Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu - cz.2

- A nie zaprosiłem.

- Dlaczego?

- Bo ja ją kocham w ukryciu - odrzekłem śmiejąc się.

- Nie, czemu jej nie zaprosiłeś?

- Jeśli chcesz, to jeszcze to uczynię.

- Jak ty wolisz - odpowiedziała chowając się na powrót. Ja zaś wolałem nie zapraszać panny Hilst. W godzinę później ruszyliśmy w Aleje Belwederskie. Anielka była ubrana w kremową suknię, strojną koronkami. Tak nauczyłem się wypowiadać jej wszystko oczyma, że czytała w nich wyraźnie mój zachwyt; poznałem to z jej twarzy, na wpół rozpromienionej, na wpół zakłopotanej. Po drodze zatrzymaliśmy się przed willą państwa Zawiłowskich, zaledwie jednak miałem czas zadzwonić, gdy drzwi otworzyły się, i panna Helena, przybrana w szarosrebrzystą suknię, stanęła, a raczej przebiegła koło mnie w całym majestacie, zaledwie kiwnąwszy mi głową. Jest to więcej brzydka niż ładna blondynka, o zimnych, bladoniebieskich oczach, twarzy bez uśmiechu i układzie nadzwyczaj ceremonialnym. Uchodzi ona za wzór dystynkcji, na co bym się chętnie zgodził, gdyby dystynkcja znaczyła to samo, co sztywność. Obejście się jej ze mną jest równie zimne jak jej oczy, a nawet nadto zimne, by mogło być szczere. Jest to po prostu metoda, obrachowana na

podrażnienie mej miłości własnej - i obrachowana głupio, bo mnie nudzi, nie drażni, i dzięki jej, zajmuję się panną Zawiłowską tyle tylko, ile tego grzeczność wymaga. Dziś jednak zajmowałem się nią nieco więcej, miała bowiem odegrać dla mnie rolę ochronnego konduktora, to jest przyciągać ciekawość i odwracać przypuszczenia, jakie by widok Anielki, siedzącej ze mną w jednym powozie, mógł ludziom nasunąć. Niebawem ruszyliśmy dalej, ale z wolna, dzień był bowiem pogodny i mnóstwo osób jechało na wyścigi, tak że nie można było dojrzeć końca powozów. Przed sobą i za sobą widziałem rzekę parasolek, co było naprawdę ładne, barwy ich bowiem grały bardzo silnie w słońcu, pod nimi zaś tworzyły się kolorowe cienie, z których wychylały się głowy kobiece o rysach delikatnych i wykończonych. Stosunkowo dużo było twarzy ładnych, ale brakło im temperamentu; nie widziałem go nawet u tych pań ze świata finansów, które zresztą, jak wiele innych rzeczy, tak i temperament raczej udają, niż mają w rzeczywistości. Ale te otwarte powozy, tu i owdzie charakterystyczne zaprzęgi, przeważnie jasne tualety, mieniące się w

powietrzu na tle zieloności drzew - to wreszcie nagromadzenie wykwintnych ludzi i wykwintnych koni nadawało pochodowi wysoce ucywilizowany, a nie pozbawiony przy tym malowniczości pozór. Cieszyło mnie to, że Anielkę ów ruch i tłok widocznie bawił i sprawiał jej przyjemność. Odpowiadając na moje uwagi spoglądała na mnie z pewną wdzięcznością, jakbym to ja przygotował jej tę rozrywkę. Siedząc naprzeciw mogłem na nią swobodnie patrzeć, częściej jednak zwracałem się do panny Zawiłowskiej, od której stale szedł zamróz jak od karafki "frapowanej" wody i która poczęła mnie po prostu bawić, zdawało się bowiem, iż

jeśli odpowiada na moje pytania i zgadza się na moje towarzystwo - czyni to tylko przez dobre wychowanie i wysoką towarzyską uprzejmość. Stałem się dla niej tym bardziej nadskakujący, ale z pewnym odcieniem dobrego humoru, który w końcu począł ją drażnić. Dojechaliśmy nareszcie na Mokotowskie Pola. Dla powozu ciotki

zachowano zwykłe miejsce przy trybunie - i wnet różni moi znajomi z kartami na kapeluszach przyszli powitać ją i powinszować dzielnej i obiecującej postawy Naughtyboya. Jeden z najznakomitszych hodowców powiedział ciotce, że koń jest wspaniały, ale może niedostatecznie trenowany, że jednak w nocy deszcz padał i turf jest miękki, więc tak silny rumak, jak Naughtyboy ma za sobą wszelkie dane. Zdawało mi się, że mówił to z ironią, i trochę się zaniepokoiłem, klęska bowiem

Naughtyboya byłaby zepsuciem dnia ciotce i pośrednio mnie - albowiem jej zły humor zwarzyłby nam zabawę. Tymczasem poszedłem wzdłuż powozów, oglądając po drodze pole i wyszukując znajomych. Ludzi było pełno, trybuny wyglądały jak jedna zbita ciemna masa, na której suknie kobiece tworzyły jaskrawe plamy. Całe szranki obwiedzione były grubym pierścieniem widzów. Wał miejski czernił się także od ciekawych. Po obu stronach trybuny ciągnęły się, jakby dwa skrzydła, dwa nieskończone szeregi powozów, z których każdy, osobno wzięty, wyglądał jak kosz napełniony kwiatami. O jakie sto kroków od trybuny spostrzegłem w powozie zawadiacki nosