleko od Wildbadu. Naraz, jadąc z wolna pod górę, spostrzegłem powóz pędzący

z pochyłości niezwykle szybko. Znów mógłby być wypadek - pomyślałem - zwłaszcza że na tej stromej drodze trzeba się mijać z wielkimi ostrożnościami. Lecz w tejże chwili woźnica owego powozu zahamował koła ze wszystkich sił, tak że konie jego przeszły niemal w stępa... Nagle, z ogromnym zdziwieniem, zobaczyłem w owym

powozie ciotkę i Anielkę, które na mój widok poczęły krzyczeć: - Jest! jest!

Leonie! Leonie! - W jednej minucie byłem przy nich. Ciotka zarzuciła mi oba

ramiona na szyję i powtarzając: - Chwała Ci, Boże! - oddychała tak gwałtownie, jak gdyby piechotą biegła z Wildbadu. Anielka chwyciła moją rękę i nie puszczała jej. Nagle okropne przerażenie odbiło się w jej twarzy i krzyknęła:

- Tyś ranny! Zrozumiałem, o co idzie, i odpowiedziałem natychmiast:

- Ani trochę! Nie byłem przy wypadku. Pokrwawiłem się o powóz, który przewoził rannych.

- Pewno? pewno? - pytała ciotka.

- Najpewniej.

- Co to za pociąg się rozbił?

- Idący do Zell am See.

- O Boże! Boże! A depesza przyszła, że wiedeński! Małom nie umarła. O Boże, co za szczęście! Chwała Bogu! chwała Bogu! Ciotka poczęła ocierać pot z czoła; Anielka była blada jak płótno. Puściwszy teraz moją rękę, odwracała twarz, bym nie mógł dostrzec jej drgania ust i łez w oczach.

- Byłyśmy same w domu - mówiła ciotka - bo Kromicki poszedł z Belgami do Nassfeld. Tymczasem przychodzi gospodarz i opowiada o nieszczęściu na kolei. Wiedziałam, że dziś wracasz; wyobraź sobie, co się ze mną działo! Wystałam gospodarza natychmiast po powóz; Anielka poczciwa nie chciała mnie jednej puścić... Co za chwile przeszłyśmy, ale Bóg łaskaw, że się skończyło na strachu... Widziałeś rannych? Ucałowałem ręce Anielki i ciotki, po czym zacząłem opowiadać, na com patrzył w Lend-Gastein. Pokazało się, że w depeszy, jaka przyszła do Kurhausu, były słowa: "W Lend-Gastein pełno rannych i zabitych". Stąd zrozumiano powszechnie. że

wypadek zaszedł na linii Wiedeń- -Salzburg. Opowiadałem piąte przez dziesiąte, bo w głowie miałem tylko jedną radosną myśl: oto, że Anielka nie chciała czekać w domu na powrót ciotki, ale wyjechała wraz z nią na moje spotkanie. Czy to uczyniła tylko dla ciotki? Byłem pewien, że nie. Widziałem jej niepokój i pomieszanie, jej strach, gdy zobaczyła krew na moich rękach, jej rozjaśnioną; pełną radości twarz, gdy okazało się, że nawet nie byłem świadkiem wypadku; widziałem, że jeszcze była wzruszona i że chce się jej płakać ze szczęścia. Rozpłakałaby się nawet niezawodnie, gdybym wziął jej ręce i powiedział jej, że ją kocham, i prawdopodobnie już by mi rąk nie cofnęła. A gdy wszystko to stało mi się jasne jak dzień, zdawało mi się, że przyszedł koniec mojej męki, że życie moje przełamie się od tej chwili i że rozpocznę nowy okres istnienia. Nie próbuję nawet opisać, co czułem i jaka radość rozsadzała mi piersi. Od czasu do czasu spoglądałem na nią wzrokiem, w którym usiłowałem skupić całą moją ogromną miłość, a ona uśmiechała się do mnie. Dostrzegłem, że była bez rękawiczek i okrycia. Widocznie zapomniała o wszystkim w przerażeniu i pośpiechu. Że zaś czyniło się chłodno, więc okryłem ją własnym paltotem. Trochę się broniła, ale ciotka kazała jej wziąć go. Za powrotem naszym do willi pani Celina powitała mnie z wylaniem i serdecznością taką, jak gdyby w razie mojej śmierci Anielka nie była jedyną spadkobierczynią majątku Płoszowskich. To są tak szlachetne i zacne kobiety, że ze świecą trzeba by szukać podobnych. Nie ręczę natomiast, czy Kromicki, gdy za powrotem z Nassfeld dowiedział się o całym przejściu, nie westchnął z cicha i nie pomyślał, że jednak świat szedłby zwykłym biegiem, gdyby zbrakło na nim Płoszowskich. Przyszedł zmęczony i kwaśny. Belgowie, których poznał i z którymi jeździł do Nassfeld, byli to kapitaliści z Antwerpii. Nazwał ich kilkakrotnie idiotami za to, że zadowalają się trzecim procentem od swoich kapitałów. Powiedział mi wreszcie na odchodnym, że jutro musi ze mną w ważnej sprawie pomówić. Dawniej byłbym się tym zaniepokoił, obecnie domyślam się, że to będą jakieś finansowe propozycje. Byłbym go natychmiast wezwał na tę rozmowę, alem chciał zostać sam z mymi myślami, z moim szczęściem, z moją Anielką w sercu i w duszy... Uścisnąłem jej rękę na dobranoc, jak człowiek, który kocha, a ona oddała mi równie gorąco uścisk. Czyś ty już moja naprawdę? 16 lipca. Rano, zaledwie skończyłem się ubierać, ciotka przyszła do mego pokoju i po powitaniu rzekła bez żadnych wstępów:

- Wiesz, w czasie twej niebytności Kromicki zaproponował mi, bym z nim weszła do spółki.

- A ciocia co mu odpowiedziała?

- Odmówiłam bez namysłu. Powiedziałam mu tak: mój kochany, ja z łaski Boga mam dosyć, a Leon po mojej śmierci będzie należał do zamożniejszych ludzi w tym kraju. Po co nam rzucać się w jakieś awantury i kusić Opatrzność? Jeśli ty na

swoich przedsięwzięciach zrobisz miliony, zróbże je dla siebie; jeśli stracisz - dlaczego mamy tracić razem z tobą? Ja się na tego rodzaju sprawach nie znam, a nie mam zwyczaju wdawać się w rzeczy, o których nie mam pojęcia. Czy miałam słuszność?

- Najzupełniej.

- Właśnie chciałam z tobą o tym pomówić i rada jestem, że tak samo na rzeczy patrzysz. On, widzisz, trochę się obraził za to, żem nazwała jego roboty awanturami, począł mi jednak przedstawiać widoki, jakie ma na przyszłość, i tłumaczyć całą tę historię dostaw bardzo obszernie. Jeśli to wszystko prawda, to

istotnie zrobi miliony - i życzę mu, by je zrobił. Ale spytałam go zaraz: jeśli ci tak dobrze idzie, na co ci spółki?... Powiedział mi, że im się więcej

pieniędzy włoży, tym większe będą zyski - że tam się wszystko robi forsą i że woli do zysków dopuścić rodzinę niż obcych. Podziękowałam mu za te uczucia rodzinne, ale powtórzyłam odmowę. Widziałam, że mu to jest bardzo przykro. Zaczął ubolewać nad tym, że nikt się u nas nie rozumie na interesach, a wszyscy tylko zjadają to, co odziedziczyli. Powiedział mi bez ogródki, że to jest grzech

względem społeczeństwa, na co ja znowu się rozgniewałam. Mój kochany - powiadam

- jam gospodarowała po kobiecemu, alem grosza nie straciła i jeszcze przymnożyłam majątku; a o grzechach społecznych, jeśli komu wypada mówić, to nie tobie, który sprzedałeś Głuchów. Chciałeś całej prawdy, to ją masz! Gdybyś był nie sprzedał Głuchowa, miałabym do ciebie więcej ufności. O twoich przedsiębierstwach nie tylko ja nic nie wiem, ale są one dla wszystkich ciemne; jedno tylko widzę jasno, że gdyby one były naprawdę tak dobre, jak mówisz, to byś spólników nie szukał i nie brał tak do serca mojej odmowy. Szukasz, bo ci tego trzeba, ale i przed chwilą nie byłeś ze mną zupełnie otwarty, a ja tego nie lubię.

- I cóż on?

- On mi na to odrzekł, że przede wszystkim nie rozumie, dlaczego na niego spada odpowiedzialność za sprzedaż Głuchowa. Głuchów wypuścił z rąk nie on, ale ci, co przez brak rozumu, niedołęstwo, lekkomyślność i rozrzutność uczynili jego sprzedaż konieczną. Anielka, wychodząc za niego, miała tylko długi. On uratował tyle, ile by nikt inny uratować nie potrafił, i za to, zamiast wdzięczności, spotyka się z przymówkami i... czekaj... jak on to się wyraził?... z patetyczną deklamacją.

- To nieprawda - rzekłem. - Głuchów można było uratować.

- To samo mu powiedziałam, a w dodatku jeszcze i to, że na Głuchów byłabym pożyczyła pieniędzy. Mogłeś (mówię) przed sprzedażą napisać słowo do Anielki, żeby ze mną o tym pomówiła, a Bóg widzi, czybym się była chwilę wahała... Ale to twój system, żeby nikt nic nie wiedział. Wszyscy wierzyliśmy w twoje miliony, i

dlatego tylko nie ofiarowałam pomocy. - On się począł śmiać ironicznie. -

Anielka - powiada - jest za wielka pani i za idealna istota, żeby się miała zniżać do takich marności, jak są sprawy pieniężne albo też przemówienie w interesie męża. Dwakroć teraz ją prosiłem, by z ciotką pomówiła w kwestii spółki, i dwukrotnie odmówiła mi stanowczo. Co do ratunku Głuchowa, łatwo teraz mówić, gdy sposobność pomocy minęła. Wnosząc z odmowy, jaka mnie dziś spotyka, mam prawo wątpić, czyby i z ratunkiem Głuchowa nie było tak samo. Począłem wsłuchiwać się z zajęciem, bo teraz stały mi się jasne te

nieporozumienia między Kromickim a Anielką - ciotka zaś mówiła dalej:

- Jakem to usłyszała, tak powiadam: Widzisz, mój kochany, jak w tobie mało szczerości; mówiłeś mi z początku, że tylko dlatego proponujesz mi spółkę, bo wolisz, iżby rodzina zyskała niż obcy ludzie, a teraz pokazuje się, że to tobie samemu na tym zależy. On, że to mu sprytu istotnie nie brak, odpowiedział mi, że w tego rodzaju sprawach korzyść powinna być dwustronna i że naturalną jest rzeczą, że mu także na tym zależy, by rozporządzał jak największymi kapitałami, bo interesa mają to do siebie, że im na szerszej wspierają się podstawie, tym są

pewniejsze. - Zresztą - dodał - biorąc Anielkę bez posagu miałem nadzieję, że mogę liczyć na pomoc rodziny przynajmniej w tych wypadkach, w których ta pomoc

będzie dla samejże rodziny korzystną. - Zły był ogromnie, a zwłaszcza rozgniewał się, gdy mu odpowiedziałam, że Anielki bez niczego nie wziął, bo ja jej zapiszę dożywotnią rentę.

- Powiedziała to ciocia?

- Tak jest. Powiedziałam wszystko, com miała pod sercem. - Anielkę kocham jak

rodzone dziko - powiedziałam - i właśnie dlatego, by ją ubezpieczyć, zapisuję jej nie kapitał, ale rentę. Kapitał (mówię) mógłby przepaść w twoich przedsiębierstwach, które Bóg wie jak wypadną, a renta zapewni Anielce przynajmniej środki do dostatniego życia. Jeśli (powiadam) będziecie mieli

dzieci, to dzieci dostaną i kapitał, ale dopiero po śmierci Anielki - i oto jest moja pomoc główna, obok której jestem zresztą gotowa do wszelkich mniejszych

usług. - I na tym skończyła się rozmowa?

- Prawie na tym. Widziałam, że jest ogromnie rozdrażniony. Myślę, że w duszy gniewało go i to, że Anielce zapisuję rentę, nie kapitał, bo z tego mógł odgadnąć, jak mało ufam jego przedsiębierstwom. Odchodząc zapowiedział, iż postara się o wspólników między obcymi, sądzi bowiem, że nie znajdzie między nimi mniej życzliwości, a spodziewa się znaleźć dokładniejsze rozumienie interesów. Zniosłam te przymówki z cierpliwością. Wczoraj on poszedł na wycieczkę z Belgami, ale wrócił z niej niekontent. Domyślam się, że chciał ich wciągnąć do spółki i że również się zawiódł. Wiesz, Leonie, co ja teraz myślę? Oto, że jego sprawy źle stoją, skoro tak gorączkowo szuka wspólników. I powiem

ci, że ta myśl mnie gryzie - jeśli bowiem tak jest, to prosta ostrożność nakazuje nie przystępować do spółki, ale jeszcze prostszy obowiązek rodzinny nakazuje pomóc mu, choćby ze względu na Anielkę. Dlatego właśnie chciałam z tobą pogadać.

- Jego interesa nie są tak rozpaczliwe, jak ciocia sądzi - odrzekłem. I począłem opowiadać, czegom się dowiedział przez doktora Chwastowskiego. Powiedziałem ciotce, że jużem się dawno był domyślił z samego zachowania się

Kromickiego, że on szuka i potrzebuje pieniędzy - i po trochu dlatego jeździłem do Wiednia. Ciotka tak była zachwycona moją przenikliwością i taktyką, że chodząc po pokoju, rozpoczęła ze sobą monolog, z nieodstępnym zawsze

pomrukiwaniem: We wszystkim jenialny!... - na koniec oświadczyła, że całą sprawę zdaje na mnie i że zrobi, co postanowię. To rzekłszy zeszła na dół, ja zaś przejrzałem jeszcze swój wczorajszy dziennik i w pół godziny później podążyłem również w jej ślady. Zastałem całe towarzystwo przy herbacie, ale zaledwiem rzucił okiem na twarze, spostrzegłem, że znowu musiało się zdarzyć coś niezwykłego, bo Anielka miała minę zalęknioną, pani Celina zbolałą, a zacna twarz ciotki była zarumieniona od gniewu. Jeden Kromicki czytał niby spokojnie gazetę, ale był kwaśny i wyglądał przy tym tak mizerny, jakby po chorobie.

- Czy wiesz - rzekła ciotka ukazując Anielkę - co ta bieda oświadczyła mi na dzień dobry?

- Nie wiem - odrzekłem siadając do stolika.

- Ni mniej, ni więcej, tylko to, że za dwa tygodnie, jeżeli zdrowie Celiny pozwoli, wyjeżdżają sobie gdzieś do Odessy, czy jeszcze dalej. Gdyby piorun uderzył był w tej chwili w stół, nie byłbym się więcej zdumiał i przeraził. W pierwszej chwili po prostu serce zamarło we mnie. Spojrzałem na Anielkę, która zaczerwieniła się, jakby złapana na jakimś niegodnym siebie uczynku, i wreszcie począłem pytać:

- Co? dokąd? czemu?

- "Robią mi kłopot w Płoszowie" - rozumiesz - mówiła przedrzeźniając Anielkę

ciotka - "nie chcą mi być ciężarem" - miłosierne dusze! Myślą widocznie, że mi potrzebna samotność i że jeśli, gdy tobie wypadnie gdzie wyjechać, zostanę na starość sama, wśród czterech ścian w Płoszowie, to mi będzie zdrowiej i weselej... Naradzały się nad tym całą noc, zamiast spać. Tu ciotka wpadła w gniew jeszcze większy i zwróciwszy się do Kromickiego, spytała:

- Czy to ty prezydowałeś na tej naradzie?

- Bynajmniej - odrzekł Kromicki - wcale mnie nie wezwano, ale ponieważ przypuszczam, że moja pani małżonka postanowiła i dlatego wyjechać, żeby być

mnie bliżej, więc muszę być jej wdzięczny za to postanowienie. - To tylko

projekt... - ozwała się Anielka. Ja, przepomniawszy wszelkich ostrożności, patrzyłem wciąż na nią, ona zaś nie śmiała oczu podnieść, co mnie tym bardziej utwierdzało w przekonaniu, że to moja osoba wpłynęła głównie na ten zamiar. Słów mi brak na opisanie tego, com czuł w owej chwili, i jaka śmiertelna gorycz zalała mi serce. Anielka dobrze to wiedziała, że żyję tylko dla niej, istnieję tylko przez nią, że wszystkie moje myśli należą do niej, wszystkie czynności ją tylko mają na celu, że ona jest dla

mnie kwestią życia lub śmierci - i pomimo to z całym spokojem zrobiła sobie

postanowienie wyjazdu. A czy ja zginę, czy sobie łeb o mur rozbiję - o tym nie pomyślała. Takich rzeczy nie bierze się pod uwagę. Będzie spokojniejsza, nikt nie będzie wił się w jej oczach jak chrabąszcz na szpilce, nikt nie będzie

całował jej nóg, niepokoił jej cnotliwego sumienia - a to właśnie jest wszystko, czego jej trzeba. Jak można się wahać, gdy taki wyborny spokój kupuje się za tak marną cenę, jak poderżnięcie gardła człowiekowi! Podobne myśli przelatywały mi tysiącami przez głowę, czułem truciznę w ustach.

"Jesteś cnotliwą i zostaniesz cnotliwą - mówiłem w duchu do Anielki - ale to dlatego, że ci brak serca. Gdyby pies przywiązał się tak do ciebie, jak ja się przywiązałem, jeszcze by mu się coś od ciebie należało. Nie zrobiłaś mi nigdy najmniejszego ustępstwa, nie ukazałaś mi nigdy iskry litości, nie przyznałaś nigdy nic, a odjęłaś zawsze, coś tylko mogła odjąć. Gdybyś mogła, odjęłabyś mi nawet możność patrzenia na siebie, choćbyś miała zupełną pewność, że bez twego widoku oczy moje zagasną raz na zawsze. Ale teraz rozumiem cię nareszcie dobrze, teraz wiem, że twoja nieugiętość jest właśnie dlatego tak wielka, że serce twoje jest tak małe. Jesteś suchą i zimną kobietą, a cnota twoja to nic innego, tylko wygórowany egoizm, który chce przede wszystkim pozostać spokojnym i dla swego spokoju gotów wszystko poświęcić". Przez cały czas śniadania nie ozwałem się ani słowem. Poszedłszy do siebie na górę porwałem się za głowę i począłem myśleć swoim obolałym i zmęczonym mózgiem nad tym, co zaszło. Myśli moje nie traciły jednak goryczy. Kobiety o małym sercu pozostają częstokroć nieugięte przez pewne filisterstwo cnoty. Chcą przede wszystkim mieć w porządku swoje księgi rachunkowe, tak jak pierwszy lepszy sklepikarz. Boją się one tak miłości, jak episjer boi się zaburzeń ulicznych, wojny, wielkich słów egzaltowanych głów, zuchwałych myśli, zuchwałych zamiarów i

polotów. Przede wszystkim - spokój, bo tylko w spokoju idą dobrze prawdziwe, pozytywne interesa. Co przekracza zwykłą, rozsądną, a zarazem pospolitą miarę życia, jest złem i zasługuje na pogardę ludzi rozsądnych. Cnota ma swoje góry i otchłanie, ale ma także swoje płaszczyzny. Parałem się teraz z pytaniem niesłychanie bolesnym: czy Anielka nie należy do takich płasko-cnotliwych

kobiet, które chcą być bezwarunkowo w kupieckim ze sobą porządku - i dlatego nie poddają się miłości, że to jest rzecz przerastająca miarę ich serc i głów.

Ogarniałem całą przeszłość - i szukałem w niej dowodów. Kto wie - mówiłem sobie

- czy ten jej prosty kodeks, który mnie ubezwładnia i gniecie, nie wspiera się właśnie na takiej podstawie? Bo mnie się nieraz zdawało, że to jest istotnie jakaś wyjątkowa natura, różna od wszystkich innych kobiet, niedostępna jak śnieżny szczyt alpejski, dlatego że pozbawiona pochyłości i strzelająca prostopadle ku niebu. Ale oto ta strzelista natura uważa za rzecz w zupełnym porządku, że pantofle męża depcą po owych śniegach. Co to jest? Ilekroć podobne myśli opadają mi głowę, czuję, że jestem bliski szaleństwa, czuję wściekłość, i gdybym mógł jednym zamachem zwalić, a potem zdeptać i oplwać te ohydne formy życia, to bym zwalił, zdeptał i oplwał, i pogrążył w chaos cały świat, i starł z jego powierzchni wszelkie istnienie. Budowałem, wracając z Wiednia, jakiś nadziemski gmach, w którym miałem kochać Anielkę taką miłością, jaką Dant kochał Beatrycze; zbudowałem go z cierpień, w których moja miłość oczyściła się jak w ogniu, ze zrzeczeń się, z ofiar, byle tylko w jakikolwiek sposób, choćby zaświatowy, choćby po prostu anielski, należeć do niej i czuć, że ona należy do mnie. A teraz przyszło mi do głowy, że nawet nie warto jej mówić o tym, bo ona tego nie zrozumie, że nie warto prowadzić ją na te wyżyny, bo jej tam zbraknie oddechu. Ona

zgodziłaby się może w duszy na to, bym ją kochał i cierpiał - to zawsze gładzi

miłość własną - ale na żaden układ, na żaden związek nawet najbardziej duchowy, na żadną przynależność do mnie, choćby dantejską, ona się nie zgodzi, bo mnie nie

pojmie, bo ona pojmuje jedną tylko przynależność i jedne prawa - takie, jakie daje

szlafrok męża - i dusza jej nie jest w stanie wznieść się ponad płaską i nędzną buchalterię małżeńską. Ogarnął mnie żal ogromnie szczery i mocny, żem nie był w owym pociągu, który spadł z nasypu. Żal ten płynął zarówno z serdecznego oburzenia na okrucieństwo Anielki, jak i z wyczerpania przechodzącego wszelką miarę sił, zarówno duchowych, jak fizycznych. Śmierć przedstawiła mi się tak, jak się przedstawia wypoczynek temu, kto przy kochanym chorym spędził kilkanaście bezsennych nocy. I przy tym pomyślałem, że gdyby mnie przywieziono zakrwawionego do Gasteinu, to przecie może by się w tej kobiecie coś poruszyło. A szło mi o to, nawet i w owej chwili; więcej niż o wszystko inne. Myśląc o tym przypomniałem sobie nagle tę wczorajszą Anielkę, która wyjechała z ciotką naprzeciw mnie; przypomniałem sobie jej przerażenie, jej następną radość, te oczy, do których cisnęły się łzy, te roztargane włosy, i miłość niezmierna, stokroć rzeczywistsza od wszelkich sądów i rozumowań, ogarnęła mnie całego. Był to jakby gwałtowny, chwilowy odruch serca, które zaraz potem zaczęło znów zalewać się jadem zwątpień. To wszystko, com widział wczoraj w powozie, mogło tłumaczyć się inaczej. Kto wie, czy moja osoba, czy też osoba ciotki odgrywała w tym większą rolę? Zresztą kobiety wrażliwe mają zawsze do rozporządzenia cały kapitał współczucia nawet dla obcych, nie dopiero dla krewnych, zwłaszcza gdy jaka katastrofa zaskakuje je niespodzianie. Dlaczego i Anielka nie miała się przerazić wieścią o mojej śmierci, a ucieszyć się zobaczywszy mnie żywego? Gdyby zamiast niej bawiła przy ciotce pani Śniatyńska, prawdopodobnie przelękłaby się, a następnie ucieszyła się tak samo, i widziałbym ją tak samo bez rękawiczek, z włosami w nieładzie i bez kapelusza na głowie. Zdawało mi się, że pod tym względem nie mam się co łudzić. Anielka dobrze wiedziała, że jej wyjazd będzie i większą, i wprost niebezpieczniejszą dla mnie katastrofą niż rozbicie głowy w pociągu albo

utrata ręki lub nogi - a jednak nie zawahała się ani na chwilę. Czułem doskonale, że to był jej pomysł. Chciała oto być bliżej małżonka, a co się ze

mną stanie - to nie było wzięte w rachubę. I znowu poczułem, że blednę z gniewu, zawiści, oburzenia i że krok jeden

oddziela mnie od szaleństwa. - Czekaj! - mówiłem sam do siebie trzymając rękoma

skronie - czekaj!... Może ona dlatego wyjeżdża, że cię kocha i że czuje, iż

dłużej ci się nie oprze? - Ach, tak! I takie myśli były we mnie, ale nie znalazły w tej chwili odpowiedniego gruntu i zginęły jak owe nasiona, które padną na opokę, a poruszyły tylko rozpaczliwą ironię. Literalnie targałem sobie

wnętrzności. - Tak - mówiłem w duchu - to jest miłość podobna do tej troskliwości, przez którą wyciągają konającemu poduszkę spod głowy, żeby mniej głośno chrapał i krócej się męczył. Ja będę krócej się męczył, a za to Kromickiemu będzie łatwiej dojeżdżać z pociechą, której ta idealna istota przywykła oczekiwać od małżonka. I Anielka stała mi się w tej chwili nienawistną. Pierwszy raz w życiu poczułem,

że wolałbym, gdyby ona naprawdę kochała Kromickiego - byłaby mi mniej wstrętną! Gniew i zawziętość odbierały mi przytomność, widziałem jasno tylko to jedno: że jeśli czegoś nie uczynię, jeśli nie pomieszam jej planów, jeśli nie zemszczę się nad nią w jakikolwiek sposób, to stanie się ze mną coś strasznego. Zerwałem się pod wpływem tej myśli, jakby dotknięty rozpalonym żelazem, i chwyciwszy kapelusz, poleciałem szukać Kromickiego.

Nie znalazłem go w domu ani w ogrodzie. Poszedłem pod Wandelbahn - następnie do czytelni; nie było go i tam. Przez chwilę przystanąłem na mostku przy wodospadach namyślając się, gdzie bym mógł go znaleźć. Wiatr wiał od strony kaskad i rzucał mi w twarz tumany wodnego pyłu. Sprawiło mi to ogromną ulgę i przyjemność. Zdjąwszy kapelusz wystawiłem głowę na ów pył, i wkrótce włosy moje były mokre. Czułem jakąś zwierzęcą rozkosz w tym chłodzie. Oprzytomniałem. Pozostała mi tylko wyraźna i stanowcza wola pomieszania zamiarów Anielki. Mówiłem do niej "Wiedz, że nie pojedziesz, a potem będę się z tobą obchodził jak człowiek, który cię zapłacił". Widziałem też teraz jasno środki, które mogły mnie doprowadzić do celu, i nie miałem obawy, abym popełnił jakie głupstwo rozmawiając z Kromickim. Opanowałem się pod tym względem zupełnie. Kromickiego znalazłem czytającego gazety przed hotelem Straubingera. Ujrzawszy mnie, wypuścił monokl z oka i rzekł:

- Właśnie miałem iść do ciebie.

- Chodźmy na Kaiserweg. I poszliśmy. Nie czekając, aż Kromicki zacznie pierwszy, przystąpiłem do rzeczy.

- Ciotka mówiła mi - rzekłem - o waszej wczorajszej rozmowie.

- Żałuję, że ona miała miejsce - odrzekł Kromicki.

- Boście oboje nie mówili tak spokojnie, jak się powinno mówić o interesach. Mój kochany, pozwolisz, że będę z tobą zupełnie otwarty. Trzeba ciotkę znać. Ona jest najzacniejsza w świecie kobieta, ale ma jedną słabość, zresztą zupełnie

zrozumiałą. Mając istotnie dużo trzeźwego rozumu, lubi zaznaczać, że go ma - i dlatego na wszystko, co się jej przedstawia, woli patrzeć z niedowierzaniem, choćby nieco przesadnym. Z tego również powodu odpowiada zrazu najczęściej odmownie. Stary Chwastowski mógłby ci coś o tym powiedzieć. Trzeba jej zostawić

czas do namysłu - a przede wszystkim nie zadrażnić jej, bo wówczas się zacina; ty zaś nie umiałeś tego uniknąć.

- Ale czym ja ją mogłem zadrażnić?... Jeśli kto, to ja umiem przecie gadać o interesach.

- Źleś zrobił, żeś wspomniał, iż wziąłeś Anielkę bez posagu. Ciotka dotąd o to zła.

- Powiedziałem to wówczas, gdy mi poczęła wymawiać sprzedaż Głuchowa. Zresztą powiedziałem prawdę. Głuchów tak był obciążony, że Anielce nic się z niego nie należało.

- Właściwie mówiąc, po coś ty ten nieszczęśliwy Głuchów sprzedawał?

- Bom sobie mógł tym ująć kogoś, od kogo cały mój przyszły majątek, zatem cały

los zależy. Jak się nie ma wyboru, to się robi to, co się musi - co? Oprócz tego zapłacono mi dobrze.

- Więc mniejsza o to. Ciotkę twoje słowa ubodły tym więcej, że ona myśli o Anielce.

- Myśli jej zapisać rentę.

- Więc ci powiem pod sekretem, że bynajmniej. Wiem, że tobie tak wczoraj powiedziała właśnie dlatego, żeś ją rozgniewał. Chciała ci dać przez to do zrozumienia, że twoim zdolnościom do interesów nie ufa. Ale bynajmniej. Ze mną nieraz o tym mówiła, i ja, jako przyszły jej spadkobierca, mogę najlepiej o tym wiedzieć... Kromicki spojrzał na mnie bystro.

- I ty przecie tracisz na tym, jako przyszły spadkobierca.

- Tak - rzekłem - ale ja nie wydaję nawet swoich własnych dochodów, dlatego mogę o tym mówić z taką zimną krwią. Ciebie, jako człowieka interesów, może to dziwi. Jeżeli inaczej sobie tego wytłumaczyć nie możesz, przypuść, że jestem oryginał. Bywają i tacy na świecie. Otóż zapowiadam ci, że po pierwsze: nie myślę ograniczać hojności ciotki, a po wtóre, że wiem z pewnością, iż ciotka myśli wyposażyć Anielkę nie rentą, ale wprost gotowizną. Naturalnie, że mój wpływ na ciotkę mógłby odegrać ważną w tym rolę, ale ci powiadam, chcesz, wierz, chcesz, nie wierz, iż użyję go raczej na twoją korzyść niż na szkodę. Kromicki uścisnął mi silnie rękę. Ramiona jego poruszały się przy tym zupełnie jak ramiona drewnianego manekina. Był mi w wysokim stopniu wstrętny. Przypuszczam także, że miał mnie bardziej za głupca niż za dziwaka, ale wierzył mi, o to zaś chodziło mi przede wszystkim. Wierzył zresztą słusznie, gdyż w tej chwili była to rzecz postanowiona w moim umyśle, że Anielka dostanie gotowiznę, nie rentę. Czułem także, iż Kromickiego pali ochota zapytać mnie: ile? i kiedy? Zrozumiał jednak, że byłoby to zbyt niedelikatne, i milczał jak gdyby ze wzruszenia, ja zaś mówiłem dalej:

- Musicie tylko pamiętać, że z ciotką trzeba umieć postępować. Że ona ma zamiar wyposażyć Anielkę, za to mogę ci ręczyć, ale ostatecznie, póki ci posagu nie położy na stole, a ty go nie zagarniesz, wszystko zależy od jej woli, a nawet kaprysu. Tymczasem, co wy wyrabiacie? Wczoraj ty ją zagniewałeś, a dziś Anielka, i to w wysokim stopniu. Jako przyszły spadkobierca, powinien bym cieszyć się z tego i nie ostrzegać was, a jednak widzisz, że to czynię. Ciotce był ogromnie przykry zamiar Anielki; zwróciła się do ciebie niby z gniewem, ale w duszy z nadzieją, że staniesz po jej stronie, tymczasem tyś niejako potwierdził pomysły tych pań...

- Mój drogi! - rzekł Kromicki ściskając mnie ponownie. - Powiem ci szczerze, że jeślim niby potwierdził, to trochę ze złości na ciotkę. W gruncie rzeczy to jest projekt niedorzeczny. Czego nigdy nie mogłem znosić, to egzaltacji, a te obie panie mają jej powyżej głowy. Ciągle im się zdaje, że nie powinny nadużywać waszej gościnności, że nie mogą siedzieć wiecznie w Płoszowie, et caetera. Mam tego póty... Tymczasem oto jak rzeczy stoją. Do Turkiestanu brać ich przecie ze sobą nie mogę, a jak raz tam jestem, to czy Anielka mieszka w Odessie, czy w Warszawie, to już mi jest wszystko jedno. Gdy wycofam się z tych odległych interesów i jak mam nadzieję, z majątkiem więcej niż znacznym, wówczas, oczywista rzecz, że urządzę się odpowiednio. Nastąpi to za rok najdalej. Za samo ustąpienie interesu powinienem przecie zyskać... Naturalnie, że gdyby nie było Płoszowa, musiałbym pomyśleć o jakimś tymczasowym pobycie dla tych pań, ale skoro ciotka ofiaruje im gościnność i sama sobie życzy, by one u niej mieszkały, to głupstwem byłoby szukać schronienia gdzie indziej. Teściowa moja dopiero od kilku tygodni na nogach. Kto wie, co dalej będzie, a gdyby było źle, wówczas wszystko by spadło na Anielkę, która jest kobieta młoda i niedoświadczona. Ja teraz nie mogę absolutnie być przy nich. Ja tu już i tak siedzę jak na węglach, i skoro mówimy tak otwarcie, to ci powiem, że tylko nadzieja wciągnięcia ciebie albo ciotki do spółki zatrzymała mnie tutaj tak długo. Powiedziałem ci wszystko,

com miał pod sercem - teraz ty powiedz: czy mogę w jakikolwiek sposób liczyć na waszą dobrą wolę? Odetchnąłem. Zamiar Anielki był zburzony. Napełniła mnie radość, postawiłem bowiem na swoim. Obok tego, jakkolwiek moja

miłość dla Anielki była podobna w tej chwili do głębokiej nienawiści - nienawiść ta, stanowiąca teraz moją wyłączną podstawę życia, potrzebowała, zarówno jak i miłość, pokarmu. Takim pokarmem mogła być dla niej tylko obecność Anielki. Wniosłem na koniec ze słów Kromickiego, że za jednym zamachem mogę dokazać tego, co było najgorętszym moim pragnieniem, to jest pozbyć się go na czas niemal nieokreślony. Nie okazałem jednak najmniejszego wzruszenia, sądziłem bowiem, że będzie lepiej, gdy Kromickiemu nie pójdzie z nami zbyt łatwo i gdy pozwolę się trochę prosić. W tym celu rzekłem:

- Nie mogę ci z góry nic powiedzieć. Przede wszystkim przedstaw mi dokładnie stan twoich interesów. Kromicki począł mówić i mówił z pewną skwapliwością, dowodzącą, że tego rodzaju rozmowy stanowią jego ulubiony temat. Co chwila zatrzymywał się i brał mnie za guzik lub przypierał do skalistej ściany. Gdy powiedział coś, co mu się zdawało bardzo przekonywającym, nakładał z niesłychaną szybkością monokl i patrzył na mnie, jakby szukając na mojej twarzy wrażeń. Wszystko to, w połączeniu z jego drewnianym, nieco skrzypiącym głosem i z pytaniami: co? co? którymi zarzucał mnie ustawicznie, było mi nieznośne, ale muszę mu oddać tę sprawiedliwość, że nie zmyślał. Mówił mniej więcej to samo, com wyczytał w liście młodego Chwastowskiego. Sprawa przedstawiała się w sposób następujący: ogromne kapitały były już włożone w dostawy, zyski mogły być wielkie, tym bardziej że na mocy kontraktu Kromicki miał sam jeden prawo do pewnych dostaw. Niebezpieczeństwo interesu leżało w tym; że kapitały, które trzeba było wyłożyć zaraz, wracały po przejściu całej procedury biurowej, zatem z wolna, a po wtóre, że Kromicki miał do czynienia z poszczególnymi dostawcami, których interesem było dawać materiał jak najgorszy, cała zaś odpowiedzialność za to ciążyła na nim. Ten ostatni punkt zdawał go niejako na łaskę i niełaskę intendentury, która zresztą miała zupełne prawo przyjmować tylko materiał dobry. Bóg wie, jakie niebezpieczeństwa mogły z tego powodu grozić Kromickiemu. Wysłuchawszy jego opowiadania, które trwało z godzinę, odrzekłem:

- Mój kochany, wobec tego, co przedstawiasz, ani ja, ani ciotka, nie możemy zostać twymi wspólnikami. Twarz Kromickiego zżółkła w jednej chwili.

- Powiedz mi: czemu?

- Bo jeśli ty, mimo wszelkich ostrożności, będziesz miał proces, my nie chcemy w nim figurować.

- Rozumiejąc w ten sposób, nie zaczęłoby się żadnego interesu.

- My też nie mamy najmniejszego powodu zaczynać. Chciałeś, byśmy przystąpili do spółki; powiedz mi: z jakim kapitałem?

- Co tu o tym mówić!... ale gdybyście mogli włożyć choć siedmdziesiąt pięć tysięcy rubli...

- Nie, nie włożymy i nie poczuwamy się do obowiązku. Ponieważ jednak jesteś, a raczej stałeś się naszym krewnym, więc ci chcę pomóc. Krótko mówiąc, pożyczę ci siedmdziesiąt pięć tysięcy rubli na prosty kupiecki weksel. Kromicki stanął i począł patrzyć na mnie mrugając oczyma jak człowiek, który śni. Ale trwało to chwilę. Widocznie przyszło mu do głowy, że okazać zbyt wielką radość byłoby z

jego strony niepolitycznie. Kupiecka przezorność - wobec mnie zresztą i

śmieszna, i niepotrzebna - wzięła w nim górę; uścisnął moją rękę i rzekł:

- Dziękuję ci. Na jaki procent?

- O tym pomówimy w domu. Teraz muszę wracać. Chcę pomówić z ciotką. I pożegnałem go zaraz. Wracając zastanawiałem się, czy Kromickiemu nie wyda się zbyt dziwnym moje postępowanie i czy się czegoś nie domyśli. Ale była to próżna obawa. Mężów zaślepia po większej części nie miłość do żon, ale miłość własna. Przy tym Kromicki, patrząc na nas ze swego kupiecko-pozytywnego stanowiska, poczytuje i mnie, i ciotkę za dwoje ludzi fantastycznych, nie mających pojęcia o interesach, a natomiast przejętych na wskroś jakimiś przestarzałymi zasadami, do liczby których należy i poczucie solidarności rodziny. Jest to istotnie pod

wielu względami typ zupełnie różny od nas - i z tego powodu, nawet mimo woli, uważamy go za intruza. Wróciwszy do willi spotkałem w ogrodzie Anielkę kupującą od miejscowej chłopki poziomki. Przechodząc mimo, powiedziałem jej szorstko:

- Nie wyjedziesz, bo ja tego nie chcę! I poszedłem do siebie. Przy obiedzie wszczęła się znów rozmowa o wyjeździe tych pań. Tym razem Kromicki zabrał głos i mówił o tym zamiarze wzruszając nad nim ramionami jak nad dzieciństwem, z którego człowiek prawdziwie rozsądny może się tylko śmiać. Nie umiał być przy tym dość delikatny ani dla żony, ani dla pani Celiny, bo natura jego nie jest w ogóle delikatną. Ja nie zabierałem wcale głosu, jak człowiek, którego cała rzecz z daleka tylko obchodzi. Spostrzegłem, iż Anielka zdaje sobie jednak doskonale sprawę, że Kromicki jak pozytywka wygrywa tylko tę nutę, na którą go nakręciłem. Widziałem, że jej było wstyd za niego i że sama czuła się głęboko upokorzona. Nosiłem w sercu tyle urazy do niej, że sprawiało mi to przyjemność. Zostałem jednak co się zowie zraniony. Nie mogę się dotąd uspokoić i nie mogę tego Anielce przebaczyć. Gdybym był nie obmyślił w powrocie z Wiednia tego układu, gdybym był nie uczynił ofiary z tylu swoich pragnień, namiętności, ze swoich zmysłów, ze swojej natury, nie czułbym tak głęboko zawodu. Ale to właśnie wypadło tak jakoś okrutnie, że gdym ja, z miłości dla niej, chciał się z gruntu przeistoczyć i gdym wchodził na jakieś wyżyny, na których dotąd nie bywałem, byle tylko być przy niej, ona chciała mnie bez żadnego względu ni miłosierdzia

zepchnąć na samo dno rozpaczy - i nie wzięła w rachubę, czy też nie stanie się ze mną co złego... Te myśli zatruwają mi radość płynącą z tego, że Kromicki wyjeżdża, a ona pozostaje. Przyszłość przyniesie jakieś rozwiązanie, ale tak

jestem wymęczony, że go nawet nie przewiduję. Byłoby jedno - bardzo proste - gdybym dostał choroby mózgowej. Może i to z czasem przyjść, bo ja po całych dniach dręczę się, a nocami, nie mogąc spać, pisuję. Wypalam przy tym mnóstwo cygar, aż do odurzenia się, i prawie co dzień dosiaduję do białego dnia. 30 lipca. Nie pisałem przez dwa tygodnie. Jeździłem do Wiednia wraz z Kromickim dla załatwienia interesów, potem wróciliśmy razem i on bawił jeszcze trzy dni. Dostałem w tym czasie tak silnych bólów głowy, żem nie mógł pisać. Kuracja pani Celiny ukończona od tygodnia; bawimy jeszcze w Gasteinie tylko dlatego, że wszędy na równinach panują ogromne upały. Wyjazd Kromickiego przyniósł wielką ulgę mnie, pani Celinie, którą on drażni do tego stopnia, że gdyby nie był jej zięciem, to by go nie znosiła, ciotce, a może i Anielce. Anielka nie może mu przebaczyć, że wciągnął mnie do swoich interesów. On, ani się domyślając, że między mną a jego żoną może istnieć co innego niż zwykły towarzyski stosunek, nie robił wcale z tej pożyczki sekretu; ona zaś była jej przeciwna z całej

duszy. Nie mogła mu oczywiście nic powiedzieć - może z obawy, by nie stracić reszty złudzeń co do niego, gdyby ją i w takim razie pozostawił przy ciotce. Czasem myślę, że i ona, i pani Celina, nie zdradzając się wzajem przed sobą, nie mają do niego, od czasu jak sprzedał Głuchów, najmniejszego zaufania i że w głębi duszy przypuszczają, iż jest gorszy, niż jest rzeczywiście. Podług mnie jest to przede wszystkim duchowy parweniusz, z naturą suchą, drewnianą, niezdolną zarówno do delikatnych uczuć, jak do subtelnych myśli. Nie ma w nim także żadnej wspaniałomyślności; nie jest to dusza ani szlachetna, ani wrażliwa, ani głęboka, ale natomiast jest to w pospolitym, kodeksowym znaczeniu tego słowa, porządny człowiek. Dopomaga mu do tego pewien wrodzony pedantyzm, bo w nim pedantyzm łączy się w dziwaczny sposób z newrozą pieniężną, która nie jest znów niczym innym, jak zwyrodniałą fantazją, która przez ten kierunek znalazła sobie ujście. W ogóle biorąc jest mi tak niewypowiedzianie nienawistny i wstrętny, razem ze swoim monoklem, skośnymi oczyma, długością nóg i brakiem zarostu na żółtej twarzy, że i tak dziwię się, jak mogę się zdobyć na sąd o nim równie obiektywny. Myślę jednak, że jeśli on wszystkiego nie straci, to i ja nie stracę swoich pieniędzy. Ale zapisuję z całą otwartością, że wolałbym, gdyby stracił

pieniądze, rozum, życie - i przepadł raz na zawsze. Chory jestem. Anielkę mało w ostatnich dniach widywałem. Częścią bóle głowy zatrzymywały mnie na górze, częścią umyślnie powstrzymywałem się od widywania jej, aby jej dać poznać mój gniew i urazę. A kosztowało to mnie niemało, bo oczy moje potrzebują jej jak światła. Pisałem już, że ona, przy całej nieugiętości swego charakteru posiada pewną płochliwość. Wprost nie znosi, żeby się ktoś na nią gniewał, boi się tego i stara się każdy gniew przejednać. Jest wtedy cicha, łagodna, patrząca w oczy, jak dziecko, które obawia się kary. Wzruszało mnie to zawsze do najwyższego stopnia, ale i sprawiało mi rozkosz, albowiem karmiłem się złudzeniem, że byłem otworzył jej ramiona, to ona padnie w nie i głowę złoży na moich piersiach, choćby tylko dla przebłagania gniewu. Tego rodzaju złudzeń nie umiem się pozbyć, a choć wiem, że je przyszłość rozproszy, i teraz jeszcze tai się w głębi mego serca nadzieja, że gdy się wreszcie przeprosimy, to przecie coś się stanie, to ona uczyni mi jakieś ustępstwa, to będzie mi bliższa. Z drugiej strony, w samym tym rozdrażnieniu obopólnym widzę jakby mimowolne przyznanie, mimowolną zgodę Anielki na to, że mam prawo ją kochać; jeśli bowiem ona uznaje urazę płynącą z miłości, to musi uznać i miłość

samą. Są to prawa nikłe jak sen, nie mające krwi i ciała - ale ja się nimi ratuję od zupełnej apatii i nimi żyję. 2 sierpnia. Miałem znów list od Klary. Ona się chyba czegoś domyśla, bo tyle jest litości, tyle współczucia w jej słowach, jakby wiedziała, do jakiego stopnia jest mi źle. Nie wiem i nie chcę dochodzić, czy ona mnie kocha jak siostra czy inaczej, ale czuję, że bardzo mnie kocha. Odpisałem jej tak serdecznie, jak tylko potrafi człowiek nieszczęśliwy, pisząc do jedynej przyjaznej i współczującej duszy. Klara wybiera się do Berlina, a na początek zimy do Warszawy. Namawia mnie, bym przyjechał do Berlina choć na parę dni. Nie pojadę, nie oderwę się od mojej troski, ale rad zobaczę Klarę w Warszawie. Z Anielką rozmawiamy tylko o rzeczach potocznych, żeby nie zwrócić uwagi starszych pań na ten rozbrat, jaki nas dzieli. Gdy zostajemy na chwilę sami, milczymy oboje. Widziałem kilka razy, że ona chciała coś mówić, ale bojaźliwość

zamyka jej usta - ja zaś mam jej do powiedzenia tylko jeden wyraz: "kocham", który wobec tego, co czuję, jest tak niedołężnym wyrazem, że prawie nic nie wypowiada. Bo teraz jest żal w moim kochaniu. Gnębi mnie ciągle myśl, że jej dał Pan Bóg małe serce i że w tym leży tajemnica jej nieugiętości. Dziś, gdy myślę o wszystkim spokojniej, wracam do przekonania, że Anielka może i ma dla mnie jakieś uczucie, złożone z wdzięczności, litości, wspomnień, ale to uczucie nie ma żadnej siły czynnej, nie jest w stanie na nic się zdobyć, nawet na przyznanie, że istnieje. Ona nie ma dla siebie szacunku, uważa się za coś złego, wstydzi się siebie i zapiera, a w porównaniu z moim wygląda tak, jak ziarnko gorczyczne przy tych Alpach, które nas otaczają. Od Anielki można oczekiwać, że uczyni raczej wszystko dla ograniczenia niż cokolwiek dla podsycenia uczucia. Ja od niej niczego się nie spodziewam, niczego nie wyglądam, a tak mi źle z tym przeświadczeniem! 4 sierpnia. Przez jakiś czas żywiłem na dnie serca nadzieję, że Anielka, pod wpływem oburzenia na męża, przyjdzie pewnego dnia do mnie i powie mi: "Kiedyś mnie zapłacił, to mnie masz!" Nowe złudzenie! Może tak by postąpiło wiele kobiet o egzaltowanych głowach, wykarmionych na francuskich powieściach; postąpiłaby tak niewątpliwie każda, która by miała ukrytą ochotę rzucić się w objęcia kochanka i szukała tylko dobrego pozoru. Nie! Anielka tego nie uczyni, i jeżeli mi mogła podobna myśl przyjść do głowy, to tylko dlatego, że i ja karmiłem się czytaniem tych pseudodramatów, jakie rozgrywają się w duszach kobiet, które w gruncie rzeczy mają przede wszystkim niekłamaną chęć puszczenia swej cnoty z wodą. Anielkę mogłoby popchnąć w moje objęcia tylko serce, ale nie sztuczny dramat, nie frazes, nie fałszywy patos. Więc też nie ma obawy, aby się to stało. Jest wielką klęską dla człowieka pokochać prawdziwie i głęboko cudzą żonę,

choćby to była żona najpospolitszego i najmarniejszego człowieka - ale prawdziwym nadmiarem nieszczęścia jest pokochać kobietę cnotliwą. Jest coś takiego w moim stosunku do Anielki, o czym nigdy nie słyszałem ani nie czytałem; jest jakaś niemożność wyjścia i zakończenia. Rozwiązanie, czy jest katastrofą,

czy uwieńczeniem pragnień, jest zawsze czymś - a tu jest męczące koło błędne. Jeśli ona bowiem pozostanie taką, jak jest, a ja nie przestanę jej kochać, to

będzie tylko męka i męka - nic więcej. A jestem rozpaczliwie pewny, że ona wytrwa i ja także. Ją, jeśli naprawdę ma małe serce, niewiele to kosztuje. Ja chciałbym nieraz z całej duszy zrzucić to jarzmo, ale nie mogę. Nieraz mówię sobie, że trzeba; nieraz napracuję i nawysilam się nad sobą, jak się wysila dla własnego ratunku człowiek tonący; nieraz mi się zdaje, że już do czegoś doszedłem, a potem niech zobaczę ją przez okno, niech obejmę ją oczyma, doznaję takiego wstrząśnienia w sercu, że cała niezmierzona głębia mego uczucia odkrywa mi się nagle, zupełnie tak jak w nocy odkrywają się w czasie burzy głębie chmur, gdy błyskawica rozedrze ciemność. O! jaka to męka mieć do czynienia z cnotą nieubłaganą i zimną jak litera prawa! Ale choćby Anielka wcale nie miała serca, jeszcze bym ją kochał tak, jak kochałbym moje jedyne dziecko, choćby było kalekie. Człowiek więcej się tylko wtedy lituje i więcej cierpi. 5 sierpnia. Jaka to licha i nędzna miara rozsądek, gdy przyjdzie nim mierzyć albo meczy bardzo wielkie, albo genialne, albo pełne grozy. Ten rozsądek, który tak dobrze posługuje w zwykłych warunkach życia, staje się wówczas starym błaznem, jak Polonius. Zdaje mi się, że również zwyczajna mieszczańska etyka nie może być miarą dla wielkich namiętności. Widzieć w tak wyjątkowym, w tak ogromnym

uczuciu, jak jest moje, tylko przestąpienie takich a takich paragrafów - i nie widzieć nic więcej, nie widzieć, że to jest żywioł, że to jest część tej siły wyższej nad wszelkie marne przepisy, siły boskiej, twórczej, niezmierzonej, na

której opiera się wszechistnienie - to jest swego rodzaju ślepota i małość... Niestety, Anielka tak tylko umie patrzeć na moją miłość! Przypuszczam, iż nieraz musi jej się wydawać, że bądź co bądź powinienem ją za to szanować, a ja, Bóg widzi, nie dlatego to mówię, że chodzi o mnie, ale sądząc najobiektywniej, muszę się często bronić od pogardy dla niej i często mówię jej w duszy: "Miejże ty inną miarę, bo ta niegodna ciebie!" Szanowałbym ją, czcił stokroć więcej, gdyby umiała patrzeć inaczej, jeżeli nie na nasz stosunek, to na miłość w ogóle. 6 sierpnia. Ten Gastein daje jednak ludziom zdrowie. Dziś spostrzegłem, że Anielka opaliła się na tutejszych górskich powiewach i że wygląda zdrowo, co jest tym dziwniejsze, że i ona miała niemało trosk i zmartwień. Zmartwieniem dla niej były nieporozumienia z mężem, ambicja jej cierpiała na tym, że on wszedł ze mną w stosunki pieniężne; moja miłość wnosi także do jej duszy rozterkę i mąci jej spokój. Mimo to w delikatnej jej twarzy widać zdrowie. Policzki jej mają żywszą barwę niż przed przyjazdem tutaj. Pamiętam, jak ona nikła prawie w oczach na

początku lata - i pamiętam, jak włosy powstawały mi na głowie, gdy myślałem, że zdrowie, a może i życie jej jest zagrożone. Dziś przynajmniej ta obawa minęła. Gdybym wiedział, że na przyszłość będzie miała jeszcze mniej litości dla mnie, że będzie jeszcze mniej brała w rachubę i mnie, i moje uczucie, ale za to będzie zdrowa, powiedziałbym: "Niech lekceważy, niech nie ma litości, byle była zdrowa!" W skład prawdziwego uczucia wchodzi pragnienie szczęścia, ale wchodzi i tkliwość, i troskliwość, i przywiązanie wielkie. Wczoraj Anielka ubrała się w jedną ze swoich panieńskich sukien albo w zupełnie podobną. Spostrzegłem to zaraz i cała przeszłość stanęła mi jak żywa przed oczami. Bóg wie, co się ze mną działo!... 7 sierpnia. Ciotki gniew na Anielkę minął już od dawna. Ona ją tak kocha, że gdybym ja umarł, ciotka miałaby się jeszcze o co w życiu zaczepić, byle Anielka została przy niej. Dziś poczciwe moje ciotczysko ubolewało nad tym, że Anielka się nudzi, że przesiaduje ustawicznie w domu i że nie poznała tu nic więcej nad drogę z Wildbadu do Hofgasteinu.

- Żeby mi nogi lepiej służyły - rzekła - chodziłabym wszędzie z tobą; ale kto powinien był ci przynajmniej bliższe okolice pokazać, to twój mąż, który latał od rana do wieczora. Anielka poczęła upewniać, że jej dobrze w domu i że nie potrzebuje więcej ruchu. Usłyszawszy to ozwałem się tonem obojętnym:

- Ja nie mam nigdy nic do roboty, a chodzę dużo, więc mogę Anielce wszędzie towarzyszyć i pokazać jej, co jest ciekawego przynajmniej w pobliżu. Po chwili zaś dodałem jeszcze obojętniej:

- Nie widzę w tym nic takiego, co by nie było powszechnie przyjęte. W miejscach kąpielowych nawet prości znajomi chodzą razem na przechadzki, a cóż dopiero krewni. Anielka nie odpowiedziała, ale obie starsze panie przyznały mi zupełną słuszność, bo zresztą rzeczywiście tak jest, jak mówiłem. Jutro mamy pójść razem do Schreckbrücke. 8 sierpnia. Układ nastąpił między nami i odtąd ma się rozpocząć dla nas obojga nowe życie. Ma to inne kształty, niż sobie wyobrażałem, ale przyszłość moja musi się w nie wcielić. Odtąd wszystko będzie jasne, określone. Nic już nie zajdzie nowego, niczego nie mogę oczekiwać, ale nie będę jak człowiek bez dachu nad głową... 9 sierpnia. Wczoraj byliśmy przed wieczorem w Schreckbrücke. Starsze panie towarzyszyły nam z początku, ale zaraz za wodospadami usiadły na pierwszej ławce, my zaś szliśmy dalej. Zdaje się, że oboje zrozumieliśmy, że jakaś ważna rozmowa musi między nami nastąpić. Chciałem zrazu pokazywać Anielce rozmaite miejscowości i wymieniać ich nazwy, ale zaledwiem wymienił Schareck, wydało mi się to zagadywanie tego, co nam leżało na sercu, tak dziwaczne, tak niestosowne do naszego nastroju, żem umilkł. Mogliśmy mówić tylko o nas samych albo milczeć. I szliśmy w milczeniu dość długo, co zresztą było mi potrzebne i korzystne. Opanowałem się przez ten czas, jakem umiał, przezwyciężyłem ten nerwowy niepokój, jaki człowieka ogarnia przed ważnymi chwilami życia, i starałem się odzyskać zimną krew. Odzyskałem ją o tyle, że postanowiłem rozmyślnie mówić o mojej miłości z takim spokojem, tak naturalnie, jakby o rzeczy wiadomej, stwierdzonej i uznanej. Doświadczenie nauczyło mnie, że w stosunkach z kobietami można wytworzyć dowolny nastrój. Nic tak nie wpływa na kobietę, jak ton rozmowy, i jeśli mężczyzna, czyniąc wyznanie, czyni je tak, jakby potem świat się miał zawalić, to jest ze wzruszeniem, z przerażeniem i

przekonaniem, że czyni rzecz niesłychaną - to ów przestrach i to przekonanie, że staje się rzecz niesłychana, udziela się kobiecie. W razie przeciwnym dzieje się przeciwnie: wyznanie traci wówczas swój charakter wielki, ale też przechodzi gładziej i mniejszy budzi opór. Zresztą jam już wyznawał; chodziło mi więc tylko o zapobieżenie temu, by cała dusza w Anielce nie buntowała się za pierwszym moim słowem o miłości. Ostatecznie, gdyby tak miało być zawsze, wszelka rozmowa stawała się niepodobną, a przecie trzeba nam było się rozmówić, bo trzeba było ułożyć jakoś nasze stosunki. Mając to wszystko na uwadze, rzekłem, o ilem mógł, spokojnie:

- Ty sobie może nawet nie zdajesz sprawy, Anielko, jak ty mnie zraniłaś swoim zamiarem wyjazdu. Wiem doskonale, że powody, które podałaś, to tylko pozór i że naprawdę ja jestem przyczyną tego zamiaru. O jednej tylko rzeczy zapomniałaś, a mianowicie, co się stanie ze mną bez ciebie. Tego wcale nie wzięłaś w rachubę. Czy wiesz, że sam wyjazd twój nie byłby mnie tak dotknął, jak ta właśnie myśl, że nic a nic nie liczysz się ze mną. Powiesz może, że chciałaś to uczynić dla mego dobra, dlatego, żeby mnie wyleczyć... Nie! daj pokój! Nie lecz mnie w ten sposób, bo mi takie lekarstwo może przynieść więcej złego, niż myślisz. Policzki Anielki pokryły się w mgnieniu oka wypiekami. Widocznie moje słowa dotknęły ją do żywego. Nie wiem, co by mi była na razie odpowiedziała, gdyby nie zewnętrzny wypadek, który w tej właśnie chwili rozerwał pasmo jej myśli. Oto z boku drogi podniósł się nagle jeden z takich kretynów, jakich pełno jest w

okolicy Gasteinu, z ogromną głową, z wolami na szyi, ze spojrzeniem zwierzęcia - i kiwając palcami, począł prosić o jałmużnę. Podniósł się on z wysokich traw tak niespodzianie, że Anielka krzyknęła z przestrachu. Zanim ochłonęła i znalazła pieniądze, których ja przy sobie nie miałem, upłynęło kilka minut. Przez ten czas wrażenie słów moich osłabło w niej o tyle, że gdyśmy wreszcie poszli dalej, odrzekła mi po chwili milczenia ze smutkiem, lecz i słodyczą:

- Ty często bywałeś dla mnie niesprawiedliwy, ale nigdy więcej niż teraz. Ty sądzisz, że mi wszystko łatwo przychodzi i że mi brak serca, a mnie wcale a wcale nie lepiej niż tobie... Tu zabrakło jej głosu, mnie zaś wszystkie tętna poczęły bić jak młotami. Zdawało mi się, że jeszcze jedno wysilenie z mej strony, a wyrwę jej z ust otwarte wyznanie.

- Na wszystko, co ci drogie - rzekłem - powiedz mi, co przez to rozumiesz?

- Rozumiem, że skoro jestem nieszczęśliwa, pozwól mi zostać uczciwą. Mój Leonie kochany, ja cię błagam, miej litość nade mną! Ty nie wiesz, jaka ja jestem nieszczęśliwa! Jam ci wszystko gotowa poświęcić prócz uczciwości. Nie chciej, bym ci oddała tę ostatnią deskę zbawienia, bo tego nie można, tego nie wolno poświęcać! Mój Leonie, mój Leonie! I złożywszy ręce patrzyła na mnie drżąca jak liść, z prośbą i ze łzami, które wzbierały w jej oczach. Nie wiem... gdybym ją był w tej chwili porwał w ramiona, może by potem umarła ze wstydu i zmartwienia, ale prawdopodobnie nie znalazłaby już w sobie siły na opór...

Lecz ja postąpiłem jak człowiek, który sam kocha nad wszystko - to jest zapomniałem o sobie, a widziałem tylko ją. I rzuciłem jej w tej chwili pod nogi moje zmysły, moją namiętność, mój egoizm. Co mi to wszystko znaczyło wobec niej? Kobieta kochana, która broni się łzami, płynącymi nie dla zachowania pozorów, ale z głębi prawdziwej boleści, jest niezwyciężona. Wziąłem obie ręce i ucałowawszy je ze czcią i uniesieniem, rzekłem:

- Będzie, jak ty chcesz, to ci przysięgam na tę miłość, jaką mam dla ciebie! Oboje nie mogliśmy przez jakiś czas mówić. Jeśli mam wyznać całą prawdę, to czułem się w tej chwili i lepszy, i szlachetniejszy niż kiedykolwiek. Byłem jak człowiek, który przebywszy kryzys w ciężkiej chorobie, czuje słabość wielką, ale zarazem radosny powrót do życia. Po chwili począłem mówić, i mówiłem spokojnie i łagodnie, nie tylko jak zakochany, ale jak przyjaciel najbliższy, który ma przede wszystkim na widoku szczęście drogiej istoty.

- Nie chcesz iść na bezdroża - rzekłem - ale i ja już nie będę usiłował sprowadzić cię z twojej drogi. Tyś mnie zmieniła, a i te wszystkie męki, którem przeszedł, przerodziły mnie także. Zrozumiałem przez ciebie, że inna rzecz jest pożądać, a inna kochać. Nie przyrzekam ci, że cię przestanę kochać, bo nie mogę, i skłamałbym zarówno tobie, jak sobie, gdybym ci to obiecywał. W tobie jest moje życie. Mówię ci to nie w żadnej egzaltacji, ale jak człowiek, który umie patrzeć w siebie i który wie dobrze, co jest złudzenie, a co prawda. Ale będę cię tak kochał, jakbyś już umarła i jakbym kochał twoją duszę. Czy ty się na to zgodzisz, moja Anielko? Jest to miłość ogromnie smutna, ale anielska. Taką możesz przyjąć i taką możesz mi odpłacić. Ja ci ją ślubuję w tej chwili, i ta przysięga jest dla mnie równie ważna, jakbym ją składał przed ołtarzem. Nigdy nie ożenię się z żadną inną kobietą, będę żył dla ciebie tylko i moja dusza będzie twoja. Ty także kochaj mnie tylko tak, jakbym już umarł. O nic więcej cię nie błagam, ale tego mi nie odmawiaj, bo to nie jest żaden grzech. Jeśli o tym wątpisz, to się na spowiedzi rozpytaj. Wszak ty czytałaś Danta? Przypomnij sobie, że on był żonaty, a jednak kochał Beatryczę taką właśnie miłością, jakiej ja chcę od ciebie; wyznawał to uczucie głośno, a jednak Kościół uważa jego poemat niemal za święty. Jeśli masz w duszy dla mnie takie uczucie, to mi daj swoją rękę i niech odtąd będzie między nami wieczny spokój i wieczna zgoda. Anielka podała mi po chwili milczenia rękę.

- Ja taką przyjaźń - rzekła - zawsze miałam dla ciebie i z całej duszy, z całego serca ci ją przyrzekam. Mnie, szczerze mówiąc, zabolał ten wyraz: przyjaźń. Dla mnie był on za mały, i

wydało mi się, że jest także za mały dla tej chwili. Zmilczałem jednak. Ją -

pomyślałem w duszy - wyraz: miłość jeszcze przestrasza; ona musi się do niego przyzwyczaić, więc skoro rzecz jest ta sama, czy warto, abym dla nazwy zakłócał tę zgodę i to szczęście, jakieśmy nareszcie wydobyli z całych pokładów nieporozumień, goryczy, zmartwień, udręczeń? Oboje jużeśmy tak zmęczeni i tak nam należy się wypoczynek, że warto coś dla niego poświęcić. Był to zresztą cień, który zniknął przy świetle tej myśli, że ta ukochana istota należy jednak do mnie i że jest to moja żona duchowa i wierna. Byłbym oddał nie

wiem co za to, gdybym mógł na wyraźne pytanie: "Czy ty jesteś moja?" - usłyszeć jej twierdzącą odpowiedź. I pytałbym sto razy na dzień, i nigdy bym nie miał

dosyć odpowiedzi - ale w tej chwili bałem się ją zastraszyć. Ja, który wszystko potrafię wyrozumieć, nie miałżebym wyrozumieć tego, że są słowa, które chociaż odbijają rzeczywistość istniejącą i uznaną, przechodzą jednak z trudnością przez usta kobiety, i jeszcze takiej kobiety jak Anielka. Wszakże to wszystko, co ona mówiła, było wyznaniem, że mnie kocha, wszakże zgodziła się na to, żeby dusze

nasze należały do siebie - czegoż mogłem sobie życzyć więcej? Doszedłszy do Schreckbrücke, wróciliśmy do domu. Po drodze rozglądaliśmy się w nowym naszym położeniu tak, jak ludzie rozglądają się w nowym domu, i próbowaliśmy się do niego przyzwyczaić. Nie obeszło się to bez pewnych usiłowań, które krępowały cokolwiek naszą swobodę. Lecz mnie i to cieszyło, bo mi się zdawało, że to tak jest, jak bywa w pierwszych godzinach po ślubie, gdy nowożeńcy czują się na wieki związani, a jeszcze nie są ze sobą oswojeni. Mówiłem z nią jednak wiele o nas obojgu. Tłumaczyłem jej całą czystość i świętość takiego stosunku, jakim miał być nasz. Starałem się natchnąć ją ufnością i spokojem. Ona też słuchała mnie z twarzą pogodną i jasną, zwracając co chwila ku mnie swoje śliczne oczy. Pogoda na świecie odpowiadała pogodzie naszych dusz. Słońce już zaszło. Alpy okryły się zwykłą swoją wieczorną purpurą, której blask odbijał się na jej twarzy. Podałem jej ramię, które przyjęła, i szliśmy razem.

Nagle spostrzegłem, że ona ociąga się, idąc tak, jakby się czegoś bała - i że przy tym pobladła jak płótno. Trwało to jedną chwilę, ale było tak widoczne, że sam przestraszyłem się o nią ogromnie i począłem wypytywać co jej jest? Z początku nie chciała mi nic powiedzieć, lecz gdym począł bardzo nalegać, przyznała się, to ów nieszczęśliwy kretyn przyszedł jej na myśl i że przez chwilę była pewna, iż on znów ukaże się niespodzianie.

- Sama nie wiem dlaczego - rzekła - ale zrobił na mnie okropne wrażenie - i wstyd mi się do tego przyznać, że mam takie niemądre nerwy. Nie mogę go zapomnieć i za nic nie chciałabym go znów zobaczyć. Uspokoiłem ją, że przy mnie nic jej nie grozi. Ona mimo woli spoglądała jeszcze czas jakiś niespokojnie na boki drogi, wkrótce jednak dalsza nasza rozmowa zatarła w niej to przykre wrażenie. Mrok już zapadał, gdy przyszliśmy do wodospadów, ale wieczór był wyjątkowo ciepły. Na placu przed Straubingerem mnóstwo ludzi słuchało jakichś wędrownych harfiarek. Nie wiem, dlaczego ten zapadły wąwóz górski robił mi dnia tego wrażenie Włoch. Przypomniałem sobie, jak niegdyś, chodząc wieczorami po Pincio w Rzymie, rozmyślałem, jaki byłbym szczęśliwy, gdybym miał koło siebie Anielkę. Teraz czułem jej rękę, wspartą na moim ramieniu, a jeszcze bardziej czułem jej duszę przy swojej. W zgodzie, pełni ukojenia i słodyczy, poszliśmy do domu. 10 sierpnia. Zastanawiałem się dziś cały dzień nad słowami, które Anielka powiedziała do mnie przy Schreckbrücke. Uderzył mnie szczególnie ten jeden okrzyk, który wyrwał się z jej ust: "Ty nie wiesz, jaka ja jestem nieszczęśliwa!" Ile w tym było głębokiej boleści i skargi, jakie mimowolne przyznanie, że ona męża nie kocha, że nie może go kochać, a na koniec, że serce jej, wbrew wszelkim wysiłkom woli, należy do mnie. Jeśli tak jest, to ona równie była nieszczęśliwa jak ja. Mówię: była, bo dziś już nie jest. Dziś może sobie powiedzieć: Dotrzymam mu wiary,

pozostanę zawsze uczciwą - a resztę zdać na wolę bożą. 11 sierpnia. Przyszło mi do głowy, że ja nie miałem prawa wymagać i oczekiwać od niej, by mi poświęciła wszystko. To nieprawda, że dla miłości wszystko się poświęca. Gdybym ja, na przykład, miał jakie zajście z Kromickim i gdyby ona w imię naszej miłości kazała mi klęknąć przed nim i na kolanach prosić go o przebaczenie, to bym tego nie uczynił. Jest to niedorzeczne i fantastyczne przypuszczenie, a jednak na samą myśl o tym krew napływa mi do głowy. Nie, Anielko, ty masz słuszność, że są rzeczy, których dla miłości nie można i nie wolno poświęcać. 12 sierpnia. Byliśmy dziś rano na Windischgraetzhoehe. Piechotą idzie się tam trzy kwadranse, więc wystarałem się dla Anielki o konia, którego prowadziłem za uzdę. Idąc opierałem jedną rękę na karku końskim, przy czym dotykałem jej sukni. Przy wsiadaniu ona przez chwilę wsparła się na mnie i natychmiast ozwał się we mnie dawny człowiek. Chcąc go w sobie zabić, musiałbym zniszczyć własne ciało i zostać tylko duchem. Jam się zobowiązywał trzymać moje zmysły i moje porywy na

wodzy - i trzymam, ale nie zobowiązywałem się ich nie mieć, tak dobrze, jak nie mógłbym się zobowiązać, że nie będę oddychał. Gdyby dotknięcie ręki Anielki nie wstrząsało mną silniej jak dotknięcie kawałka drzewa, byłby to znak, że jej już nie kocham, a wówczas wszelkie zobowiązania byłyby niepotrzebne. Mówiąc Anielce, żem się pod jej wpływem przerodził, nie chciałem kłamać, ale nie określiłem dokładnie tego, co się ze mną stało. Naprawdę, jam się tylko opanował. Wyrzekłem się zupełnego szczęścia, by posiąść choć jego połowę. Wolałem mieć Anielkę w ten sposób niż nie mieć jej wcale, i sądzę, że każdy, kto wie, co to jest kochać kobietę, zrozumie mnie z łatwością. Jeśli namiętności są, jak mówią poeci, psami, tom ja te psy pouwiązywał i będę je morzył głodem, ale nie w mocy mojej zabronić im, by nie targały za powrozy i nie wyły.

Wiem dobrze, com przyrzekł - i dotrzymam - bo zresztą muszę. Wobec niezłomności Anielki nie ma miejsca na moją złą lub dobrą wolę. Wystarczy jako hamulec dla mnie i obawa, by mi nie odjęto tego nawet, co mi przyznano. Raczej przesadzam teraz w ostrożności, by nie spłoszyć tego ptaka, który dla mnie zwie się: duchową miłości a dla niej: przyjaźnią. Pamiętam to jej wyrażenie, bo było ono jak małe ukłucie, które zrazu nieznaczne, zaczyna się później jątrzyć. Na razie wyraz wydał mi się za mały, teraz wydaje mi się nadto przezorny i zbyt pełen zastrzeżeń. Jaką dziwną cechą natury kobiecej jest ten strach przed nazwaniem istoty rzeczy po imieniu! Jam przecie jasno powiedział Anielce, o co ją błagam, i ona zrozumiała równie jasno, a jednak nazwała to uczucie przyjaźnią, jakby chcąc w danym razie zasłonić się przede mną, przed sobą i przed Bogiem. Prawda, z drugiej strony, że takie oderwane od ziemi uczucia można chrzcić, jak się komu podoba. Jest dużo goryczy i smutku w tej myśli. Ta przezorność, właściwa kobietom bardzo czystym, płynie niezawodnie z ich ogromnej wstydliwości, ale nie pozwala im być wspaniałomyślnymi. Mógłbym oto przyjść do Anielki i powiedzieć jej: "Bądź co bądź jam się wyrzekł dla ciebie połowy mojej istoty, a ty mi odmierzasz wyrazy; czy to się godzi?" I w duchu mówię jej to z wielkim żalem. Miłość tak trudno zrozumieć bez wspaniałomyślności, bez chęci przyniesienia czegokolwiek na ofiarę. Dziś na Windischgraetzhoehe rozmawialiśmy jak dwie istoty bliskie, przyjazne, kochające się, ale ostatecznie tak samo mogło rozmawiać kochające się rodzeństwo. Gdybyśmy odbyli taką wycieczkę przed naszym układem przy Schreckbrücke, byłbym próbował całować jej ręce, nogi, byłbym starał się niechybnie pochwycić ją choć na chwilę w ramiona dziś zaś szedłem spokojnie, patrząc jej w oczy jak człowiek, który się boi każdego zmarszczenia brwi. Co więcej, nie mówiłem prawie nic, nawet o tej naszej duchowej miłości. Po części wstrzymywałem się umyślnie, sądząc, że zaskarbię sobie tym jej ufność i łaskę. Przez to milczenie chciałem jej powiedzieć: Nie zawiedziesz się na mnie; raczej

pozwolę sobie mniej, niż mi wolno - niżbym miał złamać naszą umowę. Trochę się jednak człowiek czuje pokrzywdzony, gdy jego ofiarę przyjmują równie chętnie i skwapliwie, jak on ją przynosi. Mimo woli mówi się wówczas w duszy kochanej istocie: Teraz ty nie daj się prześcignąć.

I ja to mówiłem - ale na próżno. Co z tego wypada? Oto pewien zawód dla mnie. Sądziłem, że gdy podobny układ stanie między nami, to już będę w jego zakresie swobodny jak ptak, że będę powtarzał słowo "kocham" od rana do wieczora i od rana do wieczora będę je słyszał, że sobie zapłacę za wszystkie męki, za cały ten czas istotnych cierpień, że będę królem w tym moim królestwie; tymczasem dotychczas tak się jakoś składa, że mój widnokrąg się zacieśnia, a w duszy powstaje wątpliwość, streszczająca się w pytaniu: coś ty zyskał? Ale staram się ją odpędzić. Nie! coś jednak zyskałem. Zyskałem widok jej szczęśliwej i rozpromienionej twarzy, zyskałem jej uśmiech, zyskałem to, że jej przezroczyste oczy śmiało zanurzają się spojrzeniem w moich. Jeśli mi dotąd ciasno i nieswojo w tym nowym domu, to dlatego, że nie umiem jeszcze w nim mieszkać.

Zresztą, byłem dawniej bez dachu nad głową - i jeśli nie widzę jasno, com zyskał, wiem za to doskonale, żem nic nie mógł stracić. O tym nie zapomnę nigdy. 14 sierpnia. Ciotka poczyna mówić o powrocie. Coraz jej bardziej tęskno bez Płoszowa. Pytałem

się Anielki, czy chętnie powróci. Powiedziała, że tak - więc i mnie już pilno. Dawniej przywiązywałem zawsze jakieś dziwne i niewytłumaczone nadzieje do zmiany miejsca. Teraz niczego się już nie spodziewam, ale w tym Płoszowie tyle jest dobrych wspomnień, że z radością go zobaczę. 16 sierpnia. Dnie poczynają mi płynąć jednostajniej. Rozmyślam i wypoczywam. Rozmyślania moje często bywają smutne, czasem nie pozbawione goryczy, ale dusza moja była już tak zmęczona, że lubuję się w tym wypoczynku. Przez niego głównie odczuwam, o ile mi jest jednak lepiej, niż było przedtem. Dużo teraz jesteśmy razem z Anielką; czytamy i rozmawiamy o tym, cośmy przeczytali. Wszystko, co mówię, jest tylko określeniem naszej miłości, rozwinięciem jej, wszystko się do niej odnosi, ale dziwna rzecz, spostrzegam, iż prawie nigdy nie mówię wprost o niej, jakby ten kobiecy strach nazywania rzeczy po imieniu udzielił się i mnie. Sam nie wiem,

dlaczego tak jest, ale tak jest. I martwi mnie to, czasem nawet martwi bardzo - i raduje, bo widzę, że Anielka z tego zadowolona, i co więcej, czuję, że mnie za to kocha. Chcąc wytworzyć między nami jak najściślejszy związek duchowy, począłem z nią mówić o sobie; myślałem, że po naszym układzie nie powinienem mieć dla niej nic skrytego. Zamilczałem przed nią tylko o takich sprawach, które mogły obrażać delikatność jej uczuć i czystość jej myśli, ale próbowałem natomiast wcielić ją w ten mój dramat wewnętrzny płynący ze sceptycyzmu i z braku jakiejkolwiek podpory życiowej. Powiedziałem otwarcie, że nie mam nic na świecie prócz jej duszy. Opowiadałem przy tym, co się ze mną działo po jej zamążpójściu, przez jakie zmiany i wstrząśnienia przechodził mój umysł i moje serce od czasu powrotu do Płoszowa, a opowiadałem tym chętniej, że to był, pod pozorem zwierzeń, szereg wyznań, że to wszystko znaczyło: kochałem cię i kocham zawsze nade wszystko. Ją złudził ten pozór zwierzeń i słuchała tego, jakby nie o

niej była mowa - ze wzruszeniem, współczuciem, a może i z nieświadomą rozkoszą. Widziałem, jak jej oczy zachodziły nieraz łzami, jak jej pierś wzbierała; jak cała jej istota duchowa szła ku mnie z otwartymi ramionami, jakby mi chcąc powiedzieć: Chodź, bo ci się należy trochę szczęścia! Widząc to, mówiłem jej oczami: Ja sam już się o nic nie upomnę i zdaję wszystko na twoją łaskę. Czyniłem te zwierzenia jeszcze i dlatego, by zaprowadzić między nami ten zwyczaj, by wszczepić w Anielkę poczucie, że w naszym stosunku tak być powinno. Chciałem ją zmusić niejako, by odpłaciła mi wzajemnością i opowiedziała mi także, co się działo przez cały ten czas w jej głowie i sercu. Ale nie mogłem tego dokazać. Próbowałem pytać, lecz słowa przechodziły jej przez usta z taką trudnością, taki znać było po niej przymus, żem pytać poniechał. Ona, chcąc być zupełnie otwartą, musiałaby mówić, co czuła dla mnie i jaki był jej stosunek do

męża. Ja właśnie chciałem ją do tego przywieść - ale na to nie pozwalała, po pierwsze, jej wstydliwość, po wtóre, uczucie lojalności względem Kromickiego. Rozumiem te rzeczy doskonale, a jednak nie mogę się obronić wielkiej przykrości; mój pesymizm mówi mi bowiem: Ty wyłącznie ponosisz koszta stosunku; ty dajesz jej wszystko, a otrzymujesz w zamian prawie nic; łudzisz się, że jej dusza jest

twoją, tymczasem nawet ta dusza pozostaje dla ciebie zamkniętą - co więc właściwie posiadasz?

Uznaję prawdę tego głosu - i liczę tylko jeszcze na przyszłość. 17 sierpnia. Częstokroć przypominają mi się teraz słowa Mickiewicza: "I doznałem, niestety, tylko półzbawienia". Ale gdybym nawet w tym półzbawieniu nie widział tych licznych braków, które widzę, jeszcze bym nie doszedł do zupełnego spokoju. Byłoby to możliwe tylko w takim razie, gdybym nie pożądał niczego więcej, to jest, gdybym przestał kochać. Coraz częściej przychodzą na mnie chwile zniechęcenia, w których sobie powiadam, że jestem tylko w nowym kole błędnym.

Doznałem ulgi w tej męce, której już nie mogłem wytrzymać - to prawda! Ale ulga w bólu nie jest jego usunięciem. Gdy spragniony Arab w pustyni bierze do ust kamyki zamiast wody, nie gasi przez to pragnienia, tylko je oszukuje. Pytanie: czy ja nie oszukuję siebie? Znowu jest we mnie dwóch ludzi: widz i aktor, i znów pierwszy poczyna drugiego krytykować, a często z niego drwić. Ten Płoszowski sceptyk, ten Płoszowski, który nie ma zupełnej i niezachwianej wiary w istnienie duszy, a zakochany tylko w duszy, wydaje mi się śmiesznym. Co to jest ten nasz stosunek? Czasem widzę w nim tylko sztuczny płód mojej chorej egzaltacji. Teraz dopiero jestem naprawdę jak ów ptak, który wlecze jedno skrzydło po ziemi. Skazałem na paraliż pół własnej istoty, żyję tylko półżyciem i nakazuję sobie kochać tylko połową miłości. Próżny nakaz! Oddzielić pożądanie od kochania jest takim samym niepodobieństwem, jak oddzielić myślenie od bytu. Mogę myśleć tylko jako człowiek, tak samo i kochać mogę tylko jako człowiek. Nawet uczucia religijne, najidealniejsze ze wszystkich, objawiają się przez słowa, klęczenie, całowanie rzeczy świętych; jam zaś chciał, żeby miłość do kobiety wyrzekła się wszelkiego wcielenia, wszelkiego związku z ziemią i istniała na świecie w sposób zaświatowy.

Czym ona jest? - pożądaniem i dążeniem. Com ja usiłował jej odjąć? - pożądanie i dążenie. Tak samo mógłbym przyjść do Anielki i powiedzieć jej: Ponieważ cię kocham nad wszystko, więc ci przyrzekam, że cię nie będę kochał. Jest w tym jakaś ogromna omyłka. Byłem istotnie tak zabłąkany jakby w pustyni, więc nic dziwnego, żem dojrzał fatamorgana. 18 sierpnia. Wczoraj zmęczyły mnie i pognębiły różne myśli. Nie mogłem spać, żeby zaś nie drażnić się więcej, przestałem zstępować w głębie pesymizmu, a począłem myśleć o Anielce i wyobrażać ją sobie. Przynosi mi to zawsze ulgę. Natężona wyobraźnia przedstawia mi Anielkę jak żywą, tak iż chce mi się do niej przemówić. Przypomniałem sobie ową zabawę, w czasie której ujrzałem ją po raz pierwszy jako dorosłą pannę. W pamięci mojej odcisnął się taki dokładny obraz, jakby to było wczoraj. Pamiętam białą suknię przybraną fiołkami, nagie ramiona, tę twarz, nieco za drobną, ale świeżą jak poranek, a tak oryginalną przez śmiały rysunek brwi, niezwykłą długość rzęs i obfitość puszku na bokach twarzy! Zdaje mi się, że słyszę jeszcze jej głos pytający: "Nie poznajesz mnie, Leonie?" Napisałem w swoim czasie, że twarz ta czyniła na mnie wrażenie muzyki przetłumaczonej na rysy ludzkie. Był w niej jednocześnie urok dziewczyny i ponętnej kobiety. Nigdy żadna inna nie pociągała mnie silniej ku sobie, i trzeba było oddalenia, trzeba było katastrofy rodzinnej, trzeba było takiej Cyrce jak Laura, żebym sobie pozwolił zabrać tę moją wybraną i prawie już narzeczoną. Nikt w świecie nie

odczuwa lepiej ode mnie, że słowa: "Twój czar nade mną trwa" - mogą nie należeć do poetycznych urojeń, ale być ciężką rzeczywistością. Jej czar nade mną trwa. Ja ją nie tylko kocham, nie tylko jej pragnę, ale ją najmocniej lubię; ona napełnia po brzegi wszystkie moje upodobania, wszystkie wyobrażenia o kobiecym wdzięku, uroku, ona mnie pociąga ku sobie z taką niewytłumaczoną siłą, z jaką magnes pociąga żelazo. I nie może inaczej być: przecie to ta sama Anielka; nie zmieniła się nic! To ta sama twarz dziewczynki z ponętami kobiety, to samo spojrzenie, te same rzęsy, brwi, usta, ramiona, ta sama wysmukła postać. Teraz ona ma tylko jeden więcej urok: raju utraconego. Ale za to, co za olbrzymia przepaść między naszym dawnym stosunkiem a dzisiejszym! Kiedy sobie przypomnę tę dawną Anielkę, która oczekiwała jak zbawienia, żebym

jej powiedział: "Bądź moją" - prawie mi się nie chce wierzyć, żeby takie czasy mogły niegdyś istnieć. Myśląc o tym mam uczucie, jakie musi mieć zrujnowany magnat, który w latach blasku rozrzucał pieniądze na wszystkie strony i dziwił świat, a któremu później przyszło żyć z łaski i jałmużny. Tej nocy, gdym rozmyślał o Anielce i wpatrywał się w nią oczyma duszy, przyszło mi do głowy, że nie istnieje żaden jej portret, i nagle opanowała mnie nieprzeparta chęć posiadania jej podobizny. Chwyciłem się tej myśli oburącz i tak mnie ona uszczęśliwiła, że wobec niej odechciało mi się spać do reszty.

"Będę cię miał - mówiłem - będę mógł przyjść, ucałować twoje ręce, oczy, usta - a ty nie odpędzisz mnie od siebie". Począłem zaraz rozmyślać, jak to przeprowadzić. Nie mogłem przyjść do Anielki i powiedzieć jej: Każ zrobić swój

portret, a ja poniosę koszta - ale z ciotką robiłem zawsze, com chciał, i mogłem ją namówić, by ona objawiła chęć posiadania portretu Anielki. W Płoszowie istnieje cała galeria portretów rodzinnych, stanowiących dumę ciotki, a moją

rozpacz, niektóre bowiem są okropne - ciotka jednak bardzo stoi o to, by tam nikogo bliższego nie brakło. Wziąwszy na uwagę jej głębokie przywiązanie do Anielki, byłem pewien, że ją nawet uraduję podsunąwszy myśl o portretowaniu Anielki. Z tej strony pięć minut rozmowy wystarczało i sprawę można było uważać za skończoną; począłem więc tylko zastanawiać się nad tym, komu powierzyć wykonanie portretu. Z westchnieniem pomyślałem, że w żadnym razie nie namówię tych pań do Paryża, gdzie miałbym wybór między dokładnością i obiektywizmem Bonnata, zuchwałym rozmachem Karolusa Duran i słodyczą Chaplaina. Przymknąwszy oczy wyobrażałem sobie, jak każdy z nich wywiązałby się z zadania, i lubowałem się wyobrażeniem. Ale zresztą nie było to możliwe do przeprowadzenia. Przewidywałem, że ciotka zechce, by Anielkę malował polski malarz. Nie miałbym nic przeciw temu, albowiem przypomniałem sobie, że na wystawach w Warszawie i Krakowie widziałem kilka portretów wiele nie gorszych od sławnych płócien zagranicznych. Przestraszała mnie tylko zwłoka. Pod względem zachceń, jak pod wielu innymi, mam usposobienie kobiece: gdy o czym pomyślę dziś, chcę, by to się stało jutro. Ponieważ byliśmy w Niemczech, w pobliżu Monachium i Wiednia, zacząłem więc przebierać myślą między niemieckimi malarzami. Wyłowiłem nareszcie dwa nazwiska: Lenbach i Angeli. Lenbacha widziałem znakomite portrety, ale tylko męskie, zresztą gniewała mnie jego pewność siebie i pobieżność, na którą, jako rozmiłowany we francuskim malarstwie, pozwalałem tylko Francuzom. Twarze kobiece Angelego również nie zadowalały mnie całkowicie, ale bądź co bądź musiałem mu przyznać delikatną rękę, a takiej właśnie wymagała twarz Anielki. Przy tym do

Lenbacha trzeba by zbaczać, Angeli był po drodze - okoliczność, o której wstyd mówić człowiekowi, nie chcącemu uchodzić za filistra! Ale tym razem chodziło mi

o czas. "Umarli prędko jadą" - powiada poeta - ale rozkochani jeszcze prędzej. Zresztą i tak byłbym wybrał Angelego, więc ostatecznie postanowiłem, że on będzie malował portret Anielki. W ogóle nie lubię portretów w balowych sukniach, ale Anielkę postanowiłem koniecznie mieć w białej z fiołkami. Wolę, bym patrząc na nią miał złudzenie, że ona jest moją dawną Anielką. Nie chcę niczego, co by mi przypomniało, że jest panią Kromicką. Przy tym taka suknia jest mi droga, jako wspomnienie. Nie mogłem się doczekać końca nocy, tak mi było pilno pomówić z ciotką. Zmieniłem jednak zamysł. Pomyślałem, że jeśli ciotka każe robić portret, będzie

się bardzo upierała przy polskim malarzu - postanowiłem więc, że to ja ofiaruję ciotce podobiznę Anielki na imieniny, które przypadają w końcu października. W ten sposób Anielka nie może odmówić. Oczywiście każę zrobić drugi egzemplarz dla siebie. Nie spałem prawie wcale, ale liczę tę noc do dobrych, bo wszystkie godziny miałem wypełnione owymi zamysłami. Zdrzemnąłem się dopiero koło piątej, ale o ósmej byłem już na nogach. Poszedłem do Straubingera i wysłałem depeszę do biura Künstlerhausu z zapytaniem, czy Angeli jest w Wiedniu; potem, wróciwszy do domu na herbatę, zastałem te panie już przy stole i przystąpiłem wprost do rzeczy.

- Anielko - rzekłem - muszę się przyznać do jednej winy względem ciebie: oto dzisiejszej nocy, zamiast spać, rozporządzałem twoim losem, a teraz zanoszę prośbę, byś się na te rozporządzenia zgodziła. Anielka spojrzała na mnie z pewnym przestrachem. Może jej przyszło do głowy, że tracę zmysły albo że zdobywam się na jakąś desperacką otwartość wobec starszych pań; widząc jednak moją twarz spokojną, a nawet obojętną, spytała:

- Cóżeś to o mnie postanowił? Ja zaś zwróciłem się do ciotki:

- Chciałem z początku, żeby to była niespodzianka - rzekłem - ale widzę, że to żadną miarą nie da się przeprowadzić, wolę więc otwarcie cioci powiedzieć, jakie wiązanie obmyśliłem jej na imieniny. I powiedziałem, o co mi chodzi. Ciotce, która mój portret, i to bardzo dobry,

miała już od lat trzech - nie mogłem istotnie zrobić milszego podarunku, więc też dziękowała mi odpowiednio. Uważałem, że i Anielka była uradowana, a to jedno starczyło mi za wszystko. Zaraz też poczęliśmy bardzo żywą rozprawę, kiedy i przez kogo portret będzie malowany, jak Anielka powinna być ubrana itp. Takimi rzeczami kobiety interesują się nadzwyczajnie. Miałem też gotowe odpowiedzi na wszelkie pytania, przy tym spostrzegłem, że mogę pod pozorem portretu zyskać coś jeszcze prócz portretu.

- Nie zajmie to dużo czasu - mówiłem. - Depeszę z zapytaniem o Angelego już posłałem, i nie sądzę, żeby nasz wyjazd do Płoszowa miał się z powodu portretu bardzo opóźnić. Anielka da Angelemu cztery lub pięć posiedzeń, że zaś i tak mieliśmy zabawić kilka dni w Wiedniu dla Notnagla, więc to prawie na jedno wypadnie. Suknię może Angeli odmalować później na modelu, twarz zaś w pięciu posiedzeniach może skończyć. Trzeba tylko zaraz posłać fotografię Anielki, tę na przykład, którą ciotka Celina ma ze sobą i promień jej włosów. O włosy będę

zaraz Anielkę prosił. Zanim przyjedziemy, Angeli zrobi ogólny zarys, podmaluje - a potem będzie tylko kończył. Mogło do pewnego stopnia tak być, jak mówiłem, prosząc jednak o promień włosów Anielki, liczyłem na to, że żadna z tych pań nie zna się dokładnie na procedurze

malowania portretów - promień ów bowiem chciałem mieć dla siebie, nie dla Angelego, któremu mógłby on się na coś przydać wyłącznie w takim razie, gdyby portret miał być malowany tylko z fotografii, czego by znów Angeli nie chciał się podjąć. Ale ja przedstawiłem rzecz tak, jakby od tego pukla zależały losy portretu. W dwie godziny po śniadaniu otrzymałem odpowiedź na moją depeszę: Angeli bawił w Wiedniu, gdzie kończył portret księżny M. Napisałem do niego zaraz i dołączyłem fotografię Anielki, którą zabrałem pani Celinie; potem, widząc Anielkę przechadzającą się po ogrodzie willi, zeszedłem do niej.

- A twoje włosy? - rzekłem. - Chcę przed drugą wysłać list. Ona pobiegła do siebie i po chwili wróciła z promykiem włosów. Mnie trochę ręka drżała, gdym go od niej odbierał, ale patrzyłem jej prosto w oczy i pytałem spojrzeniem: Czy ty się domyślasz, że ja dla siebie chcę twoich włosów, że one będą dla mnie czymś najdroższym ze wszystkiego, co posiadam? Anielka nie odrzekła nic, ale spuściła powieki i zaczerwieniła się jak dziewczyna, która pierwszy raz w życiu słyszy wyznanie. Odgadła! Ja pomyślałem, że za jedno dotknięcie ustami jej ust zupełnie by było warto oddać życie. Miłość dla niej potęguje się we mnie czasem do tego stopnia, że przechodzi w ból.

Mam teraz cząstkę i jej fizycznej istoty. Zdobyłem ją podstępem. Ja - życiowy

przechera, ja - sceptyk, ja - który w każdej chwili widzę się i analizuję, zdobywam się na podstępy, czyny i uczucia Goethowskiego Siebla. Ale mówię sobie: w najgorszym razie jestem sentymentalny i śmieszny. Kto wie, czy nie stokroć głupszy, śmieszniejszy i nędzniejszy jest we mnie ten drugi, niesentymentalny człowiek, który wszystko doprowadza do świadomości i rozbiera. Analiza jest czymś podobnym do oskubywania kwiatu. Psuje się przez nią

najczęściej piękność życia - a zatem i szczęście, czyli to, co jedynie ma sens. 22 sierpnia. Po ukończeniu kuracji pani Celiny czekaliśmy całe tygodnie, aż upały w równinach przeminą, i doczekaliśmy się okropnej niepogody. Teraz znów czekamy na pierwszy jaśniejszy dzień, by wyruszyć do Wiednia. Od trzech dni panują tu egipskie ciemności. Chmury, które już na tydzień przedtem zbierały się na szczytach, wysiadując tam śniegi i deszcze, spełzły z owych wysokich gniazd i spuściwszy się na Gastein, pokryły swoim ociężałym łonem całą dolinę. Żyjemy w takiej mgle, że w południe trudno trafić do naszej willi od Straubingera. Wszystko przesłonięte: domy i drzewa, góry i wodospady. Kształty stopiły się i znikły w jednym białawym, wilgotnym tumanie, który ciąży na rzeczach, a poniekąd i na duszach. Od godziny drugiej po południu siedzimy przy zapalonych lampach. Moje panie kończą się pakować. Bylibyśmy już wyjechali mimo mgły, gdyby nie to, że strumienie górskie popsuły w jednym miejscu za Hofgasteinem drogę. Pani Celinie wróciła migrena; ciotka otrzymała list od starego Chwastowskiego o przebiegu żniw, wskutek czego przechadzała się przez większą część dnia wielkimi krokami po jadalnym pokoju, rozprawiając z Chwastowskim i łając go. Anielka dziś z rana była bardzo mizerna. Przyznała się nam; że z wieczora przyśnił się jej ów kretyn, którego spotkaliśmy po drodze do Schreckbrücke. Zbudziwszy się nie mogła już zasnąć i resztę nocy spędziła w nerwowym strachu. Dziwna rzecz, jakie wrażenie uczynił na niej widok tego nieszczęśliwego. Starałem się zatrzeć je wesołą rozmową, co mi się w części udało, od czasu bowiem naszego układu przy Schreckbrücke Anielka jest nierównie weselsza, spokojniejsza i szczęśliwsza. Ja zaś, wobec tego, nie mam nawet odwagi szemrać, choć nieraz przychodzi mi do głowy, że stosunek między nami polega na tym, że go nie ma. Zawierając układ wiedziałem dokładnie, czegom chciał i jakie nasze uczucie przybierze kształty; a teraz owe kształty rozpraszają się, stają się coraz bardziej nieuchwytne i nieokreślone, jakby przesłaniała je taka sama mgła, jaka w tej chwili przesłania Gastein. Mam ciągłe poczucie, że mi Anielka nie przyznaje tego, co mi się należy, a nie śmiem się o nic upomnieć. Nie śmiem może dlatego, że każda walka nuży, a cóż dopiero walka z osobą kochaną; ja zaś prowadziłem ją od pół roku i nic zgoła nie wywalczywszy wyczerpałem się do tego stopnia, że obecnie wolę byle jaki spokój niż dawne bezowocne wysiłki. Lecz może jest i drugi powód. Jeśli ten stan rzeczy nie odpowiada moim oczekiwaniom, widzę jednak, że on zjednywa mi Anielkę. Jej się wydaje, że ja ją kocham teraz szlachetniej, więc i ona ceni, nie śmiem powiedzieć: kocha, mnie za to więcej. Mimo zupełnego braku objawów zewnętrznych czuję, że tak jest, i to dodaje mi sił, albowiem mówię: Ponieważ w ten sposób jej uczucie wzrasta, więc wytrwaj, więc się go trzymaj, a może doczekasz czasu, w którym ono przerośnie jej siłę oporną. Ludzie w ogóle, a zwłaszcza kobiety, sądzą, że tak zwana miłość platoniczna jest jakimś osobnym gatunkiem miłości, niezmiernie rzadkim i niezmiernie szlachetnym. Jest to proste pomieszanie pojęć. Może istnieć platoniczny stosunek, ale miłość platoniczna jest takim samym nonsensem, jak np. nieświecące słońce. Nawet miłość dla osób zmarłych składa się z tęsknoty zarówno za ich duszą, jak za ich ziemską

postacią. Między żyjącymi tego rodzaju stosunek - to rezygnacja. Ja nie chciałem kłamać mówiąc Anielce: Będę cię tak kochał, jakbyś już umarła. Ale rezygnacja nie wyłącza nadziei. Mimo tylu zawodów, mimo całego przeświadczenia, że wszelka nadzieja jest płonną, na dnie serca miałem i mam nadzieję, iż nasz dzisiejszy stosunek to tylko etap na drodze naszej miłości. Mogę sobie sto razy powtarzać:

"złudzenie! złudzenie" - nie umiem się jednak pozbyć nadziei, póki nie pozbędę się pragnień. Te rzeczy są nieodłączne. Zgodziłem się na taki stosunek, bom musiał, bo wolałem taki niż żaden, ale mimo całej szczerości, prawie mimo woli uważam go za moją grę, za moją dyplomację, której celem jest zupełne, nie połowiczne szczęście. Co mnie jednak zastanawia, dziwi i martwi, czego po prostu nie rozumiem, to, że

ja i na tej drodze jestem pobity. Zwycięstwa moje leżą w mgle przyszłości - i są podobne do jakichś majaków, do ułudy, tymczasem w czasie obecnym ja, z całą moją przebiegłością, z całą znajomością życia, uczuć, ich dyplomacji, zostałem po prostu pobity przez tę istotę nieskończenie prostszą ode mnie, mniej świadomą taktyki życiowej, mniej przezorną i mniej obliczającą każdy krok. Zostałem

pobity - nie ma gadania! Czym bowiem jest nasz obecny stosunek? Oto, w rzeczywistości, stosunkiem kochającego się rodzeństwa, zatem tym, czego ona

chciała, a czego ja - nie chciałem. Dawniej płynąłem z burzą i rozbijałem się ustawicznie, alem przynajmniej sam sterował moją łodzią. Teraz Anielka steruje

obiema - i płynę ciszej, równiej, tylko ja czuję, że płynę tam, dokąd sobie płynąć nie życzę. Teraz rozumiem, dlaczego zaledwiem jej wspomniał o miłości Danta do Beatryczy, wyciągnęła do mnie obie ręce. Dlatego, żeby mnie prowadzić! Czy ona lepiej i głębiej obrachowywa wszystko ode mnie? Nie! nie znam istoty mniej zdolnej do jakichkolwiek wyrachowań, więc nie mogę tego dopuścić; ale nie mogę także pozbyć się myśli, graniczącej z czymś mistycznym, że to tak wygląda, jakby ktoś obrachowywał za nią. Wszystko, co mnie otacza, jest jakieś dziwne. Dziwnym jest i to, że ja się daję ograniczać, żem sam wymyślił ten stosunek, taki przeciwny mojej naturze, moim poglądom, moim najgorętszym pragnieniom. Gdyby mi ktoś przed poznaniem Anielki powiedział, że ja wpadnę na tego rodzaju pomysły, poczytałbym go za wariata i miałbym przez jaki miesiąc temat do drwin i z takiego proroka, i z siebie

samego. Ja - w stosunku platonicznym! Jeszcze i teraz chce mi się czasem śmiać i drwić.Tylko czuję, że do tego doprowadziła mnie nędza. 23 sierpnia. Jutro wyjeżdżamy. Niebo się przeciera i wiatr wieje z zachodu, co wróży pogodę. Mgła pozwijała się w długie białawe wały, które wyciągnęły się po bokach gór i posuwają się z wolna, w poprzek stoków, na kształt olbrzymich lewiatanów. Chodziliśmy z Anielką na Kaiserweg. Z rana przyszło mi do głowy pytanie: co by się stało, gdyby ten stosunek, w jakim żyjemy, przestał samej Anielce wystarczać? Ja nie mam prawa przestąpić granicy i boję się; a nużby znów ona tak samo myślała? Wrodzona jej wstydliwość i nieśmiałość stanowiłyby i tak nieprzezwyciężoną dla niej przeszkodę, gdyby zaś jeszcze sądziła, że ją układ

tak samo zobowiązuje jak mnie - nie porozumielibyśmy się nigdy - i cierpielibyśmy nadaremnie. Zastanowiwszy się jednak nad tym głębiej, zrozumiałem całą czczość podobnych obaw. Ona, której nawet ten platoniczny stosunek wydaje się za obszernym, która go z wiedzą lub bez wiedzy zacieśnia, która w tych nawet granicach nie przyznaje mi tego, co mi się należy, miałaby się dobrowolnie, pierwsza, zgodzić na przyznanie mi większych praw?! A jednak dusza ludzka, chyba nawet i w piekle, będzie jeszcze żyła nadzieją. Mimo oczywistego niepodobieństwa postanowiłem ubezpieczyć się na wszelki wypadek

i powiedzieć Anielce, że układ obowiązuje tylko mnie - a zresztą wszystko zależy od jej łaski. Chciałem powiedzieć jej także wiele innych rzeczy, a mianowicie, że mi się krzywda dzieje, że dusza moja potrzebuje koniecznie i bezwarunkowo słyszeć z jej ust słowo: "kocham", i to nie raz, ale często, ale co dzień; że tym tylko może żyć i tym tylko utrzymać się na wysokościach. Ale Anielka była tego poranku tak wesoła, tak swobodna i tak serdeczna dla mnie, że zbrakło mi odwagi do zamącenia tej pogody. Wczoraj nie mogłem zrozumieć, dlaczego ta istota tak pełna prostoty opanowywa mnie i zwycięża nawet na tych polach, na których ja, według wszelkich

ludzkich pojęć, powinienem być zwycięzcą. Dziś mi to jest jaśniejsze - i mam gotową, bardzo smutną hipotezę: oto ja więcej ją kocham niż ona mnie. Znałem człowieka, który miał przysłowie: "Mniejsza o moje". Nie byłoby nic dziwnego, gdybym ja zaczął je teraz powtarzać. Bo jeśli czasem mam ochotę wyrzucić coś z siebie, co mi pali usta jak rozżarzony węgiel, a spostrzegam, że

mogę tym spłoszyć jej wesołość, jej uśmiech, zmienić jej dobre usposobienie - to i milczę. Ileż razy się tak zdarza! To, że ja ją więcej kocham niż ona mnie, przychodziło mi już ze sto razy do głowy, ale ja o tych stosunkach wczoraj myślę to, dziś owo, błąkam się, gubię, zaprzeczam sam sobie, każdą rzecz widzę co dzień inaczej. Raz mi się zdaje, że ona i mnie nie bardzo kocha, i w ogóle nie jest bardzo zdolną do kochania; drugi raz nie tylko myślę, ale i czuję, że to jest to jedno z najgłębszych i najmocniej kochających serc, jakie w świecie spotkałem. I mam zawsze dowody na obie strony. Bo mówię sobie tak: gdyby na przykład jej miłość dla mnie stała się trzy, cztery, dziesięć razy większą, czyby nareszcie nie przyszła chwila, że stałaby się zarazem większą od jej oporu? Tak! Więc to jest kwestia tylko wielkości uczucia. Nie! Bo gdyby uczucie było naprawdę małe albo żadne, to ona nie byłaby tyle cierpiała, a widziałem ją tak nieszczęśliwą jak prawie ja sam. Na wszystkie przeciw niej rozumowania mam tylko jedną odpowiedź: widziałem! Dziś wyszło z jej ust zdanie, które zapamiętam, bo stanowiło także odpowiedź na moje wątpliwości. Nie byłaby nic podobnego powiedziała, gdybym był mówił wprost o nas i o naszej miłości. Ale ja mówiłem ogólnie, jak zwykle teraz mówię. Dowodziłem, że w naturze uczucia leży czyn, że ono jest siłą powodującą i wytwarza bezwarunkowo jakieś akty woli. Ona wysłuchawszy rzekła:

- Albo też się cierpi. I naturalnie, że się cierpi. Ale ona tymi kilkoma słowami zamknęła mi usta, a natomiast napełniła mi serce czcią dla siebie. W takich chwilach jestem szczęśliwy i nieszczęśliwy, bo mi się znów wydaje, że ona mnie tak samo kocha

jak ja ją - tylko cała rzecz w tym, że chce zostać czystą przed Bogiem, ludźmi i sobą. A ja tego kościoła nie zburzę. Ostatecznie, analiza jej serca i jej uczuć nie doprowadza mnie do żadnych pewników. Ciągle stoję na rozdrożu. Do moich "nie wiem" religijnych, filozoficznych, społecznych przybywa jeszcze jedno, osobiste, stokroć dla mnie ważniejsze, to bowiem rozumiem doskonale, że przez takie "nie wiem" można kark skręcić. Sam kułem ten łańcuch, który mnie do Anielki przywiązuje, ale też przywiązuje bez cienia podobieństwa, żeby kiedykolwiek prysnął. Kocham ją rozpaczliwie, lecz pytanie: czy i nie chorobliwie zarazem? Gdybym był młodszy, zdrów na duszy i ciele, mniej zwichnięty, normalniejszy, to bym się może urwał, a przynajmniej

wobec tej pewności, że nigdy do niczego nie dojdę - że mówiąc grubo, nic nie wskóram, że jej ramiona nigdy nie otworzą się dla mnie, starałbym się potargać te więzy. Ale dziś nie czynię nawet usiłowań. Kocham ją tak jak człowiek chory na nerwy, bliski manii, albo jak kochają ludzie starzy, którzy, gdy się uczepią miłości, to trzymają się jej ze wszystkich sił. Albowiem staje się ona dla nich kwestią życia. Podobnie czepiają się ludzie gałęzi, wisząc nad przepaścią. Z mojego życia to jedno wykwitło, więc też i wybujało nadnaturalnie. Taki objaw jest zupełnie zrozumiały i będzie się powtarzał tym częściej, im będzie więcej ludzi na świecie podobnych do mnie, to jest przeanalizowanych sceptyków i zarazem histeryków, mających w duszy wielkie nic, a we krwi wielką newrozę. Taki nowożytny produkt epoki, która się kończy, może wcale nie kochać, może utożsamiać miłość z rozpustą, ale gdy w jakimś uczuciu zestrzelą się wszystkie jego siły żywotne, gdy podstawi się ono w jego newrozę, to go opanuje zupełnie i stanie się tak uporczywe, jak uporczywe bywają tylko choroby. Tego może dziś jeszcze psychologowie nie rozumieją, a z pewnością nie rozumieją dotąd powieściopisarze, zajmujący się analizą nowożytnej duszy ludzkiej. Wiedeń, 25 sierpnia. Przyjechaliśmy dziś do Wiednia. W drodze wysłuchałem rozmowy między panią Celiną a Anielką, którą zapisuję z powodu szczególniejszego wrażenia, jakie ona na Anielce uczyniła. Było nas tylko czworo w wagonie i rozprawialiśmy o portrecie Anielki, mianowicie zaś o tym, że trzeba się będzie wyrzec białej sukni, bo zrobienie jej wymagałoby zbyt długiego czasu. Nagle pani Celina, która pamięta wszelkiego rodzaju daty i wiecznie je cytuje, rzekła zwróciwszy się do Anielki:

- Wszak to dziś upływają dwa miesiące, jak twój mąż przyjechał do Płoszowa?

- Zdaje się - odrzekła Anielka. I w tej samej chwili zaczerwieniła się tak silnie, że chcąc to ukryć wstała i poczęła zdejmować woreczek podróżny z siatki wagonowej. Gdy się odwróciła, rumieniec nie zszedł jeszcze zupełnie z jej twarzy, ale był na niej natomiast wyraz ogromnej przykrości. Starsze panie nie spostrzegły tego, bo się zaraz zaczęły sprzeczać o dzień przyjazdu Kromickiego, lecz ja i spostrzegłem, i odczułem, bo mi przyszło na myśl, że tego samego dnia ona musiała znosić jego

pieszczoty, pocałunki - i ogarnęło mnie uczucie wściekłości, a zarazem było mi wstyd za ten jej rumieniec. W mojej miłości jest mnóstwo wielkich cierni, ale jest także mnóstwo małych i ohydnych. Przed tą uwagą pani Celiny byłem prawie szczęśliwy, miałem bowiem złudzenie, że tak podróżujemy z Anielką i tak z sobą jesteśmy jak para narzeczonych. Teraz w jednej chwili to dobre usposobienie znikło. Czułem urazę do Anielki i moje obejście się z nią zmieniło się zupełnie. Ona natychmiast to spostrzegła i w Wiedniu już, gdy zostaliśmy przez chwilę sam na sam w sali na dworcu, spytała mnie:

- Czy ty się na mnie o co gniewasz?

- Nie, ale cię kocham! - odpowiedziałem jej szorstko. To znowu ją zasmuciło. Może pomyślała sobie, że mi się uprzykrzył ów pogodny stosunek i że staję się znów dawnym Leonem. Jam zaś był podwójnie zły, bo przyszło mi na myśl, że moje zdwajanie się i moja świadomość nie służy mi nawet do tego, żebym umiał zapanować nad jakimś jednym przykrym wrażeniem. Tylko następne wrażenia są lekarstwem na poprzednie, a moja filozofia jest zupełnie na nic. Zaraz po przyjeździe byłem u Angelego, ale nimem do, niego zajechał, wybiła szósta, i pracownię zastałem zamkniętą. Anielka do jutra wypocznie, więc pójdę z nią. Rozmyśliłem się. Nie chcę już jej stanowczo w białej sukni. Nie będę miał na portrecie jej szyi i ramion, ale będę miał ją taką, jaką jest co dzień, to jest taką, jaką ją kocham najbardziej. Wieczorem odwiedził nas doktor Chwastowski. Zdrów i tęgi zawsze. 26 sierpnia. Miałem obrzydliwy sen. Zaczynam od niego opis dzisiejszego dnia, bo jakkolwiek sam sen jest głupstwem, mam jednak przekonanie, że zdrowy mózg nie może śnić w podobny sposób. Bezsenność trapi mnie od dawna, wczoraj zaś, ledwiem oczy zamknął, zapadłem jakby w odrętwienie. O której godzinie przyśniły mi się te głupstwa, nie wiem, zdaje mi się, że dopiero nad ranem, bo gdym się obudził, było już widno, a nie musiałem śnić długo. Zobaczyłem masy chrząszczy i żuków wychodzących z boków, ze szpar między materacem a łóżkiem. Były tak duże jak pudełka od zapałek. Wkrótce ujrzałem je idące w górę po ścianie. Dziwna rzecz, jak podobne sny są realne; słyszałem najwyraźniej szelest papierowego obicia pod haczykami nóg. Podniósłszy oczy zobaczyłem w kącie pod sufitem całe grona chrząszczy, tylko nieco odmiennych, bo jeszcze większych i białych w czarne plamy. U niektórych widziałem podbrzusza z dwoma szeregami nóg, które wyglądały jakby żebra. We śnie wydawało mi się to wszystko naturalne i zarazem ohydne. Byłem pełen wstrętu, ale anim się bał, ani dziwił. Dopiero po przebudzeniu się, gdy począłem myśleć świadomie, wstręt ten stał się nieznośny i zmienił się w dziwnego rodzaju strach, bo strach śmierci. Pierwszy raz odczuwałem coś podobnego i ta bojaźń śmierci formułowała się tak: Kto wie, jakie tam mrowienie przeohydne może istnieć w tych ciemnościach z drugiej strony życia? Później przypomniałem sobie, że takie olbrzymie, białe z czarnymi plamami chrząszcze widziałem w jakimś muzeum, ale na razie wydały mi się one widzeniem rzeczy niebywałych, należących do pozagrobowej ohydy. Zerwałem się, podniosłem roletę i widok światła uspokoił mnie zupełnie. Na ulicy już był ruch; psy ciągnęły wózki z warzywem, służące szły na targ, robotnicy do fabryk. Widok normalnego życia ludzkiego jest najlepszym przeciwśrodkiem na tego rodzaju fantasmagorię. Ja teraz czuję ogromną potrzebę światła i życia. Ostateczny wniosek z tego wszystkiego, że nie jestem zdrów. Moja tragedia toczy mnie od wewnątrz jak robak. Że spostrzegam na brodzie i głowie białe nitki, to leży w porządku rzeczy; ale twarz moja, zwłaszcza z rana,

ma tony woskowe i ręce są trochę przezroczyste. Nie chudnę, raczej przeciwnie - a z tym wszystkim mam świadomość swojej anemii, tak samo jak mam świadomość swoich

stanów psychicznych i czuję, że moja żywotność przesila się - i że idę ku czemuś złemu. Nie zwariuję nigdy. Zupełnie nie wyobrażam sobie, jak mógłby nadejść taki czas, w którym przestałbym siebie kontrolować. Zresztą znakomity jeden lekarz, a co większa, rozumny przy tym człowiek, powiedział mi, że przy pewnym stopniu w rozwoju świadomości jest to rzecz niemożliwa. Zdaje mi się nawet, żem o tym

pisał. Lecz nie wariując mogę dostać jakiejś ogromnej choroby nerwowej - a że

wiem trochę, co to jest - więc zupełnie szczerze mówię, że wolałbym każdą inną. Ogólnie biorąc, nie wierzę w doktorów, zwłaszcza takich, którzy wierzą w medycynę, ale być może, że trzeba się będzie poradzić, zwłaszcza że i ciotka sobie tego życzy. Wiem zresztą jedno lekarstwo niezawodne: gdyby Kromicki umarł i gdybym się ożenił z Anielką, to byłbym zdrów; gdyby ona przyszła do mnie i powiedziała mi: "Należę niepodzielnie do ciebie" to byłbym także zdrów. Choroby płynące z nerwów należy leczyć przez nerwy. Ale ona nie zechce być moim lekarzem, choćby chodziło o moje życie. Byłem z nią i ciotką u Angelego. Dziś odbyło się pierwsze posiedzenie. Jaką ja jednak miałem słuszność twierdząc, że ona jest jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie w życiu spotkałem, dlatego że w jej piękności nie ma nic pospolitego! Angeli wpatrywał się w nią z takim upodobaniem, jakby patrzył na wysokie i szlachetne dzieło sztuki. Wpadł w doskonały humor, rysował z zapałem i nie ukrywał nam wcale powodów swego zadowolenia.

-W moim zawodzie - mówił - podobny model jest rzadkością. Jak się ma taki wzór, to się inaczej pracuje... Co za twarz! co za wyraz! A wyraz był mniej zachwycający niż zwykle, bo to nieśmiałe stworzenie czuło się zmieszane, zawstydzone i z trudnością przychodziło mu zachowywać twarz i postawę naturalną. Ale Angeli to zrozumiał.

- Na następnych posiedzeniach będzie coraz lepiej - mówił - z tym, jak ze wszystkim, trzeba się oswoić. I co chwila wykrzykiwał:

- To powinien być portret! Spoglądał także z przyjemnością na ciotkę, która ma rysy szlachetne, pełne charakteru, energii, a zarazem dziwnej zamaszystości. Obejście się jej z Angelim było w swoim rodzaju czymś nieporównanym. Była w nim jakaś naiwna bezceremonialność wielkiej damy, będącej zawsze w zgodzie z dobrym smakiem, ale nie robiącej sobie nic z nikogo. Angeli, człowiek przywykły do hołdów, ale bardzo zarazem sprytny, poznał się na tym i widziałem, że go to bawiło. Zdecydowaliśmy się na czarną jedwabną suknię, nadzwyczaj zresztą wykwintną. Szczególniej figura Anielki ślicznie się w niej wydaje. Widać jej smukłość i zarazem pełność. Nie mogę o tym ani myśleć, ani pisać spokojnie. Angeli, mówiąc do Anielki, użył wyrazu mademoiselle. Kobieca natura jest dziwna, choćby nawet była anielska. Widziałem, że to mojemu kochanemu stworzeniu zrobiło przyjemność, a jeszcze większe zadowolenie ujrzałem w jej ślicznej twarzyczce, gdy Angeli, poprawiony przeze mnie, odpowiedział:

- Ależ ja się będę ciągle mylił! Patrząc na panią, niepodobna się nie omylić... Rzeczywiście, z tymi rumieńcami bijącymi jej na twarz była tak zachwycająca, że

mi się przypomniał - i przypomniał dokładniej niż poprzednio - ów wiersz, który pisałem niegdyś, a którego każda zwrotka kończyła się słowami: I dziwię się tylko, że kwiaty Pod twymi stopami nie rosną, Ty złoty mój ptaku skrzydlaty, Ty maju, ty raju, ty wiosno! Wychodząc, gdyśmy oddalili się nieco od ciotki, szepnąłem jej do ucha:

- Anielko, ty nie wiesz, ty nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakaś ty piękna. Nie odpowiedziała nic, tylko spuściła powieki, jak czyni w takich razach zwykle. Jednakże przez cały dzień widziałem w jej obejściu się ze mną mimowolny, leciuchny odcień kokieterii. Słowa Angelego i moje nastroiły ją w taki sposób. Czuła, że ją podziwiam z całej duszy; i była mi za to wdzięczną. A ja nie tylkom ją podziwiał, ale mówiłem sobie w duszy, a raczej krzyczałem: "Niech diabeł porwie wszelkie układy! Kocham ją bez ograniczeń i zastrzeżeń!..". Wieczorem byliśmy na Fliegender Hollander Wagnera. Zaledwie słyszałem cośkolwiek albo inaczej mówiąc, słyszałem tylko uczuciem, rozumiałem tylko przez moją miłość. Zadawałem pytanie Wagnerowi: "Jakie ty na niej czynisz wrażenie? czy twoja muzyka wnika w nią, czy ją usposabia do kochania, czy ją przenosi w jakieś światy, gdzie miłość jest najwyższym prawem?" To tylko mnie obchodziło. Kobiety nie umieją chyba kochać tak wyłącznie. One zostawiają zawsze jakąś część duszy dla siebie, świata i jego wrażeń. 27 sierpnia. Ciotka objawiła zamiar wyjazdu. Pilno jej do Płoszowa i powiada, że obecność jej tu na nic niepotrzebna, że nawet będzie lepiej, gdy wyjedzie, bo się nie będziemy za nią oglądali i zostaniemy tak długo, jak będzie wymagała robota portretu. Trochęśmy się wszyscy opierali temu zamiarowi ze względu na to, że osoba w wieku nie powinna jednak puszczać się w drogę sama. Czułem się w

obowiązku - choć przyszło mi to niełatwo - powiedzieć ciotce, że jeśli koniecznie chce wyjechać, to będę jej towarzyszył. Przyznaję, żem z pewnym drżeniem wewnętrznym oczekiwał jej odpowiedzi. Na szczęście, moje poczciwe ciotczysko odpowiedziało z wielką żywością:

- Ani o tym myśl! Jak Celina będzie słaba albo zmęczona, to kto zaprowadzi Anielkę do pracowni? Sama przecie nie może tam iść. Tu poczęła grozić Anielce i dodała z uśmiechem na ustach, a marsem na czole:

- Zwłaszcza że ten malarz patrzy na nią więcej, niż robota portretu wymaga, a ona to widzi i rada. Oho! trzeba ją znać!

- Przecie on już niemłody - odpowiedziała Anielka śmiejąc się i całując ciotki ręce. Ciotka zaś poczęła mruczeć:

- Ty przylepko, ty! Niemłody, ale komplimenta gada. Leonie, pilnuj mi ich obojga. Ja z rozkoszą ustąpiłem od jazdy do Płoszowa wobec powodów przytoczonych przez ciotkę. Pani Celina poczęła namawiać ją, żeby wzięła przynajmniej ze sobą pannę służącą, która była z nami w Gasteinie. Ciotka opierała się z początku i temu, ustąpiła jednak, gdy Anielka powiedziała jej, że w hotelu dadzą sobie doskonale rady bez służącej. Zaraz kazała pakować swoje kufry. Ciotka lubi wszystko prędko robić i chce jechać jutro rano. Przy obiedzie drażniłem ją twierdząc, że woli swoje konie wyścigowe od nas i że to do nich jej tak pilno. Powtarzała: "Ach, jaki niemądry!

cicho bądź!" - ale po chwili, zapomniawszy się, zaczęła z sobą głośną pogawędkę o stadninie. Posiedzenie trwało dziś bardzo długo. Anielka pozowała lepiej. Twarz jest już podmalowana. 28 sierpnia. Ciotka wyjechała rannym pociągiem z Wiednia. Na posiedzeniu byliśmy razem z panią Celiną, która ujrzawszy twarz Anielki dopiero podmalowaną, ledwie że zdołała powstrzymać okrzyk oburzenia. Ona nie ma pojęcia o malarstwie i wszystkich fazach, przez jakie przechodzić musi portret, sądziła więc, że twarz

już taka zostanie - to jest, i brzydka, i nic niepodobna. Musiałem ją uspokajać; potem Angeli domyślił się także, o co idzie, i śmiejąc się zapewnił ją również, że to, co widzi, jest tylko poczwarką, z której się wylęgnie motyl. Na pocieszenie rzekł sam w końcu:

- Myślę, że to będzie jeden z najlepszych moich portretów, bo dawno nie malowałem tak con amore. Oby się jego słowa sprawdziły! Po skończonym posiedzeniu poszedłem po bilety do opery. Gdym z nimi wrócił,

zastałem Anielkę samą - i nagle pokusy ogarnęły mnie jak huragan. Pomyślałem, że gdyby ona chciała pójść teraz w moje ramiona, to byłaby dobra chwila, i na tę myśl uczułem, że blednę, że pulsa poczynają mi bić gwałtownie, że drżę na całym ciele i tchu mi braknie. W pokoju był półmrok, firanki na wpół zasłonięte. Czyniłem nadludzkie wysilenia, by przezwyciężyć te siły niepohamowane, które

mnie parły ku niej. Zdawało mi się, że bije od niej ku mnie żar - i że takie same myśli burzą i jej duszę. Mogłem ją przecie porwać i przycisnąć do piersi,

całować jej oczy, usta. Jakiś głos począł mi mówić: - Choćby potem zginąć! - Ona spostrzegła natychmiast mój stan niezwykły, w oczach jej mignął przestrach, ale zaraz opanowała się i rzekła śpiesznie:

- Musisz być moim opiekunem do powrotu mamy; dawniej bałam się ciebie, a teraz tak ci ufam i tak mi z tobą dobrze... Ja począłem całować ją po rękach i powtarzać stłumionym głosem:

- Żebyś ty wiedziała, żebyś ty wiedziała, co się ze mną dzieje!... Ona zaś odrzekła ze współczuciem i smutkiem:

- Ja wiem... i tym jesteś lepszy, tym szlachetniejszy... Chwilę jeszcze zmagałem się sam z sobą, wreszcie rozbroiła mnie. Nie śmiałem. Za to przez całą resztę dnia starała mi się to wynagrodzić. Nigdy w jej spojrzeniu nie czytałem więcej przywiązania, nigdy nie była dla mnie tak tkliwa: Czy to jest może najlepsza droga, jaką mam przed sobą? czy w ten właśnie sposób uczucie

najbardziej wzbierze w sercu Anielki i najprędzej ją zwycięży? - nie wiem i tracę głowę...

Bo z drugiej strony, idąc taką drogą, poświęcam na każdym kroku z miłości - samą miłość. 29 sierpnia. Stało się dziś coś dziwnego i przestraszającego. W czasie posiedzenia Anielka, pozując najspokojniej, wzdrygnęła się nagle, twarz jej oblała się rumieńcem, a potem stała się blada jak opłatek. Obaj z Angelim przeraziliśmy się ogromnie. On przerwał w tej chwili robotę i prosił Anielkę, by odpoczęła; ja podałem jej wody. Po chwili to przeszło. Chciała pozować dalej, ale widziałem, że się do tego zmusza i że jest w niej jakiś niepokój. Być może, iż się zmęczyła. Dzień był dziś bardzo duszny; mury są rozpalone. Odprowadziłem ją do domu rychlej niż w dniu wczorajszym. Przez drogę nie odzyskała zwykłego usposobienia. Podczas obiadu znów się nagle zaczerwieniła. Poczęliśmy z panią Celiną wypytywać, co jej jest. Zaręczała nam, że nic. Na moje pytanie, czy nie sprowadzić jej doktora, odpowiedziała z niezwykłą żywością, a nawet jakby z rozdrażnieniem, że nie ma najmniejszej potrzeby i że czuje się doskonale. Ale przez resztę dnia była blada; jej czarne brwi ściągają się co chwila, a twarz przybiera wyraz jakiejś

surowości. Dla mnie była obojętniejsza niż wczoraj - i chwilami zdawało mi się, że unika mego wzroku. Nie rozumiem, co to jest. Jestem ogromnie niespokojny. Nie będę znów spał, a gdybym nawet zasnął, czuję, że miałbym jakieś sny w rodzaju tego, o którym pisałem. 30 sierpnia. Dzieje się koło mnie coś niezrozumiałego. O południu zapukałem do tych pań chcąc zabrać Anielkę na posiedzenie; tymczasem nie było ich w domu. Służąca hotelowa powiedziała mi, że kazały sobie przed dwoma godzinami sprowadzić powóz i wyjechały na miasto. Zdziwiony trochę, postanowiłem na nie czekać. Jakoż po upływie pół godziny wróciły, ale Anielka przeszła tylko koło mnie i podawszy mi w milczeniu rękę, udała się do swego pokoju. Przez tę chwilę zdołałem jednak dostrzec, że twarz jej jest wzburzona. Myślałem, że idzie się tylko przebrać, tymczasem pani Celina rzekła:

- Mój kochany Leonie, bądź łaskaw pójść do Angelego i przeprosić go, że Anielka dziś nie przyjdzie. Anielka taka jest znerwowana, że żadną miarą nie mogłaby pozować.

- Co jej jest? - spytałem z największym niepokojem. Pani Celina zawahała się przez chwilę, wreszcie odrzekła:

- Nie wiem; zawiozłam ją do doktora, aleśmy go nie zastały. Zostawiłam mu kartkę z prośbą, by zechciał przyjechać do nas do hotelu... Zresztą... nie wiem... Nic więcej nie mogłem się dowiedzieć. Wziąłem dorożkę i pojechałem do Angelego. Gdym mu mówił, że Anielka nie przyjedzie, zdawało mi się, że spojrzał na mnie z nieufnością. Zresztą, wobec mego widocznego niepokoju, byłoby to naturalne. Ale przyszło mi do głowy: nuż on nas podejrzewa, żeśmy się rozmyślili i chcemy

wykręcić się od portretu? On nas przecie nie zna - mógłby nawet pomyśleć, że to jakiś kłopot pieniężny jest przyczyną mego pomieszania. Chcąc więc zapobiec podobnym podejrzeniom, postanowiłem go z góry zapłacić. On usłyszawszy o tym począł się bronić bardzo żywo i oświadczył, że zapłaty inaczej nie przyjmuje, tylko po ukończeniu portretu, ale ja odrzekłem, że jestem tylko depozytariuszem sumy zostawionej przez ciotkę, a ponieważ prawdopodobnie przyjdzie mi wyjechać, więc wolę się pozbyć kłopotu. Po długich sporach, które mnie znudziły, stanęło na moim. Umówiliśmy się, że posiedzenie odbędzie się nazajutrz, o zwykłej porze; gdyby zaś nie mogło mieć miejsca ze względu na zdrowie pani Kromickiej, to mu dam znać przed dziesiątą. Wróciwszy do hotelu, poszedłem zaraz do tych pań, Anielka była u siebie; pani Celina powiedziała mi, że doktor dopiero co odjechał, ale nie powiedział nic stanowczego, nakazał tylko spokój. Nie wiem, dlaczego zdawało mi się, że znów widzę w jej twarzy jakieś wahanie się. Może to był tylko niepokój, który zresztą łatwo mi zrozumieć, bo i ja go odczuwam. Poszedłszy do siebie zacząłem sobie robić gorzkie wyrzuty, że jednak nasz stosunek, ta walka wewnętrzna, która musi odbywać się w Anielce, to odgadywanie mojej miłości i moich cierpień nie może być bez złego wpływu na jej zdrowie. Myśląc o tym doznawałem uczucia, które w słowach dałoby się wyrazić tak: "Lepiej, byś ty przepadł, niżby ona miała chorować!" Myślałem z takim strachem, że ona pewnie nie zejdzie na obiad, jakby od tego Bóg

wie co zależało. Na szczęście zeszła - nie przestała mnie jednak dziwić. Naprzód zmieszała się na mój widok; potem usiłowała być taką jak zwykle, a była inna. Robiła na mnie wrażenie osoby, która ukrywa zmartwienie. Musiała być przy tym chyba bledsza jak zwykle, bo ona ma przecie zaledwie ciemne włosy, a wydawała mi się prawie brunetką. Łamię sobie głowę: czy te panie nie odebrały jakich niepomyślnych nowin od Kromickiego? A jeżeli tak, co to mogą być za nowiny? Może moje pieniądze są w niebezpieczeństwie? A palże je licho! Wszystko, co mam, niewarte, żeby się Anielka przez pięć minut martwiła. Muszę to jutro wyjaśnić. Jestem prawie pewny, że to są jakieś powody natury moralnej i że wszystko stoi w związku z Kromickim. Co on tam mógł nowego urządzić? Przecie drugiego Głuchowa nie sprzedał, dla tej dobrej przyczyny, że go nie ma. Berlin, 5 września. Jestem w Berlinie, a jestem tu dlatego, że uciekłszy z Wiednia musiałem gdzieś

pojechać. Do Płoszowa nie mogłem - tam ona przyjeżdża. Byłem tak przekonany, że mnie żadna siła ludzka od niej nie oderwie, iż sama myśl zerwania tego stosunku wydawała mi się dziką. Ano! pokazuje się, że niczego nie można przewidzieć, bo oto odjechałem i wszystko skończone. Jestem w Berlinie. Zdaje mi się, że mam w głowie koło rozpędowe jakiejś maszyny. Tak się

to szybko obraca, że aż boli - alem nie zwariował! Wszystko wiem, wszystko pamiętam. Mój lekarz miał słuszność: wariują tylko słabe głowy. Mnie się to nie mogło przytrafić także i dlatego, że to czasem może być bajecznym szczęściem. 6 września. Jednak chwilami myślę, że mój mózg wykipi. Bo, że porządna kobieta, która spędziła z mężem kilka miesięcy, może poczuć się w stanie odmiennym, to jest ogromnie naturalne, a mnie ten naturalny porządek wydaje się czymś tak potwornym, że mi wysadza mózg z głowy. Nie można przecie jednocześnie myśleć, że coś jest zwykłym prawem natury i zarazem potwornością. Tego żadna głowa nie wytrzyma. Co w tym jest? Zbieram oto całą przytomność i pojmuję, że tych, co mają być zdruzgotani, druzgocze siła nadzwyczajnych zdarzeń; ale ze mną jest co innego. Mnie rozdziera zwyczajny tryb rzeczy. I im to jest bardziej naturalne, tym straszniejsze.

Same sprzeczności. Ona nie jest za to odpowiedzialna - rozumiem, bom nie

zwariował! Nie przestała być cnotliwa - a jednak ja bym jej prędzej przebaczył każdą zbrodnię. I nie mogę, na miły Bóg, nie mogę ci przebaczyć właśnie dlatego, że cię tak kochałem! Czy ty uwierzysz, że na świecie nie ma kobiety, którą bym obecnie tak pogardzał, bo ostatecznie tyś miała dwóch: mnie od miłości

platonicznej, a Kromickiego od - małżeńskiej. I widzisz, chce mi się wprawdzie łbem o ścianę tłuc, ale dalibóg! chce mi się i śmiać... Anim się spodziewał, że był jednakże sposób oderwania mnie od ciebie! Był i udał się! 8 września. Jak pomyślę, że wszystko skończone, zerwane, że nic nie zostało, że ja już

wyjechałem - na zawsze - nie chce mi się w to wierzyć. Nie ma już dla mnie

Anielki! A co jest? - nic! Więc po co ja żyję? Nie wiem! Przecie nie dla tej ciekawości, czy pan Kromicki będzie miał syna czy córkę!

Ciągle myślę: jakie to wszystko naturalne! - i głowa mi pęka. To dziwna rzecz: ja powinienem był być na to przygotowany, a nigdy nic podobnego przez myśl mi nie przeszło. Byłbym się prędzej spodziewał, że we mnie piorun trzaśnie. Kromicki jednakże zaraz z Warszawy pojechał do Płoszowa, bawił tam kilka dni, a potem byli razem w drodze, razem w Wiedniu, razem w Gasteinie. A ja wytwarzałem nastrój miłosny. Nerwy pani były poruszone i serce wezbrane. Dalibóg, że to ma swoje okropnie śmieszne strony. Jestem przeraźliwie głupi. Bo skorom mógł znieść wspólny pobyt państwa Kromickich, to powinienem umieć znieść jego następstwa. Ale na Boga żywego, to nie umysł, to moje nerwy nie godzą się na te następstwa. Są ludzie, w których te dwie siły idą zgodnie; we mnie gryzą się jak psy. To jedno więcej nieszczęście. Dlaczego właśnie jam nigdy nie przewidywał czegoś podobnego? Powinno mi było przyjść do głowy, że jeżeli istnieje jakiś zbieg rzeczy straszny, jakiś cios boleśniejszy od wszystkich dotychczasowych, to oczywiście mnie nie minie. Czasem wydaje mi się, że jestem po prostu ścigany przez Opatrzność i że ona, postanowiwszy logikę faktów, która sama przez się umie się mścić, nie poprzestaje jednak na tej zemście, tylko jeszcze osobno wgląda w moje sprawy i osobno mnie karze. Ale skąd taka zawziętość przeciw mnie? Iluż to ludzi kocha się w cudzych żonach, czy więc dlatego mniej cierpią, że mniej, lekkomyślniej, nieuczciwiej kochają? Co by to była za sprawiedliwość? Toteż nie! W tych rzeczach nie ma żadnej świadomej siebie myśli i wszystko się spełnia tak, jak musi, jak wypadnie. 10 września. Ciągle tkwi we mnie myśl, że dotąd tragedia ludzka wynikała z wyjątkowych zdarzeń i nieszczęść, a moja wynika właśnie z naturalnego biegu rzeczy. Doprawdy, nie wiem, co jest gorsze. Taka naturalność jest przecie nie do wytrzymania. 11 września. Podobno człowiek rażony piorunem sztywnieje i nie upada od razu. Ja także trzymałem się dotąd siłą tego piorunu, który we mnie uderzył myślę jednak, że teraz zwalę się z nóg. Jest ze mną źle. Jak tylko mrok poczyna zapadać, dzieje

się ze mną coś dziwnego: odczuwam duszność, czynię usiłowania, żeby westchnąć - i zdaje mi się, że powietrze nie chce wchodzić do głębi mych płuc, że oddycham tylko ich częścią. We dnie i w nocy chwyta mnie od czasu do czasu jakaś

nieokreślona trwoga - trwoga przed niczym. Zdaje mi się, że stanie się coś strasznego, bez porównania gorszego niż śmierć. Wczoraj zadałem sobie pytanie: co by też się stało, gdybym nagle w tym obcym mieście zapomniał, jak się nazywam; gdzie mieszkam, i powędrował wśród ciemności wprost przed siebie, bez celu, w obłąkaniu?... Są to przypuszczenia chorobliwe. Zresztą w takim razie stałoby się z moim ciałem tylko to, co się już stało z duszą, bo w znaczeniu moralnym ja nie wiem, gdzie mieszkam; idę w ciemnościach, bez celu, w obłąkaniu.

I boję się wszystkiego - z wyjątkiem śmierci: A ściśle mówiąc: mam takie dziwne uczucie, że to nie ja się boję, tylko że trwoga zamieszkała we mnie, jakby jakaś

osobna istota - i drży. Nie znoszę teraz zupełnie ciemności. Wieczorem chodzę aż do zupełnego znużenia po ulicach oświeconych elektrycznością. Gdybym spotkał kogo znajomego, uciekłbym na koniec świata; ale tłum jest mi potrzebny. Gdy na ulicach zaczyna się przerzedzać, robi mi się straszno. Z przerażeniem myślę zawsze o nocy. A te noce takie już okropnie długie! Czuję prawie ciągle metaliczny smak w ustach. Pierwszy raz uczułem go, gdy po odprowadzeniu Klary na kolej, wróciwszy do domu zastałem u siebie Kromickiego; drugi raz teraz, w Wiedniu, gdy pani Celina powiedziała mi "wielką nowinę". Co to był za dzień! Przyszedłem po drugiej wizycie doktora spytać o Anielkę. Przez głowę mi nie przeszło podobne podejrzenie; nie rozumiałem nic, nawet i wówczas, gdy pani Celina powiedziała mi:

- Doktor zapewnia, że to są objawy czysto nerwowe, prawie bez związku z jej stanem. Ona zaś widząc, że się niczego nie domyślam, zaczęła mówić z zakłopotaniem:

- Bo muszę ci powiedzieć wielką nowinę... I powiedziała mi wielką nowinę. Usłyszawszy ją, poczułem cynę w ustach i zrobiło

mi się zimno w mózgu - zupełnie jak wówczas, gdym zobaczył niespodzianie Kromickiego. Wróciłem do hotelu. Pamiętam doskonale, że między różnymi uczuciami, jakie mną targały, była i potrzeba śmiechu. Ta idealna istota, której nawet i miłość platoniczna wydawała się czymś niedozwolonym, która zamiast miłość mówiła przyjaźń!

Czułem potrzebę śmiechu - a także i rozbicia głowy o mur. Zachowałem jednak jakąś mechaniczną przytomność... Dało mi ją poczucie, że skończyło się wszystko, raz na zawsze, i że muszę wyjechać, że nie mogę nie wyjechać... To poczucie zrobiło ze mnie automat spełniający doskonale wszystkie czynności odnoszące się do wyjazdu.

Byłem do tego stopnia przytomny, żem nawet ocalił pozory. Po co? - nie wiem! Nic mi na tym nie zależało. Były to zapewne mechaniczne odruchy mózgu, który przez całe miesiące i lata przywykł do ukrywania prawdy i ratowania pozorów. Powiedziałem pani Celinie, żem był u doktora, żem chory na serce, że kazał mi

jechać, nie tracąc minuty, do Berlina - i ona uwierzyła.

Anielka nie! Widziałem jej oczy - rozszerzone z przestrachu, widziałem wzrok zhańbionej męczennicy, i było we mnie dwóch ludzi: jeden mówił: co ona winna? drugi miał chęć w twarz jej plunąć. O, czemu ja tę kobietę tak kochałem! 12 września. To już blisko dwa tygodnie, jakem wyjechał. One pewnie już wróciły do Płoszowa. Pisałem dziś do ciotki, bo bałem się, że się o mnie zlęknie i tu przyjedzie. Czasem dziwnie mi pomyśleć, że jest istota, którą ja tak naprawdę obchodzę. 13 września, Są ludzie, którzy uwodzą cudze żony, oszukują je, potem depcą, rzucają i odchodzą spokojni. Ja tego wszystkiego nie uczyniłem, a gdyby ona była stała się moją ofiarą, to bym prochy przed nią zamiatał, to by mnie teraz żadna siła ludzka nie oderwała od jej nóg. Są więc uczucia występniejsze od mojego; ale na mnie zwaliło się takie brzemię, że mimo woli mam wrażenie jakiejś wyjątkowej kary, i mierząc, również mimo woli, wielkością kary winę, nie mogę się obronić poczuciu, że moja miłość była strasznym występkiem. Jest to rodzaj instynktownej trwogi, od której sceptycyzm nie uwalnia. A przecież wszelka moralność musi się zgodzić na to, że większą winą byłoby ciągnąć ku sobie kobietę nie kochając jej; czynić to wszystko na zimno, co ja czyniłem z głębi serca. Odpowiedzialność nie może być cięższa za uczucia wielkie i porywające niż za małe i nikczemne. Nie! Toteż moja miłość jest przede wszystkim strasznym nieszczęściem. Człowiek pozbawiony przesądów może sobie wyobrazić, co by w danym wypadku czuł, gdyby był przesądny; tak samo człowiek, który wątpi, może odczuć, jakby się modlił, gdyby był wierzącym. Ja nie tylko to odczuwam, ale łączy się to we mnie z taką skargą, że się prawie szczerze modlę. I mówię: "Jeślim zawinił, Panie Boże, tom też tak za to odpokutował, że trochę miłosierdzia już by mnie nie zdziwiło". Ale nie umiem sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłoby się objawić nade mną miłosierdzie. To jest zupełnie niemożliwe. 14 września. One już pewno wróciły do Płoszowa. Myślę o niej jeszcze często, bo tylko w takim razie można się oderwać od swej przeszłości, gdy się ma coś przed sobą, a ja nie mam nic i nic. Gdybym był człowiekiem wierzącym, zostałbym księdzem; gdybym był człowiekiem, który stanowczo przeczy istnieniu Boga, może bym się nawrócił. Ale we mnie te organa duszy, którymi się wierzy, uschły tak, jak może uschnąć ręka. Nic nie wiem, prócz tego, że w cierpieniu nie ma dla mnie pociechy w religii. Gdy Anielka wyszła za Kromickiego, myślałem, że między nami wszystko skończone. Tymczasem to nie była prawda. Teraz dopiero mam zupełne przekonanie, że wszystko skończone, bo rozdziela nas nie tylko nasza wola, nie tylko mój wyjazd, ale coś, co leży poza nami, niezależna od nas siła rzeczy. To są odmienne całkowicie koleje, których nic zbliżyć nie może, nawet nasza wola. W kolejach Anielki będą cierpienia, ale będą nowe światy, nowe uczucia, nowe życie, przede mną zaś jest zupełnie pusto. Ona niezawodnie rozumie to tak dobrze jak ja. Ciekawym, czy ona sobie czasem mówi: Tego człowieka zgubiłam, może bez winy, alem go zgubiła. Nic mi z tego nie przyjdzie, a jednak chciałbym, żeby mnie choć żałowała. I być może, że będzie, póki jej dziecko nie przyjdzie na świat. Potem wszystkie

jej uczucia popłyną innym korytem - a ja przestanę dla niej istnieć. To także siła rzeczy, to także prawo natury. Wyśmienite prawa! 16 września. Zobaczyłem dziś na afiszu wydrukowane olbrzymimi literami nazwisko Klary Hilst. Zapomniałem, że jeszcze w Gasteinie odebrałem od niej list z oznajmieniem, iż

będzie w Berlinie. Otóż jest - i występuje z kilkoma koncertami. Na razie ani mnie to ucieszyło, ani nie ucieszyło. Teraz, ponieważ już ogarnął mnie mój zwykły nerwowy niepokój, więc wrażenia moje rozdwajają się; myśl, że jakaś znajoma i przyjazna dusza mieszka w tym samym mieście, dodaje mi, sam nie wiem

dlaczego, pewnej otuchy - ale ta myśl wystarcza mi. Wolałbym Klary nie widzieć i gdy sobie mówię, że trzeba będzie pójść do niej, doznaję uczucia przykrości. Klara ma tę ciekawą troskliwość, która chce wszystko wiedzieć i dopytuje. Skłonna jest do romantycznych przypuszczeń i posiada wiarę, że przyjaźń może uleczyć wszelkie cierpienia. A dla mnie mówić cokolwiek byłoby zupełnym niepodobieństwem. Mnie często brak sił nawet do myślenia o tym, co zaszło. 17 września. Dlaczego ja rano się budzę? po co istnieję? co mnie mogą obchodzić znajomi albo ludzie w ogóle? Nie poszedłem do Klary, bo wszystko, co ona mi może powiedzieć, nie obchodzi mnie także, a z góry nuży mnie. Cały świat jest mi tak dokładnie obojętny jak ja jemu. 18 września. Jak dobrze zrobiłem, żem napisał do ciotki! Gdyby nie to, byłaby tu przyjechała, bo oto, co mi donosi: "List twój przyszedł w dniu, w którym przyjechała Celina z Anielką. Jakże się masz teraz, mój najdroższy? Mówisz, że dobrze, ale czy zupełnie dobrze? Co ci powiedzieli doktorowie w Berlinie i jak długo tam zabawisz? Przyślij mi depeszę, czy cię tam jeszcze zastanę, a przyjadę natychmiast. Celina mówiła mi, żeś wyjechał tak nagle, że obie z Anielką były ogromnie przestraszone. Gdybyś mi był doniósł, że prawdopodobnie przepiszą ci podróż morską, byłabym natychmiast po otrzymaniu twego listu wyruszyła do ciebie. Przecie to tylko kilkanaście godzin, ja zaś czuję się tak zdrowa jak nigdy. Kongestie, których doświadczałam dawniej, nie powtórzyły się ani razu. Boję się dla ciebie i tej podróży morskiej. Tyś wprawdzie do tego przyzwyczajony, ale mnie dreszcze biorą na samą myśl o okrętach i burzach. Celina ma się dobrze, Anielka nieźle. Słyszałam, że już wiesz o nowinie. Przed odjazdem z Wiednia wezwały jeszcze raz specjalistę, który powiedział, że stan Anielki nie ulega już najmniejszej wątpliwości. Celina szczęśliwa ogromnie, a i ja takżem rada. Może to skłoni Kromickiego do porzucenia tych spekulacyj na końcu świata i do zamieszkania w kraju. Anielka będzie niezawodnie szczęśliwsza mając cel w życiu. Po powrocie wygląda zmęczona i jakby przybita, może być jednak, że to skutek drogi. Śniatyńskim dziecko chorowało silnie na krup, ale już jest zdrowe". Czytając list ciotki, miałem jedno wrażenie, że dla mnie nie ma tam miejsca między nimi, nie ma zwłaszcza przy Anielce. Jej wkrótce będzie przykre nawet moje wspomnienie. 19 września. Nie umiem sobie wyobrazić siebie za rok, za dwa lub trzy. Co ja będę robił? Zupełna bezcelowość powinna wyłączać życie. Właściwie mówiąc, dla mnie nie ma miejsca nigdzie. 20 września. Nie poszedłem do Klary, ale spotkałem ją na Friedrichstrasse. Ujrzawszy mnie pobladła z radości i wzruszenia, witała zaś z takim wylaniem, że mnie to zarazem ujmowało i zarazem było mi przykre, bom czuł, że moja serdeczność dla niej jest tylko zewnętrzna i że nie doznaję nawet radości z jej spotkania. Gdy ochłonęła nieco, zaniepokoiły ją zaraz zmiany, jakie spostrzegła w mojej twarzy. Rzeczywiście, nie wyglądam świetnie i trochę posiwiałem. Zaczęła mnie wypytywać o zdrowie, ja zaś mimo całej wdzięczności i przyjaźni dla Klary, czułem, że zbyt częste stosunki z nią przechodziłyby absolutnie moje siły, chcąc się więc od nich zabezpieczyć, powiedziałem jej, że jestem chory i że wkrótce przyjdzie mi wyjechać do cieplejszego klimatu. Następnie zaciągnęła mnie do siebie. Rozmawialiśmy o ciotce, Anielce i pani Celinie. Zbywałem ją ogólnikami. Mówiłem sobie, że to jest może jedyna w świecie istota, która by mnie zrozumiała, a jednocześnie czułem, że za nic w świecie nie otworzę jej serca. A jednak ja odczuwam ludzką dobroć. Chwilami, gdy poczciwe niebieskie oczy Klary wpatrywały się we mnie z największym przywiązaniem i z taką uwagą, jakby mnie chciały do głębi duszy przejrzeć, dobroć ta upokarzała mnie do tego stopnia, że chciało mi się płakać. Klara wreszcie, mimo wszelkich moich wysileń, spostrzegła, że ja jestem zupełnie innym niż dawniej człowiekiem; instynktem kobiecym odgadła, że żyję, mówię i myślę niemal mechanicznie, a zaś dusza moja jest na wpół zabita. Spostrzegłszy to, zaniechała natychmiast badań i wypytywań, stała się tylko jeszcze tkliwszą. Widziałem jej obawę i usiłowania, żeby mnie nie znużyć. Starała się dać mi do poznania, że w tej tkliwości, jaką mi okazuje, chodzi jej nie o to, by mnie zjednać dla siebie, ale jedynie, by mi przy niej było dobrze. I było mi dobrze, alem się jednak znużeniu nie mógł oprzeć. Umysł mój nie jest teraz zdolny do żadnego skupiania się i do żadnych wysileń, nawet do tak małych, jakich wymaga zwyczajna rozmowa z przyjaciółką. A oprócz tego, gdy raz mój wielki cel zniknął mi z oczu, wszystko wydaje mi się tak niesłychanie czcze, że ciągle mam w duszy pytanie: na co to? co z tego przyjdzie? 21 września. Nigdy dotąd nie spędziłem nocy tak strasznej. Miałem wrażenie takiej trwogi, jakbym schodził po nieskończonych schodach w coraz głębsze ciemności, w których dzieją się rzeczy równie okropne jak niewyraźne. Postanowiłem opuścić Berlin, bo pod tym niebem ołowianym można się udusić. Wrócę do Rzymu, do mego domu na

Babuino - i tam się już osiedlę na stałe. Myślę, że rachunki moje nie tylko z Anielką, ale z całym światem są już zupełnie ukończone, i mogę sobie wegetować spokojnie w Rzymie, póki na mnie nie przyjdzie czas. Oby przynajmniej spokojnie! Wczorajsza wizyta u Klary przekonała mnie, że choćbym chciał, nie potrafię już żyć z ludźmi, i że nie mam im się czym wypłacić nawet za ich dobroć. Zostałem wyłączony z ogólnego życia, stoję na zewnątrz i chociaż czuję pustkę nieopisaną, nie mam już ochoty wracać.

Myśl o Rzymie, o mojej pustelni na Babuino, uśmiecha mi się - wprawdzie blado i

smutnie - ale wolę to niż co innego. Stamtąd wyleciałem na świat jak ptak z

gniazda - tam też wypada mi się dowlec na połamanych skrzydłach - i czekać końca. Pisuję teraz rankami, bo wieczorem zstępuję zawsze do tych moich podziemi, w których mieszka trwoga. Dziś będę na koncercie Klary, pożegnam ją i jutro

wyjadę. Po drodze zatrzymam się w Wiedniu. Być może, że wstąpię do Angelego - nie jestem pewny. Ja teraz nigdy nie jestem pewny, co nazajutrz będę czuł i czynił. Odebrałem dziś list od Klary, w którym prosi mnie, bym przyszedł do niej po koncercie. Na koncert pójdę, bo tam takie mnóstwo zdrowych ludzi, że czuję się

przy nich bezpieczniejszy - a nie męczą mnie, bo nie znam nikogo i widzę tylko ogół. Ale do Klary nie pójdę. Jest nadto dobra. Mówią, że ludzie umierający z głodu na pewien czas przed śmiercią nie mogą już znosić pokarmu. Tak samo mój organizm duchowy nie znosi już dobroci i pociechy. Nie znosi także przypomnień. To mała rzecz, ale teraz wiem, że prócz moralnych były i inne powody, które mi uczyniły wizytę u Klary tak ciężką. Oto ona używa takich samych perfum, jakie przywiozłem Anielce z Wiednia do Gasteinu. To już nieraz zauważyłem, że jeśli dana osoba używa pewnej perfumy, to potem nic jej tak realnie nie przypomina, jak taki sam zapach. 22 września. Chory jestem zupełnie. Zaziębiłem się wczoraj wracając do domu, bo w sali

koncertowej panował niesłychany upał - było mi duszno, więc wyszedłszy na świeże powietrze nie nałożyłem paltota i powróciłem skostniały do hotelu. Każde odetchnięcie sprawia mi takie wrażenie, jakby płuca moje rozszerzając się trafiały na ostrza ukrytych pod łopatkami szpilek. Robi mi się na przemian to gorąco, to zimno. Nie mogę ugasić pragnienia. Ogarnia mnie chwilami wielka niemoc i czuję, iż nie zdołałbym zejść ze schodów. O wyjeździe nie może być i mowy. Nie potrafiłbym wsiąść o własnej mocy do wagonu. Pisząc słyszę swój własny oddech trzykroć szybszy i głośniejszy niż zwykle. Jestem przekonany, że gdyby stan moich nerwów był inny, oparłbym się temu wczorajszemu chłodowi i nie zaziębił, ale w obecnym stanie rzeczy straciłem wszelką oporność. Dostałem niezawodnie zapalenia płuc. Będę się jednak trzymał na nogach, póki będę mógł. Rano, jakem się tylko poczuł chorym, napisałem co prędzej do ciotki, że się czuję zdrów i że za parę dni wyjeżdżam. A za parę dni, jeśli zostanę przytomny i będę miał dość sił, znów napiszę to samo. Prosiłem ciotki, żeby listy i depesze, jakie do mnie nadejdą, kazała przesłać do bankiera B. w Berlinie. Będę się starał, by nikt w Płoszowie nie dowiedział się o mojej chorobie. Jak to dobrze, żem się wczoraj pożegnał z Klarą! 23 września. Gorzej mi niż wczoraj, alem się jeszcze nie położył. Mam gorączkę i mam świadomość, że chwilami w myśli moje podsuwają się gorączkowe widzenia. Zwłaszcza gdy przymknę oczy, granica między rzeczywistością a tym, co płodzi mój chory mózg, zaciera się prawie zupełnie. Jednak przez większą część dnia

kontroluję się jeszcze, ale boję się, że ta gorączka mnie zmoże - i że stracę zupełnie przytomność. Przychodzi mi do głowy jedna rzecz: oto ja, człowiek uposażony lepiej niż inni od losów, który mógł stworzyć sobie ognisko domowe, rodzinę, otoczyć się

kochającymi sercami - siedzę teraz samotny i chory w obcym mieście i nie ma mi kto szklanki wody podać. Anielka byłaby może także ze mną. Nie mogę dłużej... 14 października. Biorę się do pióra po trzech tygodniach przerwy. Klary nie ma przy mnie. Uspokoiwszy się stanowczo o moje zdrowie, wyjechała do Hanoweru, ale wróci za

dziesięć dni. Pilnowała mnie przez cały czas choroby. Ona sprowadziła lekarzy - i gdyby nie jej opieka, byłbym zapewne umarł. Nie pamiętam już dokładnie, czy trzeciego, czy czwartego dnia mojej choroby pojawiła się u mnie. Byłem przytomny, ale zarazem tak chory, że na jej widok pozostałem zupełnie obojętny, jakby nie do mnie przyszła albo jakby jej przyjście było najzwyczajniejszą rzeczą. Weszła z lekarzem i co zajęło moją uwagę, to jego niezmiernie obfita, biała i kręcona czupryna. Byłem istotnie w dziwnym stanie. Lekarz, po opatrzeniu mnie, począł zadawać mi rozmaite pytania, naprzód po niemiecku, a następnie po francusku, ja zaś, rozumiejąc doskonale, nie odpowiadałem wcale, bom nie odczuwał najmniejszej potrzeby odpowiadania i nie zdołałem jej w sobie wzbudzić, jakby i wola moja była równie bezsilną jak ciało. Zmęczono mnie tego dnia bańkami, potem leżałem spokojnie, bez wrażeń. Chwilami myślałem, że pewno umrę, ale nie przywiązywałem do tego większej wagi jak do innych rzeczy, które działy się koło mnie. Być może, że w każdej cięższej chorobie, nawet zachowując przytomność, traci się poczucie różnicy między sprawami większymi a mniejszymi, uwaga zaś, nie wiadomo dlaczego przywiązuje się do drobiazgów. Mnie dnia tego, prócz czupryny doktora, zajęło głównie odsuwanie górnej i dolnej zasuwy od drzwi przyległego pokoju, w którym postanowiła zamieszkać Klara. Pamiętam, żem oka nie spuszczał z tej czynności, jakby mi na niej coś zależało. Wkrótce potem nadszedł felczer, który miał mnie doglądać pod nadzorem Klary. Zaczął coś zaraz mówić do mnie, ale Klara nakazała mu milczenie. Jednak męczy

mnie jeszcze długie pisanie - więc przerywam. 16 października. Nerwy moje uspokoiły się przez tę chorobę; nie doznaję już tych trwóg, które dawniej tak mnie dręczyły; chciałbym tylko, żeby Klara wróciła jak najprędzej. Nie jest to tęsknota, tylko egoizm człowieka chorego, który czuje, że takiej opieki i troskliwości, jaką miał, nic mu nie zdoła zastąpić. Wiem, że Klara nie będzie już mieszkała obok mnie, ale obecność jej pokrzepiłaby mnie. Słabość i bezradność przywiązują się tak do opiekuńczej siły, jak dziecko przywiązuje się do matki. Jestem przekonany, że żadna inna kobieta nie uczyniłaby dla mnie tego co Klara i że każda wolałaby zachować konwenanse niż ratować człowieka. Myśląc o tym mam gorycz w ustach, a w myśli jedno imię... Ale to są rzeczy, których lepiej nie dopuszczać do głowy, póki nie ma sił, żeby się z nimi rozprawić... Klara sypiała nie rozebrana na sofce w przyległym pokoju i przy otwartych drzwiach. Za każdym moim ruszeniem była natychmiast przy mnie. Widywałem ją w nocy schyloną nad moim łóżkiem, z włosami w nieładzie, mrugającą ze zmęczenia i bezsenności. Sama podawała mi lekarstwa, sama podnosiła mnie na poduszkach. Gdym w chwilach przytomności chciał jej dziękować, kładła palce na ustach na znak, że doktor zabronił mi mówić. Nie wiem, ile nocy nie spała. Była tak znużona, że w dzień, siedząc koło mnie na fotelu, zasypiała czasem w połowie rozpoczętego zdania. Zbudziwszy się, uśmiechała się do mnie i znów poczynała drzemać. Nocami chodziła czasem bardzo długo po swoim pokoju, żeby się bronić od snu, ale tak cicho, że byłbym o tym nie wiedział, gdyby nie to, żem przez otwarte drzwi widział jej cień poruszający się na ścianie. Raz, gdy była przy mnie, nie wiedząc, jak jej się wywdzięczyć, podniosłem jej rękę do ust; wówczas ona schyliła się szybko i ucałowała moją, nim mogłem ją cofnąć. A trzeba wiedzieć,

że nie zawsze umiałem być dla niej wdzięczny. W chorobie byle co drażni - mnie zaś drażnił jej wysoki wzrost. Czułem do niej jakby urazę za to, że nie jest taka jak Anielka. Płynęło to zapewne z tego, żem przez tyle czasu przyzwyczaił się uznawać wdzięk i piękność o tyle, o ile zbliżały się do wdzięku i piękności tamtej. Czasem patrząc na Klarę rozdrażniałem się wewnętrznie szczególniejszym poczuciem, że ona jest piękną nie dlatego, że natura chciała ją rozmyślnie uczynić piękną, i nie z prawa rasy, ale jakoby ze szczęśliwego wypadku. Nieraz zresztą piękna głowa kobieca sprawiała mi podobne wrażenie. Są w tych rzeczach odcienie pochwytne tylko dla bardzo wyrobionych i wrażliwych nerwów. Były jednak chwile, zwłaszcza nocami, w których, gdy patrzyłem na twarz Klary wychudłą, zmniejszoną i zmizerniałą od czuwania, miałem złudzenie, że widzę tamtą... Działo się tak zwłaszcza, gdy siedziała w mroku, opodal od mego łóżka. Do ułudy pomagała mi gorączka i chory mózg, dla którego niemożliwość nie

istnieje. Od czasu do czasu majaczyłem zupełnie - i bodajem zginął! - ale wołałem na Klarę imieniem tamtej i rozmawiałem z nią jak z tamtą. Pamiętam to jak przez sen. 17 października. Bankier B. odesłał mi kilka listów ciotki. Ciotka dopytuje się o mnie, o moje zamiary na przyszłość. Pisze nawet o omłotach, tylko o ludziach w Płoszowie nic. Nie wiem nawet, czy żyją, czy pomarli. Co za dziwny i drażniący sposób pisania listów! Wielce mnie zaiste zajmują omłoty i całe gospodarstwo płoszowskie! Odpisałem zaraz i nie umiałem ukryć niezadowolenia. 18 października. Dziś odesłano mi depeszę Kromickiego, adresowaną do Warszawy. Ciotka, zamiast zatelegrafować jej treść, zamknęła ją do koperty i wysłała pocztą. Kromicki błaga, bym dla ratowania własnych pieniędzy i jego całego losu nadesłał jeszcze dwadzieścia pięć tysięcy rubli. Przeczytawszy wzruszyłem tylko ramionami. Co mnie teraz może obchodzić Kromicki i moje pieniądze! Niech sobie giną. Gdyby Kromicki wiedział, dla jakich powodów przyszedłem mu pierwszym razem z pomocą, nie byłby teraz niczego żądał. Niechże zniesie swoje straty tak spokojnie, jak ja zniosę moją. Zresztą czeka go wielka nowina, która mu będzie pociechą. Cieszcie się, ile chcecie, miejcie dzieci, ile wam się podoba, jeśli jednak

żądacie ode mnie, bym ja myślał o ich losie - to doprawdy za dużo żądacie. Gdyby ona przynajmniej nie była mnie poświęcała z takim bezwzględnym egoizmem, dla tak zwanych swoich zasad... Ale dość o tym, bo mi się mózg przewraca w głowie. Niech mi będzie wolno przynajmniej spokojnie chorować... 20 października. Nie! Znaleźli mnie i tu. Znów od dwóch dni nie mam spokoju, znów się rękoma trzymam za głowę, żeby mi czaszka nie pękła od tego koła rozpędowego, które się

w niej obraca. Myślę znów o Płoszowie i o niej - i o mojej pustce w przyszłości. Jaka to jest przeraźliwa rzecz, gdy komu zbraknie nagle tego, czym żył wyłącznie i jedynie! Nie wiem, czy choroba osłabiła mój umysł, ale po prostu nie rozumiem różnych zjawisk, które w sobie dostrzegam. Oto zdaje mi się, że moja zazdrość przeżyła moją miłość. I to jest zazdrość podwójna, bo nie tylko o fakta, lecz i o uczucia. Rwie się wszystko we mnie na myśl, że to dziecko, które ma przyjść na świat, zabierze

serce Anielki dla siebie, a co więcej - o co głównie mi idzie - nakłoni je ku Kromickiemu. Ja bym tej kobiety, gdyby była wolna, już teraz nie chciał, ale nie mogę znieść przypuszczenia, że ona będzie kochała męża. Oddałbym resztę życia za to, by nikt jej już w życiu nie kochał i ona nikogo. Pod tym warunkiem jeszcze bym potrafił istnieć. 21 października. Jeśli mnie ten sposób, który mi chodzi po głowie, nie wyratuje, to znowu zapadnę w jaką chorobę albo oszaleję. Oto robię ze sobą obrachunek! Co mi się jeszcze

należy w życiu? - Nic! Co mnie czeka? - Nic! A jeśli tak, to nie istnieje żaden powód, dla którego bym nie miał uczynić ze siebie podarunku komuś, kogo taki podarunek może uszczęśliwić. Za moje życie, za mój umysł, za zdolności, za siebie całego nie dałbym obecnie trzech złamanych groszy; w dodatku nie kocham Klary, ale jeśli ona mnie kocha, jeśli we mnie widzi szczęście najwyższe życia, to byłoby okrucieństwem odmawiać jej tego, co ja sam tak mało cenię. Poczuwałbym się tylko do obowiązku powiedzenia jej, kim jestem, by wiedziała, co bierze. Tym

gorzej dla niej, jeśli się tym nie zrazi - ale to jej sprawa. Mnie w tym zamiarze nęci tylko jedna rzecz, a mianowicie, że przez to powiększy się jeszcze przepaść, jaka mnie dzieli od tamtej kobiety. I pokażę jej, że jeśli ona rozkopywała tę przepaść ze swego brzegu, to i ja ze swego potrafię. Wtedy będzie już koniec nad końce, bo jeszcze dziś ja o niej myślę. Widzę to i stwierdzam ze złością. Być może, iż to już jest nienawiść, ale to jeszcze nie obojętność.

Pani Kromicka sądziła zapewne, że odrywam się od niej dlatego, że muszę - ja jej dowiodę, że także chcę. A myślę, że im grubszy mur między nami postawię, im bardziej on mi ją zasłoni, tym prędzej i dokładniej o niej zapomnę. Co do Klary, powtarzam, że nie kocham jej, ale wiem, że ona mnie kocha. Prócz tego winienem jej wdzięczność. W chorobie miewałem takie chwile, że jej czuwanie nade mną nazywałem w duchu sentymentalizmem niemieckim, ale swoją drogą na taki sentymentalizm tamta by się nie zdobyła. Byłoby przecie godniejszym tej wysokiej cnoty dać człowiekowi skonać bez pomocy niż zobaczyć go bez krawata, bo taki przywilej przysługuje tylko prawnie poślubionemu małżonkowi. Klara nie zważała na nic; zaniedbała dla mnie muzykę, naraziła się na trud, na bezsenność, prawdopodobnie na obmowę ludzką, i wytrwała przy mnie.

Zaciągnąłem względem niej dług - i spłacam go. Spłacam źle i ze złą wiarą, bo ofiaruję się dlatego, że sam o siebie nie stoję, że mi teraz wszystko jest obojętne i że jestem tylko strzępem człowieka, nie człowiekiem. Ale skoro ona

ten strzęp ceni nad życie własne - niechże on należy do niej. Dla ciotki jednej będzie zmartwienie; zrani to i jej uczucia narodowe, i rodowe. Gdyby jednak ciotka mogła odczytać, co działo się w ostatnich czasach w moim sercu, wolałaby z pewnością to małżeństwo niż tamtą miłość. Pod tym względem nie mam najmniejszej wątpliwości. A cóż z tego, że przodkowie Klary byli prawdopodobnie tkaczami! Ja zasad nie mam żadnych, mam tylko nerwy, moje zaś przygodne poglądy są raczej liberalne. Dawno myślę, że jeżeli ludzie wyznający zasady liberalne są często jeszcze ciaśniejsi od konserwatystów, to natomiast zasady liberalne, same w sobie, są szersze od

konserwatywnych i zgodniejsze z nauką Chrystusa - co mi jest zresztą wszystko jedno. Ale o tych względach nawet mówić nie warto. Dopiero w nieszczęściu czuje się całą ich nicość. Mimo woli myślę ciągle, jak Anielka przyjmie wiadomość o moim postanowieniu? Tak przywykłem odczuwać wszystko przez nią, że mi ten bolesny nałóg jeszcze pozostał. 22 października.

Dziś rano wysłałem list do Klary. Odpowiedź otrzymam jutro - albo być może, iż sama Klara przyjedzie jeszcze dziś wieczorem. Po południu odesłano mi drugą depeszę Kromickiego. Ile rozpaczy może się mieścić w kilkunastu wyrazach, tyle w niej jest. Musiało się tam wszystko jak najgorzej obrócić, bo nie spodziewałem się, żeby ruina przyszła tak prędko. Zaszły chyba jakieś niespodziewane okoliczności, których nie przewidywał sam Kromicki. Strata, jaką ponoszę, nie czyni wielkiego uszczerbku w mej fortunie i mimo tej straty pozostanę zawsze więcej niż zamożnym człowiekiem ale Kromicki!... Dlaczego mam się zwodzić! Jest w sercu moim zakątek, w którym wylęgło się zadowolenie z tej ruiny. Pomyśleć, że jeśli ci ludzie będą mieli w przyszłości z czego żyć, to tylko dzięki ciotce, która, jak sama mówi, jest administratorką majątku Płoszowskich. Tymczasem nie mam zamiaru odpowiadać Kromickiemu. Gdybym jednak się na to zdecydował, za całą odpowiedź powinszowałbym mu potomka. Potem będzie co innego!

- potem dam obojgu chleb - nawet obfity. 23 października. Klara wczoraj nie przyjechała, a dziś do tej godziny, to jest do wieczora, nie przyszła jej odpowiedź. Jest to tym osobliwsze, że dotąd pisywała codziennie, dopytując się o moje zdrowie. Jej milczenie nie dziwiłoby mnie, gdybym mógł przypuszczać, że się będzie namyślała chociaż przez dziesięć minut.

Będę czekał cierpliwie - lepiej by jednak uczyniła nie zwłócząc. To jedno wiem i czuję, że gdyby mój list nie był wysłany, może być, że wysłałbym drugi podobny; ale gdyby tamten można cofnąć, to prawdopodobnie bym go cofnął. 24 października. Oto, co Klara mi pisze: "Drogi mój panie Leonie ł Po otrzymaniu listu pańskiego byłam jak odurzona ze szczęścia i chciałam zaraz wracać do Berlina. Ale właśnie dlatego, że pana bardzo głęboko kocham, posłuchałam głosu, który mi mówił, że najwyższa miłość nie powinna być najwyższym egoizmem i że mi nie wolno poświęcać pana dla siebie.

Pan mnie nie kocha, panie Leonie. Oddałabym życie za to, gdyby było inaczej - ale pan mnie nie kocha. List pański jest tylko porywem wdzięczności i jakiejś rozpaczy. Od pierwszej chwili spotkania się naszego w Berlinie spostrzegłam, że

pan nie jest ani zdrów, ani szczęśliwy - i jak dalece niepokoiłam się o pana, dowód w tym, że chociaż się pan ze mną pożegnał i zapowiedział swój wyjazd, posłałam jednak do hotelu dowiedzieć się, czy pan naprawdę wyjechał, i posyłałam następnie co dzień? póki mi nie odpowiedziano, że pan chory. Potem pilnując pana w czasie choroby przekonałam się, że i druga moja obawa była słuszna i że pan ma jakieś ukryte wielkie zmartwienie, czy też doznał pan jednego z takich bolesnych zawodów, po których trudno się z życiem pogodzić.

Teraz mam przekonanie - i Bóg jeden widzi, jak mi z nim ciężko - że pan chce związać swój los z moim, żeby się zagłuszyć, żeby o czymś zapomnieć, żeby sobie zamknąć jakieś drogi. A wobec tego podejrzenia, czy ja mogę się na to zgodzić? Odrzucając pańską rękę, będę, w najgorszym razie, przez całe życie bardzo nieszczęśliwa, ale nie powiem sobie nigdy: jesteś mu ciężarem i kulą u jego nogi. Ja pana pokochałam nad wszystko, od pierwszej chwili poznania, zatem od dawna, więc już przywykłam do tego smutku i do tych zmartwień, jakie płyną z rozłączenia, z braku nadziei i z tej pewności, że się nie jest kochaną. Źle mi z tym żyć, ale to jeszcze mogę wypłakać, czy przez łzy jak zwykła kobieta, czy przez muzykę jako artystka. Zawsze zostaje mi ta pociecha, że gdy pan czasem pomyśli o mnie, to pomyśli: "moja dobra siostra": I tym żyję. Ale gdybym została żoną pańską i gdybym spostrzegła, że pan żałuje swego porywu, że pan nie jest szczęśliwy i że mnie znienawidził, to bym umarła z pewnością. Przy tym ja sobie mówię: coś ty takiego uczyniła, czym się tak zasłużyłaś, żeby być tak bez miary szczęśliwą? Bo aż strach bierze, gdy się o takim szczęściu pomyśli. Czy pan to rozumie, że można kochać nie tylko z całej duszy, ale i z pokorą? Ja wiem, że można, bo tak kocham. I już to wydaje mi się zuchwalstwem, że jednak nie mam odwagi wyrzec się zupełnie nadziei. Ale niech mi pan tego nie bierze za złe: Pan Bóg jest taki miłosierny, a człowiek tak bardzo pragnie szczęścia, że sił brak, by zamknąć przed nim drzwi raz na zawsze. Jeżeli mi pan powtórzy, czy za pół roku, czy za rok, czy kiedykolwiek w życiu, że mnie pan chce jeszcze, wówczas wszystko mi się

nagrodzi - i to, co już przecierpiałam, i te łzy, których nie mogę wstrzymać teraz. Klara". Jest we mnie człowiek, który umie odczuć i ocenić każde słowo tego listu. Nic z niego dla mnie nie ginie i mówię sobie: tym bardziej warto wrócić, im bardziej to serce jest uczciwe, proste i kochające. Ale jest we mnie także człowiek zmęczony, któremu odebrano siłę życia, który

współczując nie kocha, bo w tamto uczucie włożył wszystko, co w nim było - i który widzi jasno, że gdy raz odejdzie, to już mu będzie niepodobieństwem wrócić. 28 października. Jestem zupełnie pewny, że Klara wcale nie wróci do Berlina, a co więcej, że ona, wyjeżdżając do Hanoweru, wyjeżdżała już ze stanowczym zamiarem niewracania. Chciała uniknąć moich podziękowań. Myślę o niej z żalem i wdzięcznością, a żal mi najbardziej tego, że ona nie trafiła na innego niż ja człowieka. Jest w tym wszystkim jakaś ironia losu; gdybym ja Klarę choć w setnej części tak kochał, jak kochałem Anielkę, można by z tego stworzyć cały świat szczęścia. Ale co mi z tego przyjdzie, jeżeli będę sam siebie łudził? Ja dotąd jestem pod jarzmem wspomnień. Przypominam sobie tę Anielkę taką, jaką była w Płoszowie, w

Warszawie, w Gasteinie - i od tej przeszłości nie mogę oderwać myśli. Zresztą tyle weszło w nią sił i życia, że się nawet sobie nie dziwię. Jak może być inaczej? Człowiekowi najtrudniej jest nie pamiętać.

Co chwila chwytam się na rozpamiętywaniach o Anielce - i chcąc się od nich uwolnić, muszę sobie przypomnieć, że ona już jest inna, że uczucia jej popłyną, a prawdopodobnie już popłynęły, w zupełnie innym kierunku i że ja jestem już dla niej niczym. Dawniej wolałem o tym nie myśleć, bo mi głowa pękała, teraz czasem czynię to umyślnie, bo inaczej nie umiem się bronić głosom, które podnoszą się we mnie i pytają coraz częściej: "Co ona winna, że jej narzucono to dziecko? skąd wiesz, co się dzieje w jej sercu? nie byłaby kobietą, gdyby nie pokochała dziecka, skoro ono na świat przyjdzie, ale kto ci powiedział, że nie czuje się teraz równie nieszczęśliwa jak ty?" I chwilami zdaje mi się, że ona może być jeszcze nieszczęśliwszą, a wówczas chciałbym dostać drugiego zapalenia płuc. Życie z takim chaosem myśli jest niemożliwe. 30 października. Im czuję się zdrowszy, tym częściej wracam do dawnego błędnego koła. Doktor twierdzi, że za kilka dni będę mógł wyjechać. I pojadę, bo tu mi jest za blisko do Warszawy i Płoszowa. Jest to może jedno z moich nerwowych dziwactw, ale wydaje mi się, że w Rzymie, na Babuino, będzie mi spokojniej. Nie obiecuję sobie

nie myśleć o przeszłości - owszem, będę o niej myślał od rana do wieczora, ale to już będą rozmyślania podobne chyba do takich, jakie się snują za kratą

klasztorną. Zresztą, czy ja wiem, co będzie?! - wiem tylko, że tu nie wysiedzę. Po drodze wstąpię do Angelego. Muszę w Rzymie mieć jej portret. 2 listopada. Porzucam Berlin, wyrzekam się Rzymu i wracam do Płoszowa. Dawniej już napisałem: "To nie tylko najbardziej kochana kobieta, to już moja najdroższa w świecie głowa". Tak jest! tak jest! Niech to się sobie nazywa newrozą czy szaleństwem starczym, czy czym chce, wszystko mi jedno: ja mam to już we krwi i w duszy.

Pojadę do Płoszowa, będę jej służył, będę jej doglądał, pilnował - i za całą nagrodę chcę tylko patrzeć na nią. Dziwię się, jak mogłem przypuszczać, że potrafię żyć bez jej widoku. Jeden list ciotki wyprowadził na jaw to, co było we mnie. Ciotka mówi: "Nie rozpisywałam się o nas, bo nie mogłam ci donieść nic wesołego, a że nie umiem kłamać, więc wolałam milczeć niż cię niepokoić, wiedząc, że nie jesteś zdrów. Mam wielkie zmartwienie z powodu Kromickiego i chciałabym zasięgnąć twej rady. Stary Chwastowski pokazywał mi list syna, w którym ten donosi; że interesa Kromickiego są w najokropniejszym stanie, a on sam zagrożony odpowiedzialnością sądową. Wszyscy go tam. zawiedli. Zażądano nagle olbrzymich dostaw, że zaś termin był krótki, więc on nie mógł sprawdzić, czy materiał, jakiego mu

dostarczono, był dobry. Otóż wszystko okazało się złe, zepsute, fałszywe - i

wszystko zostało odrzucone - a w dodatku wisi nad Kromickim proces o oszustwo. Oby Bóg dał, żeby choć to na niego nie spadło, tym bardziej że jest zupełnie niewinny. Mniejsza o ruinę, byleby nie było hańby. Ale ja tracę głowę, co zrobić i jak go ratować? Boję się narazić tej sumy, którą przeznaczyłam dla Anielki, a tu trzeba koniecznie uwolnić go przynajmniej od procesu. Radź, Leonie, bo ty masz rozum i zawsze umiesz jakiś plan wymyślić. Ani Celinie, ani Anielce nie powiedziałam dotąd ani słowa, bo zwłaszcza Anielka niepokoi mnie okropnie. Nie wyobrazisz sobie, co się z nią teraz dzieje. Celina jest zacna kobieta, ale zawsze przesadzała w pruderii i tak samo wychowała Anielkę. Nie wątpię, że Anielka będzie najlepszą matką, ale teraz aż złość mnie czasem bierze, bo kiedy się wychodzi za mąż, to trzeba być gotową na następstwa, a tymczasem Anielka jest w takiej rozpaczy, jakby to była hańba. Co dzień widuję na jej twarzy ślady łez. Litość bierze patrzeć na jej zmizerowaną twarz, podbite oczy, na tę gotowość do płaczu, na ten wyraz jakiejś boleści i upokorzenia, który ma w oczach. Jak życie moje, nie widziałam, żeby kobieta tak znosiła ten stan. Próbowałam perswazji i łajania, ale to nic nie pomaga. Powiem ci szczerze, że nadto ją kocham, a może być, iż na starość tracę dawną energię. Przy tym to takie skądinąd poczciwe! Żebyś ty wiedział, jak ona co dzień dopytuje się o ciebie: czy nie było listu? czyś zdrów? gdzie zamierzasz jechać? jak długo zabawisz w Berlinie? Ona wie, że ja lubię rozmawiać o tobie, i umyślnie po całych godzinach rozmawia. Żeby tylko Bóg zlitował się nad nią i dał jej siłę do zniesienia tych zmartwień, które ją czekają. Ja prawdziwie tak boję się o jej zdrowie, że nie mam odwagi jednym słowem jej napomknąć o położeniu męża. Ale przecie prędzej później, musi to wyjść na jaw. Nie mówiłam nic także i Celinie, bo ona ogromnie przybita rozdrażnieniem Anielki i zachodzi w głowę, dlaczego Anielka bierze tak tragicznie swój stan". Dlaczego? Ja jeden w świecie to rozumiem, ja jeden mógłbym odpowiedzieć na to

pytanie - i dlatego - wracam do Płoszowa. Nie! Ona nie swój stan bierze tragicznie, ale moją ucieczkę, moją rozpacz, której się domyśla, ale potarganie tego stosunku, który stał jej się drogi od czasu, jak po tylu trudach, tylu cierpieniach i wysileniach zdołała go wreszcie zmienić na czysty. Teraz oto wchodzę w jej duszę i myślę za nią. Jej tragedia jest warta mojej. Od chwili, gdym wrócił do Płoszowa, uczucie walczyło w tej niepowszednio szlachetnej istocie z obowiązkiem. Chciała pozostać czystą i wierną temu, komu zaprzysięgła wiarę, bo natura jej duchowa wyłącza brud i kłamstwo, a jednocześnie nie mogła się oprzeć uczuciu dla człowieka, którego pokochała pierwszą miłością i nie mogła tym bardziej, że ten człowiek był przy niej, że ją kochał i był nieszczęśliwy. Całe miesiące płynęły jej w najstraszniejszej rozterce. Nareszcie, gdy nastała chwila uspokojenia, gdy wydało się jej, że to uczucie przeszło w związek dusz tak nadziemski, iż ani czystość myśli, ani zaprzysiężona wiara na nim nie tracą

- nagle wszystko rozerwało się, i ona została sama, z takąż pustką przed sobą jak moja. Oto powód jej teraźniejszej niedoli.

Czytam obecnie w jej duszy jak w książce - i dlatego wracam. Również widzę dopiero teraz, że ja prawdopodobnie nie byłbym jej opuścił, gdybym był miał zupełną pewność, że jej uczucie dla mnie przetrwa wszelkie wypadki. Sama zwierzęca zazdrość. która przepełnia serce wściekłością, a wyobraźnię ohydnymi widzeniami tych praw, z których korzystał kto inny, nie miałaby dość siły, aby mnie oderwać od tej kobiety, w której był mój świat. Ale ja sądziłem, że to dziecko, zanim jeszcze przyjdzie na świat, już owładnie wszystkimi jej uczuciami, że zbliży ją do męża, a mnie wymaże na zawsze w jej sercu z listy żyjących. I nie łudzę się: wiem, że nie będę dla niej tym, czym byłem, a zwłaszcza czym mogłem zostać, gdyby nie ten zbieg rzeczy. Mogłem bowiem zostać

jej jedyną drogą istotą, wiążącą ją z życiem i szczęściem - teraz zaś tak już nie będzie. Ale póki będzie się w niej tliła choć iskierka uczucia dla mnie, nie odejdę, bo odejść nie mogę, i nie mam dokąd. Więc wrócę i zacznę tę iskrę rozdmuchiwać, i zacznę się rozgrzewać przy niej. Gdybym tego nie uczynił, zmarzłbym niechybnie. Odczytuję jeszcze raz te słowa ciotki: "Żebyś ty wiedział, jak ona co dzień dopytuje o ciebie, czy nie było listu, czyś zdrów, jak długo zabawisz w

Berlinie" - i nie mogę się nimi nasycić. Zupełnie mi jest tak, jakbym umierał z

głodu i jakby mi ktoś niespodzianie przyniósł kawałek chleba. Jem - i z wdzięczności chce mi się płakać. Może to już miłosierdzie boże zaczyna się nade

mną? Bo jednak czuję, żem ja się zmienił przez te ostatnie dni - i że dawny człowiek zamarł we mnie. Ja już się nie będę burzył przeciw jej woli, przeniosę wszystko, uspokoję ją, uciszę, wyratuję nawet jej męża... 4 listopada. Po namyśle zatrzymałem się jeszcze w Berlinie przez dwa dni. Jest to z mojej strony ofiara, bo ledwie mogę tu usiedzieć, ale trzeba było koniecznie wysłać naprzód list donoszący, że przyjeżdżam. Depesza mogła Anielkę nastraszyć, równie jak moje niespodziewane przybycie. Wysłałem list wesoły, a zakończyłem go tak serdecznym pozdrowieniem dla Anielki; jakby nigdy nic między nami nie zaszło. Chcę, żeby zrozumiała, iż pogodziłem się z moim losem i że wracam takim, jakim byłem dawniej. Ciotka zapewne spodziewała się trochę mego przyjazdu. Warszawa, 6 listopada. Przyjechałem dziś rano. Ciotka, uprzedzona moim listem, czekała mnie w Warszawie. W Płoszowie nieźle, Anielka spokojniejsza. Od Kromickiego nie było żadnych w ostatnich czasach wiadomości. Biedne ciotczysko przywitało mnie okrzykiem: "Co się z tobą stało, Leonie!" Nie wiedziała nic, żem chorował, a oczywiście tak długa choroba musiała mnie mocno wycieńczyć. Prócz tego, włosy moje posiwiały tak przy skroniach, że waham się, czy ich sztucznie nie przyciemniać. Nie chcę teraz być starym ani wyglądać na starego. Ale i ciotka zmieniła się w ostatnich czasach ogromnie. Przecie nie tak dawno, jakeśmy się rozłączyli, a znalazłem ogromną różnicę. Twarz jej straciła jakoś dawny stanowczy wyraz, rysy stały się jednak więcej nieruchome. Zauważyłem zaraz, że głowa poczyna jej się nieco trząść, co się szczególnie daje widzieć, gdy czego słucha z uwagą. Gdym jej się wypytywał z niepokojem, jak się ma, odpowiedziała mi z całą, właściwą sobie otwartością:

- Po powrocie z Gasteinu miałam się wybornie, ale teraz wszystko obróciło się na złe i czuję, że już na mnie czas. Po chwili zaś dodała:

- Wszyscy Płoszowscy kończą na paraliż - mnie zaś lewa ręka drętwieje co rano.

Ale nie warto o tym mówić - wola boska! I nie chciała więcej mówić. Natomiast naradzaliśmy się obszernie, jak przyjść w pomoc Kromickiemu, i postanowiliśmy nie dopuścić do procesu, choćby kosztem największych ofiar. Ratować go od ruiny nie mogliśmy, chyba za cenę naszej własnej ruiny, na co niepodobna się było zgodzić ze względu na Anielkę. Uczyniłem projekt sprowadzenia, po usunięciu procesu, Kromickiego do kraju i osadzenia go na gospodarstwie. Bóg widzi, że cała dusza wzdrygała się we mnie na samą myśl jego obecności przy Anielce, ale żeby ofiara była zupełną, postanowiłem wypić i tę truciznę. Ciotka ofiaruje się oddać mu jeden ze swoich folwarków przyległych do Płoszowa, ja dostarczę odpowiedniego kapitału, i wszystko to razem wzięte utworzy wiano Anielki. Kromicki musi się tylko zobowiązać do porzucenia raz na zawsze spekulacyj. Tymczasem wyślemy mu w pomoc jednego z adwokatów tutejszych, zaopatrzonego we wszelkie środki potrzebne do umorzenia procesu. Skończywszy tę naradę, począłem wypytywać o Anielkę. Ciotka opowiadała mi o niej bardzo obszernie; powiedziała mi między innymi, że zmieniła się już znacznie i zbrzydła. Usłyszawszy to, uczułem tylko tym większą litość dla niej. Nic już nie potrafili odwrócić od niej mego serca. To moja głowa najdroższa! Chciałem dziś, zaraz po naradzie, jechać do Płoszowa, ale ciotka oświadczyła, że jest zmęczona i że pragnie zanocować. Ponieważ przyznałem się jej, żem był chory na zapalenie płuc, więc podejrzewam ją, że została umyślnie, by mnie nie narażać na drogę w powozie podczas niepogody. Deszcz pada od rana. Zresztą nie mogliśmy dziś wyjechać, a jutro wyjedziemy prawdopodobnie dopiero wieczorem. Sprawa Kromickiego wymaga pośpiechu. Trzeba zaraz jutro umówić adwokata i wysłać go jak najprędzej. 7 listopada. Przyjechaliśmy do Płoszowa o siódmej wieczór; teraz jest północ i cały dom już śpi. Chwała Bogu, powitanie nie wzruszyło jej nadto. Wyszła do mnie zmieszana, z przymusem, z niepewnością, z zawstydzeniem i jakby ze strachem w oczach, ale ja sobie przysiągłem, że powitam ją tak swobodnie, tak naturalnie, jakbyśmy się wczoraj rozstali. I odjąłem powitaniu wszelki odcień przejednania, przebaczenia i wszelki nastrój uroczysty. Spostrzegłszy ją, zbliżyłem się do niej spiesznie i wyciągnąwszy ręce, zawołałem prawie wesoło:

- Jak się masz, Anielko kochana! Tak stęskniłem się za wami, żem odłożył swoją morską podróż do późniejszych czasów. A ona zrozumiała natychmiast, że takie powitanie jest aktem zgody, przejednania, powrotu do niej i zarazem ofiarą z siebie samego dla jej spokoju. Przez chwilę przemknęło po jej twarzy rozrzewnienie tak wielkie, że bałem się, iż nie zdoła nad nim zapanować. Chciała coś przemówić i nie mogła, ściskała tylko silnie moją rękę. Myślałem, że się rozpłacze. Alem nie zostawił jej na to czasu i zacząłem pospiesznie mówić tym samym tonem:

- Cóż portret? Głowa już była skończona, jakeś wyjeżdżała - nieprawda? Angeli tak prędko go nie przyszle, bo sam mi mówił, że to będzie jego arcydzieło. Wystawi go pewno w Wiedniu, w Monachium i w Paryżu. Całe szczęście, żem zamówił drugi egzemplarz, bo inaczej czekalibyśmy jeszcze z rok. Ale chciałem cię mieć koniecznie i dla siebie. Ona zaś, mimo wszystkiego, co się działo w jej sercu, musiała się przystosować do tego tonu, zwłaszcza że do rozmowy wmieszała się ciotka i pani Celina. Tak przeszły te pierwsze chwile. Wszystko, com mówił, było zagadywaniem naszych wzajemnych uczuć. Nie wyszedłem jednak przez cały wieczór z mej roli, choć czułem, że pot osiada mi na czole z wysilenia. Byłem jeszcze bardzo osłabiony

niedawną chorobą i prócz tego - to był przecie taki okropny przymus! Widziałem, że podczas wieczerzy Anielka z przestrachem i wzruszeniem spogląda na moją wybladłą twarz i siwiejące skronie; widziałem, że odgaduje wszystko, com przeszedł. Ale ja opowiadałem i o moich dolegliwościach berlińskich także niemal wesoło. Musiałem unikać nawet spojrzenia na jej zmienioną postać, by jej nie dać uczuć, że te zmiany widzę i że ich widok wstrząsa mną. W końcu wieczora czyniło mi się kilkakrotnie słabo, jednakże przemogłem się i ona czytała w moich oczach tylko pogodę, tylko najgłębsze przywiązanie, a zarazem zupełne pogodzenie się z położeniem. Ona jest bardzo przenikliwa; wie, odczuwa i rozumie wszystko, ale ja przeszedłem siebie samego: byłem tak naturalny i swobodny, że wreszcie mogła i ona mniemać, iż powiedziałem sobie: Z czym nie można walczyć, z tym trzeba się pogodzić. Jeżeli nawet zostały w jej duszy co do tego pewne wątpliwości, to natomiast pod jednym względem nie zostawiłem jej żadnej: mianowicie, że ją zawsze kocham jak dawniej, że jest zawsze moją uwielbioną, dawną Anielką. I widziałem, że jej jest lepiej w tym cieple. Mogłem zaiste być z siebie dumny, bo od razu wniosłem jakiś promień weselszy do tego domu, którego nastrój był ponury. I ciotka, i pani Celina umiały to ocenić. Pani Celiną w chwili, gdym im mówił dobranoc, rzekła mi wprost:

- Chwała Bogu, żeś przyjechał. Zaraz nam z tobą raźniej. A Anielka, ściskając serdecznie moją rękę, spytała:

- Ale teraz już prędko nie odjedziesz?

- Nie, Anielko - odpowiedziałem - teraz już wcale nie odjadę. I odszedłem, a raczej uciekłem do siebie na górę, bo czułem, że sił mi braknie. Zebrało się we mnie przez ten wieczór tyle płaczu nad moją nędzą, że mnie dusi. Są małe poświęcenia, które więcej kosztują od wielkich. 8 listopada.

Ja dlatego tak często powtarzałem: "To moja głowa najdroższa" - że istotnie trzeba kobietę kochać nad życie, nie tylko jako kobietę, ale jako głowę najdroższą, by od niej nie uciec w tych warunkach. Czuję doskonale, że sam

fizyczny wstręt odpędziłby mnie od każdej innej - że zaś przy tej zostaję i zostanę, więc znów mi wraca myśl, że moja miłość jest jednakże poniekąd chorobą, jakimś zboczeniem nerwowym, które nie miałoby miejsca, gdybym był zupełnie zdrowym i normalnym okazem ludzkiego rodzaju. Dzisiejszy człowiek, który wszystko tłumaczy sobie newrozą i wszystko uświadamia, nie ma nawet tej pociechy, jaką by mu mogło dać przeświadczenie o jego wierności. Bo gdy sobie

powie: twoja wierność i wytrwanie to choroba - nie zasługa, pozostaje mu tylko jedna więcej gorycz. Jeśli świadomość takich rzeczy uniemożliwia coraz bardziej

ludziom życie - to po co my się o nią staramy? Dziś dopiero przy świetle dziennym dostrzegłem, jak dalece nawet twarz Anielki

jest zmieniona - i serce rozdzierało się we mnie na ten widok. Usta jej są obrzmiałe; to czoło, niegdyś takie niepokalane, straciło swoją jasność i czystość. Ciotka miała słuszność! Piękność jej prawie zniknęła. Zostały tylko oczy dawnej Anielki. Ale dla mnie to dosyć. Ta zmieniona twarz zwiększa tylko

moją litość i tkliwość - i staje się tym bardziej ukochana. Choćby dziesięć razy

więcej zbrzydła - będę ją zawsze kochał. Jeśli to jest choroba - to dobrze!

Jestem więc chory i nie życzę sobie wyzdrowieć - i wolę umrzeć z tej choroby, jak z każdej innej. 9 listopada. Przyjdzie czas, że stan jej minie, że piękność wróci. Myślałem dziś o tym, a zarazem zadawałem sobie pytanie: jakie też będą nasze stosunki w przyszłości i czy nie ulegną odtąd żadnej zmianie? I jestem pewien, że nie. Ja wiem już, co to

jest żyć bez niej, i nie uczynię nic takiego, za co by mnie mogła odepchnąć - ona zaś pozostanie taką, jaką była. Nie mam teraz żadnej wątpliwości, że jestem jej potrzebny do życia, ale wiem również, że tego uczucia, jakie ona ma dla mnie, sama przed sobą nawet nie nazwie nigdy inaczej, tylko wielką siostrzaną

miłością. Wszystko jedno, czym ono będzie w gruncie rzeczy - dla niej zostanie

zawsze idealnym przywiązaniem duszy do duszy - to jest czymś dozwolonym, bo możliwym nawet między rodzeństwem. Gdyby było inaczej, zaczęłaby natychmiast ze sobą walkę. Pod tym względem nie mam złudzeń. Powiedziałem już, że ten stosunek stał jej się drogim od czasu, jak zmieniła go na czysty. Niechże sobie takim zostanie, byle był jej zawsze drogi! 10 listopada. Co to za fałszywe pojęcie, że uczuciowość ludzi nowożytnych zmniejsza się. Czasem myślę, że jest przeciwnie. Kto nie ma dwóch płuc, ten gwałtowniej oddycha

jednym, a nam odjęto wszystko, czym dawniej człowiek żył - pozostawiono tylko nerwy bardziej rozdrażnione i bardziej wrażliwe niż u dawnego człowieka. To inna rzecz, że brak czerwonych kulek w naszej krwi będzie wytwarzał uczucia nienormalne i chorobliwe; tragedia uczuciowa ludzka raczej się przez to zwiększy, niż zmniejszy. Zwiększy się dlatego, że dawny człowiek w razie zawodu miłosnego mógł znaleźć pociechę, czy to w religii, czy w poczuciu obowiązków społecznych; dzisiejszy już jej nie znajduje. Dawniej w zapędach uczuciowych hamulcem bywał charakter; dziś charaktery nikną i muszą niknąć z przyczyn sceptycyzmu, który jest czynnikiem psychicznym, rozkładającym. Stoczył on jak

baccillus duszę ludzką - zmiękczył ją i zniweczył jej oporność na fizjologiczne zachcenia nerwów, które na domiar wszystkiego są chore. Człowiek dzisiejszy wszystko uświadamia, a na nic nie umie poradzić. 11 listopada. Od Kromickiego nie było dość dawno żadnej wiadomości; nawet Anielka nie miała listu. Ja wysłałem do niego depeszę z wiadomością, że adwokat wysłany, a

następnie list - ale wysłałem prawie na oślep, trudno bowiem wiedzieć, gdzie on w danej chwili bawi. I list, i depesza dojdą go z czasem, ale zupełnie nie wiem, kiedy. Stary Chwastowski pisał do syna; może on pierwej coś odbierze.

Z Anielką spędzam, teraz całe godziny - i nikt mi w tym nie przeszkadza, bo sama pani Celina, którą wtajemniczyliśmy w istotny stan rzeczy, prosiła, żebym przygotował cokolwiek Anielkę na wiadomości, jakie lada dzień może od samego Kromickiego otrzymać. Ja wypowiedziałem już Anielce moje obawy co do rezultatu przedsiębierstw jej męża, ale uczyniłem to w formie osobistych moich przypuszczeń. Mówiłem jej, że nawet zupełnej ruiny Kromickiego nie powinna brać do serca i że byłby to pod pewnym względem najpomyślniejszy wypadek, jaki by mógł ją spotkać, wówczas bowiem zacząłby się dla niej okres prawdziwego spokoju. Uspokoiłem ją zupełnie co do moich pieniędzy pożyczonych Kromickiemu i utwierdziłem w przekonaniu, że te w żadnym razie przepaść nie mogą; na koniec wspomniałem coś o planach ciotki. Wysłuchała mnie stosunkowo spokojnie, choć nie bez wzruszenia. Jej głównie dodaje siły to, że czuje koło siebie kochające

serca, a tego przecie jej nie brak. Ja kocham ją teraz nad wszelki wyraz - i ona to widzi, ona to czyta we mnie. Gdy mi się uda rozweselić ją, wywołać jej uśmiech, wówczas i mnie porywa taka radość, że nie mogę jej w sobie pomieścić. Jest obecnie w mojej miłości dla niej coś ze ślepego przywiązania sługi do uwielbionej pani. Czuję czasem niepowstrzymaną potrzebę upokorzenia się przed nią. Mam ciągłe poczucie, że moje właściwe miejsce jest u jej nóg. Już ona nie

może dla mnie zbrzydnąć, zmienić się, zestarzeć - wszystko przyjmę, na wszystko zgodzę się, wszystko uwielbię. 12 listopada. Kromicki nie żyje! Katastrofa spadła na nas jak piorun. Niech Bóg ochrania Anielkę od jakiego wypadku ze zdrowiem! Dziś przyszła depesza, że oskarżony o oszustwo i zagrożony więzieniem, odebrał sobie życie. Wszystkiego bym się był

prędzej spodziewał niż tego... Kromicki nie żyje! Anielka jest wolna! - ale jak to przeniesie? Od kilku godzin odczytuję co chwila depeszę i zdaje mi się, że śnię. I nie śmiem oczom wierzyć, chociaż nazwisko Chwastowski, podpisane pod depeszą, ręczy mi za jej prawdę. Ja wiedziałem, że to się musi źle skończyć, alem nie przypuszczał, żeby koniec był tak nagły i tak tragiczny. Nie! nic podobnego przez myśl mi nie przeszło! Toteż dostałem jakby obuchem w głowę. Jeśli teraz nie pomiesza mi się w mózgu, to już wytrzymam wszystko. Przyszedłem i tak Kromickiemu raz z pomocą; obecnie znów wysłałem mu na ratunek adwokata, więc sumienie nic mi nie wyrzuca. Był czas, żem życzył mu z całej duszy śmierci

- prawda, ale właśnie tym większa moja zasługa, żem go mimo wszystkiego ratował.

A tu śmierć przyszła, nie tylko nie wskutek moich usiłowań, ale wbrew im - i Anielka jest wolna! Dziwna rzecz: ja to wszystko wiem, ale jeszcze w to dostatecznie nie wierzę. Jestem jakby nieprzytomny. Kromicki był mi przecie obcym i zarazem największą zawadą w życiu. Ta zawada nie istnieje, więc powinien bym odczuwać radość bez granic, a jednak nie mogę i nie śmiem jej odczuwać, może dlatego, że łączy się do niej przerażenie o Anielkę. Pierwsza myśl moja po odebraniu depeszy była: co się stanie z Anielką? jak ona tę wiadomość przeniesie? Niechże ją Bóg ochrania! Nie kochała tego człowieka, ale w dzisiejszych warunkach wstrząśnienie może ją zabić. Myślę o tym, żeby ją wywieźć. Co za szczęście, że depeszę oddano mi w moim pokoju, a nie w sali jadalnej albo w salonie. Nie wiem, czybym zdołał zapanować nad wrażeniem. Przez jakiś czas nie mogłem przyjść do siebie. Następnie zeszedłem do ciotki, ale i jej nie pokazałem

od razu telegramu - rzekłem tylko:

- Odebrałem bardzo złą wiadomość o Kromickirn.

- Co? co się stało? - spytała.

- Niech się ciotka nie przestraszy.

- Już jest pod sądem?... tak?...

- Nie... coś gorszego... to jest - już jest pod sądem, ale nie pod ludzkim. Ciotka poczęła mrugać, oczyma.

- Co ty mówisz, Leonie? Wówczas pokazałem jej depeszę. Ciotka, przeczytawszy ją, nie odpowiedziała ani słowa, tylko poszła do klęcznika; klękła i ukrywszy twarz w dłonie, poczęła się modlić. Na koniec wstała i rzekła:

- Anielka może to życiem przypłacić. Co robić?

- Ona nie powinna wiedzieć ó niczym póty, póki dziecko nie przyjdzie na świat.

- Jak tu ją ustrzec? Cały świat będzie o tym mówił, i gazety również:.. Jak tu ją ustrzec?

- Ciotko kochana - rzekłem - ja widzę tylko jedną radę. Należy sprowadzić doktora i powiedzieć mu; żeby nakazał wyjazd Anielce, niby dla zdrowia. Wówczas ja wywiozę ją i panią Celinę do Rzymu, gdzie mam przecie własny dom. Tam ją ustrzegę przed każdą wiadomością. Tu będzie trudno, zwłaszcza gdy i służba się dowie.

- Ale czy jej zdrowie pozwoli na wyjazd?

- Nie wiem; to musi powiedzieć doktor. Sprowadzę go jeszcze dziś Ciotka przystała na mój projekt. Rzeczywiście nie mogliśmy nic lepszego wymyślić. Postanowiliśmy wciągnąć panią Celinę do tajemnicy, żeby popierała zamiar wyjazdu. Służbie zapowiedziałem najsurowiej, że nie wolno zbliżać się do młodej pani z żadną wiadomością. Gazety, depesze i wszystkie listy, bez względu na to, do kogo będą adresowane, kazałem odnosić do swego pokoju. Ciotka przez długi czas była jakby ogłuszona. Podług niej, samobójstwo jest jedną z największych zbrodni, jakich człowiek może się dopuścić więc z uczuciem litości, jakie ma dla nieboszczyka, łączy się w niej żal, zgroza i oburzenie. Co chwila powtarza: "Nie powinien był tego czynić, wiedząc, że ma zostać ojcem". Ale ja przypuszczam, że on mógł nie odebrać tej wiadomości. W ostatnich czasach musiał pewnie rzucać się gorączkowo i przejeżdżać z miejsca na miejsce, w miarę jak tego wymagały jego poplątane i rwące się sprawy. Ja go nie śmiem potępić i powiem otwarcie, że nie mogę się oprzeć pewnemu dla niego uznaniu. Są ludzie, którzy nawet słusznie posądzeni o nadużycia lub oszustwa i skazani wyrokiem

sądowym, spijają w kozie szampana i pędzą wesołe życie. On do tego nie doszedł - i wolał się oczyścić z niesłusznych zarzutów śmiercią. Może pamiętał i o tym, kim jest. Mniej miałbym dla niego współczucia, gdyby odebrał sobie życie z powodu samej tylko ruiny. Przypuszczam jednak, że i to by mu wystarczyło, Przypominam sobie, jakie poglądy wygłaszał w Gasteinie. Jeśli moja miłość jest newrozą, to niewątpliwie była nią jego gorączka robienia pieniędzy. Gdy to chybiło, gdy ta podstawa usunęła mu się spod nóg, zobaczył przed sobą taką samą otchłań i pustkę, jaką ja widziałem w Berlinie. A wówczas, co go mogło

zatrzymać? Myśl o Anielce? Wiedział przecie, że jej nie odmówimy opieki - a przy

tym - kto wie? - może i to czuł, że nie jest bardzo kochany. W każdym razie ja myślałem, że to jest człowiek niższy, niż był; nie spodziewałem się po nim

takiej energii - i przyznaję, że mu czyniłem krzywdę. Złożyłem już pióro, ale do niego wracam, bo nie mogę nawet marzyć o śnie, a oprócz tego, pisząc myślę spokojniej i mniejszy mam młyn w głowie. Anielka

wolna, Anielka wolna! - powtarzam te wyrazy i nie ogarniam jeszcze całego ich znaczenia. Czuję, że mógłbym oszaleć z radości, i zarazem chwyta mnie niezrozumiała bojaźń. Miałożby się naprawdę rozpocząć dla mnie nowe życie? Co to jest? czy to zasadzka losu, czy to miłosierdzie boże nade mną za to, żem się tak ogromnie wymęczył, a tak bardzo kochał? A może istnieje jakieś prawo bytu, jakaś siła mistyczna, która oddaje kobietę najbardziej kochającemu ją mężczyźnie po

to, aby się spełniała odwieczna zasada wszechtwórcza - nie wiem! Mam tylko takie uczucie, jakby mnie i wszystkich koło mnie niosła niezmierna fala, zatapiająca wszelką ludzką wolę i ludzkie wysilenia...Przerwałem znów, bo wrócił powóz wysłany po doktora. Doktor nie przybył. Ma dziś operację i obiecuje się na jutro

rano. Musi zamieszkać u nas w Płoszowie aż do chwili naszego wyjazdu - i odprowadzić nas do Rzymu. Tam znajdę innych... Noc późna... Anielka śpi i ani się domyśla, co nad nią zawisło, jaka zupełna zmiana zaszła w jej losach... Oby jej przyniosła szczęście i spokój! Jej się to należy. Może to nad nią poczyna się miłosierdzie boże?... Nerwy moje są tak podniecone, że gdy doleci mnie szczekanie psa na folwarku albo grzechotka stróża nocnego, zdaje mi się, że to znów nadchodzi jakaś wiadomość i chce się dostać wprost do Anielki. Staram się jednak sam uspokoić i tłumaczę sobie, że jakaś dziwna bojaźń, która mnie przejmuje, płynie głównie z obawy o Anielkę i że gdyby nie stan jej, nie odczuwałbym tego niepokoju. Powtarzam sobie, że te obawy miną, jak wszystko mija, i potem zacznie się nowe życie. Potrzebuję się oswoić z myślą, że Kromicki już nie żyje... Z tej katastrofy wypłynie dla mnie szczęście, o jakim marzyć nie śmiałem, ale istnieje w człowieku pewien zmysł moralny, który zabrania się radować ze śmierci nawet nieprzyjaciela. A przy tym w samej śmierci tkwi pewna groza. Ludzie przy trupie zawsze rozmawiają po cichu... Oto dlaczego i ja nie śmiem się radować. 13 listopada. Wszystkie moje plany na nic. Doktor przyjechał z rana i po zbadaniu Anielki oświadczył, że o podróży mowy być nie może i że groziłaby ona wprost niebezpieczeństwem dla życia Anielki. Zachodzą w jej stanie jakieś, nieprawidłowości. Co za męka słuchać tego specjalnego języka, w którym każdy termin zdaje się grozić śmiercią ukochanej istocie! Wtajemniczyłem doktora w nasze położenie, na co odpowiedział mi, że z dwóch niebezpieczeństw woli wybrać mniejsze i mniej pewne. Co mnie wzburzyło i zaniepokoiło najokropniej, to jego rada, by po odpowiednim przygotowaniu, powiedzieć Anielce o śmierci męża. Niestety, nie mogę odmówić pewnej słuszności jego rozumowaniom. On powiedział tak: Jeżeli państwo jesteście zupełnie pewni, że potraficie upilnować, by wiadomość nie doszła do pani Kromickiej jeszcze przez kilka miesięcy, to niewątpliwie lepiej nic nie mówić;

ale jeżeli nie - lepiej ostrożnie przygotować i w końcu powiedzieć, bo gdyby się dowiedziała nagle, wówczas mogłaby nastąpić druga katastrofa. Co tu robić? Zaprowadzę chyba zupełną kwarantannę wokół Płoszowa; nie puszczę człowieka, listu, gazety, przepiszę służbie, co ma mówić, nawet jak patrzeć... Bo jakie wrażenie robią tego rodzaju wieści, nawet po odpowiednim przygotowaniu, miałem dziś przykład na pani Celinie, której musieliśmy wreszcie powiedzieć prawdę. Mdlała dwukrotnie i dostała spazmów, które przyprawiły mnie niemal o szaleństwo, bo mi się zdawało, że cały dom je słyszy. A przecie ona tak znów nie przepadała za tym zięciem. Ale i ją przeraziła głównie myśl o Anielce.

Sprzeciwiałem się radzie lekarza, jak mogłem - i zdaje mi się, że się nigdy na nią nie zgodzę. Ja im nie mogę powiedzieć jednej rzeczy: że Anielka nie kochała

męża - i właśnie dlatego tym ją straszniej wstrząśnie jego śmierć. To już nie chodzi o ten żal, jaki się odczuwa po śmierci drogiej istoty, tu chodzi o te wyrzuty, które ona sobie będzie czynić, że gdyby go kochała więcej, to by i jemu życie było droższe. Czcze, błahe, niesłuszne wyrzuty, bo to, co przez wolę można sobie nakazać, ona nakazała sobie i spełniła i oparła się mojej miłości, i pozostała czysta i wierna. Ale trzeba znać tę duszę pełną skrupułów, żeby ocenić, w jaką popadnie zgryzotę i jak zacznie się zaraz podejrzewać, czy czasem śmierć ta nie odpowiada jakimś utajonym jej życzeniom swobody i wolności, czy nie dogadza takim jej chęciom, których nie śmiała wypowiedzieć? Mnie włosy powstają na głowie, gdy o tym myślę, bo przecie istotnie ta śmierć otwiera przed nią nowe życie, więc to będą dwa wstrząśnienia, dwa gromy, które uderzą w tę biedną drogą głowę... Tego ani doktor, ani ciotka, ani pani Celina nie rozumieją. Nie! ona nie powinna nic wiedzieć aż do końca. Co za klęska, że ona nie może wyjechać! Bo tu trudno, prawie niepodobna, będzie jej ustrzec. Tu ona wyczyta w twarzach, że coś zaszło. Lada słowo, lada spojrzenie może zwrócić jej uwagę i zrodzić w jej głowie najrozmaitsze przypuszczenia. Dziś zaraz zdziwił ją nagły przyjazd

doktora - i wiem od pani Celiny, że zaczęła się wypytywać: dlaczego przyjechał i czy jej co nie zagraża? Szczęściem ciotka znalazła się przytomnie i odrzekła jej, że w podobnych warunkach zawsze zasięga się od czasu do czasu porady lekarskiej, Anielka zaś tak mało ma doświadczenia, że uwierzyła od razu. Jakim na przykład sposobem potrafię wymóc na służbie, by nie miała tajemniczych min? A oni już coś miarkują, właśnie z powodu moich ostrzeżeń i zakazów, dowiedzą się zaś o wypadku z pewnością. Nie mogę jednak wszystkich rozpędzić. Samo częste przychodzenie telegramów zwraca uwagę. Dziś odebrałem drugą depeszę z Baku od Chwastowskiego, z zapytaniem, co ma z ciałem zrobić. Odpowiedziałem, żeby je tymczasowo pogrzebał na miejscu. Prosiłem starego Chwastowskiego, żeby pojechał do Warszawy i wysłał odpowiedź, a zarazem przekaz telegraficzny na pieniądze, potrzebne na koszta. Ale nie wiem nawet, czy do Baku można wysłać z Warszawy taki przekaz. 13 listopada. Dziś przeglądałem wczorajsze dzienniki. W dwóch były telegramy o śmierci Kromickiego. Jeśli młody Chwastowski przesłał te depesze, to chyba zwariował. Służba już wie o wszystkim. Twarze są takie, iż dziwię się, że Anielka nie zwróciła na nie uwagi. Przy obiedzie była jakaś wesoła i niezwykle ożywiona. Dodaje mi otuchy tylko obecność doktora. Jego śmierć Kromickiego nic nie

obchodzi, więc zagaduje Anielkę, żartuje z nią - i uczy ją grać w szachy. Za to pani Celina doprowadza mnie do rozpaczy. W miarę jak Anielka była dziś coraz weselsza, ona przybierała coraz bardziej grobową fizjognomię. Czyniłem jej dziś z tego powodu nader ostre wyrzuty. 14 listopada. Jesteśmy wszyscy w Warszawie, z porady doktora. Anielce powiedziano, że w domu, w Płoszowie, będą zaprowadzali kaloryfery, wskutek tego trzeba się wynieść na kilka tygodni. Droga zmęczyła ją mocno. Pogoda zła. Ale jestem kontent, żeśmy przyjechali, bo tu jestem pewniejszy mojej służby. Dom trochę w nieładzie. Mnóstwo obrazów wypakowanych. Anielka, mimo zmęczenia, chciała je oglądać, więc służyłem jej jako cicerone. Powiedziałem, że moim najmilszym marzeniem jest być kiedyś jej przewodnikiem po Rzymie, ona zaś odrzekła jakby z odcieniem smutku:

- Ja także często myślę o Rzymie, ale czasem zdaje mi się, że tam już nigdy nie będę. Mnie się serce ścisnęło, bo teraz boję się wszystkiego, nawet przeczuć, i w byle słowie gotówem upatrywać wróżbę. Odpowiedziałem jednak wesoło:

- Ja ci to przyrzekam uroczyście, że tam pojedziesz - i to na długo. Dziwna rzecz, jak prędko natura ludzka przystosowywa się do każdego położenia i wchodzi w swoje nowe prawa: ja już mimo woli uważam Anielkę za swoją i strzegę jej jak mojej własności. Doktor miał jednak słuszność. Dobrze zrobiliśmy przeniósłszy się do Warszawy. Naprzód łatwiej tu o wszelką pomoc; po wtóre, tu można nie przyjmować żadnych wizyt, w Płoszowie zaś byłoby niepodobna zawracać ludzi od ganku. A niezawodnie różni znajomi wybraliby się ż kondolencją. Na koniec w Płoszowie już wytworzyła się jakaś tajemnicza i ponura atmosfera, w której moje usiłowania, by nadać rozmowom ton wesoły, stały się czymś rażącym. Przypuszczam, że tego nastroju nie unikniemy i w Warszawie, ale tu przynajmniej umysł Anielki będzie zajęty i rozerwany tysiącem tych drobnych wrażeń, których dostarcza życie miejskie, podczas gdy w takim Płoszowie byłaby uważniejszą na wszystkie zmiany, jakie by mogła w otoczeniu spostrzec. Na ulicę nigdy nie będzie wychodzić sama i będzie wychodziła mało. Doktor nakazuje jej wprawdzie ruch, ale znalazłem już na to radę. Za stajniami domu mam dość obszerny ogród z drewnianą galerią przy murze. Każę tę galerię oszklić; i tam będzie w zimie, a zwłaszcza w czasie niepogody, miejsce przechadzek Anielki. Okropnie jednak męczącą rzeczą jest ten ciągły strach, który nad nami wisi. 15 listopada. Jak się to stało? dlaczego? skąd jej jakiekolwiek podejrzenie mogło przyjść do

głowy? - nie mogę zgadnąć. A jednak przyszło. Dziś przy śniadaniu podniosła nagle oczy i spoglądając na nas bacznie po kolei, rzekła:

- Nie rozumiem, co to jest, ale mam takie wrażenie, jakbyście coś ukrywali przede mną. Ja uczułem, że blednę; pani Celina zachowała się jak najfatalniej; jedna poczciwa, kochana ciotka nie straciła przytomności i poczęła natychmiast zrzędzić na Anielkę.

- Owszem, owszem - rzekła - ukrywaliśmy ci dotąd, że cię mamy za niemądrą główkę, ale dłużej ci tego nie będziemy ukrywali. Leon wczoraj mówił, że się nigdy nie nauczysz grać w szachy, bo ci zupełnie brak zmysłu kombinacji. Ja, ochłonąwszy, pochwyciłem oczywiście ten wątek rozmowy i począłem śmiać się i żartować. Anielka odeszła niby uspokojona, byłem jednak pewien, żeśmy nie zdołali rozproszyć zupełnie jej podejrzeń i że moja wesołość mogła się jej wydawać sztuczną. I ciotka, i pani Celina były ogromnie przestraszone, a mnie ogarnęła rozpacz, bom od razu ujrzał całą bezowocność naszych wysiłków, by rzecz utrzymać długo w zupełnej tajemnicy. Przypuszczam, że obecnie Anielka posądza nas tylko o to, że ukrywamy przed nią jakieś niepomyślne wieści finansowe; ale co będzie, gdy przez tydzień, dwa, miesiąc nie przyjdzie żaden list od Kromickiego? Co jej wówczas powiemy? czym wytłumaczymy jego milczenie?

Koło południa przyszedł doktor. Powiedzieliśmy mu zaraz, co zaszło - on zaś począł powtarzać swoje poprzednie zdanie, że trzeba jednak powiedzieć Anielce prawdę.

- Bo - rzekł - naturalnie, że pani Kromicka zacznie się niepokoić wkrótce brakiem listów i będzie czyniła wszelkie najgorsze przypuszczenia. Ale ja usiłowałem oddalić jeszcze tę ostateczność i powiedziałem, że w najgorszym razie ten niepokój przygotuje ją właśnie do wiadomości.

- Tak - odrzekł doktor - ale długi niepokój źle przygotuje organizm do przejścia, które go czeka, a które prawdopodobnie i w pomyślnych warunkach nie byłoby zbyt łatwe. Może to być prawda, a jednak we mnie serce po prostu zamiera ze strachu. Wszystko ma swoje granice, a zatem i odwaga ludzka. Coś jest we mnie, co się temu rozpaczliwie sprzeciwia i opiera, i boję się jakiegoś głosu, który mi mówi: nie! Tymczasem te panie już są prawie zdecydowane, żeby jej jutro powiedzieć całą prawdę. Ja nie chcę się w to wdawać. Nie miałem pojęcia, że człowiek może się czegoś bać do tego stopnia. Ale tu przecie o nią chodzi. 16 listopada.

Do wieczora było dobrze - wieczorem przyszedł nagle krwotok. A ja mówiłem!...

Trzecia w nocy... Usnęła teraz. Doktor jest przy niej. Muszę być spokojny - muszę! To dla niej potrzebne, żeby ktoś w domu nie stracił głowy. Muszę!... 17 listopada. Doktor mówił, że pierwszy okres choroby rozwija się prawidłowo. Co to znaczy? Czy to znaczy, że ona umrze? Gorączka niewielka. Tak podobno zawsze bywa przez pierwsze dwa dni. Przytomność ma zupełną, odczuwa ogólny rozstrój i osłabienie, ale mało cierpi. Doktor uprzedził nas jednak, że następnie gorączka może dojść do czterdziestu stopni: przyjdą wielkie boleści, mdłości, opuchnięcie nóg... To nam obiecał! Niechże przyjdzie także i koniec świata! O Boże! jeśli to ma być na mnie kara, to przysięgam, że odjadę, nie będę jej

widział nigdy w życiu - tylko Ty ją uratuj! 18 listopada. Nie byłem u niej dotąd. Waruję przy jej drzwiach, ale nie wchodzę, bo się boję, że mój widok pogorszy jej stan i wzmoże gorączkę. Chwilami przychodzi mi do głowy straszna myśl, że mogę wpaść w obłęd i zabić

Anielkę jakim porywem szaleństwa. Dlatego zmuszam się do pisania - i będę pisał ciągle, bo mi się zdaje, że się przez to opanowywani i trzymam na wodzy zmysły. 19 listopada. Słyszałem przez drzwi jej głos i jej jęki. W tej chorobie boleści są straszne. Według doktora, to jest zwykły objaw, ale według mnie to ślepe okrucieństwo! Ciotka mówiła, że ona ustawicznie wyciąga ręce, obejmuje to ją, to matkę za szyję i prosi o ratunek. A tu nic nie można pomóc, choćby ściany drapać! Mdłości ciągłe. Bóle coraz większe. Nogi jej opuchły zupełnie. Doktor nic nie orzeka i powiada, że wszystko może się obrócić na złe lub na dobre. To wiedziałem i bez niego! Gorączki czterdzieści stopni. Przytomna ciągle. 20 listopada. Już teraz wiem. Nikt mi tego nie powiedział, ale wiem z pewnością ona umrze! Panuję nad wszystkimi zmysłami i jestem już nawet spokojny. Anielka umrze! Dzisiejszej nocy, siedząc przy jej drzwiach, zobaczyłem to tak jasno, jak teraz widzę słońce. Człowiek w pewnym stanie widzi rzeczy, o jakich się ludziom roztargnionym nie śniło. Nad samym ranem coś takiego stało się we mnie, żem ujrzał tę konieczność od razu, jakby mi kto zdjął zasłonę z oczu i mózgu. Nic na świecie nie może Anielki uratować. Ja to wiem lepiej od wszystkich lekarzy. I właśnie dlatego już się nie szarpię. Co to pomoże jej i mnie? Wyrok na nas jest wydany. Musiałbym być ślepym, żeby nie widzieć, że jakaś siła, mocna jak

cały świat, dzieli nas. Kto ona jest i jak się nazywa - nie wiem. Wiem tylko, że gdybym klęknął i bił głową o podłogę, i modlił się, i błagał, to góry może bym

poruszył - ale jej nie ubłagam.

Ponieważ teraz zdołałaby mi Anielkę odebrać tylko śmierć - więc ona musi umrzeć.

Wszystko to może być bardzo logiczne - tylko - ja się na rozłączenie nie zgodzę. 21 listopada. Anielka zażądała dziś widzieć mnie. Ciotka wyprowadziła wszystkich z pokoju, w przekonaniu, że chora chce mi polecić matkę, i tak było rzeczywiście. Widziałem tę moją ukochaną, tę duszę mojego życia. Jest zawsze przytomna; oczy ma błyszczące, władze umysłowe podniecone. Boleści prawie ustały. Wszystkie ślady jej poprzedniego stanu znikły i twarz ma teraz anielską. Uśmiechnęła się do mnie, a ja także odpowiedziałem jej uśmiechem. Od wczoraj wiem, co nas czeka, i zdaje mi się, żem już umarł, więc panuję nad sobą. Chwyciwszy mnie za ręce, poczęła mówić o matce, następnie patrzyła na mnie długo, jakby mi się chciała

napatrzyć przedtem, nim jej oczy zgasną - i rzekła:

- Nie bój się, Leonie, ja się czuję znacznie lepiej, tylko na wszelki wypadek chcę, żeby ci po mnie coś zostało... Może nie powinnam czynić takich wyznań zaraz po śmierci męża, ale ponieważ mogę umrzeć, więc teraz chcę ci powiedzieć, żem ja ciebie bardzo, bardzo kochała. Jam jej odpowiedział: Wiem o tym, moja najdroższa! Trzymałem ją za ręce i patrzyliśmy sobie w oczy. Ona po raz pierwszy w życiu uśmiechała się do mnie jak narzeczona. A ja też zaślubiałem ją w tej chwili ślubem trwalszym od wszystkich doczesnych. Było nam dobrze w tej chwili, choć nad nami był smutek, mocny jak śmierć. Opuściłem ją dopiero, gdy dano znać, że nadszedł ksiądz. Przedtem jeszcze prosiła mnie, bym się jego przybycia nie przestraszał, bo go wezwała nie dlatego, że myśli umierać, ale że przy każdej chorobie lepiej się uspokoić. Po wyjściu księdza wróciłem do niej. Po tylu nocach bezsennych była zmęczona i usnęła. W tej chwili śpi. Gdy się obudzi, już jej nie będę odstępował, chyba żeby znowu usnęła. 22 listopada. Polepszenie jest znaczne. Pani Celina traci zmysły z radości. Ja jeden z rodziny wiem, co to jest. Nie potrzebował mi doktor mówić, że to przychodzi paraliż kiszek. 23 listopada. Anielka umarła dziś rano. Rzym, 5 grudnia.

Mogłem stać się Twoim szczęściem, a stałem się nieszczęściem - i ja to jestem przyczyną Twej śmierci, bo gdybym był innym człowiekiem, gdyby mi nie brakło

wszystkich podstaw życiowych - nie przyszłyby na Ciebie te wstrząśnienia, które Cię zabiły. Jam to już podczas ostatnich Twych chwil na świecie zrozumiał i przyrzekłem sobie, że pójdę za Tobą. Jam Ci to przy Twoim łożu śmiertelnym ślubował, i pierwszy mój obowiązek jest teraz przy Tobie.

Matce Twej zostawiam moje mienie; ciotce - Chrystusa, w którego miłości znajdzie

na te ostatnie dni pociechę, a sam idę za Tobą, bo - muszę. A czy Ty myślisz, że ja się śmierci nie boję? Boję się, ponieważ nie wiem, co tam jest, i widzę tylko ciemność bez granic, przed którą się wzdrygam. Nie wiem, czy tam jest nicość, czy jakiś byt bez przestrzeni i czasu, czy może jakiś wicher międzyplanetarny nosi monadę duchową z gwiazdy na gwiazdę i wszczepia ją w coraz nowe istnienia; nie wiem, czy tam jest niezmierny Niepokój, czy Spokój równie niezmierny, a tak doskonały, jaki tylko Wszechmoc i Wszechdobroć dać może.

Ale jeśliś Ty przez moje "nie wiem" umarła - jakże ja mam tu zostać i żyć? Więc im bardziej się boję, im bardziej nie wiem, tym bardziej nie mogę Cię tam

samej puścić - nie mogę, moja Anielko - i idę. Albo tam wspólnie utońmy w Nicości, albo niech wspólna będzie nasza droga, a tu, gdzieśmy się tyle namęczyli, niech zostanie po nas tylko milczenie. KONIEC KSIĄŻKI

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec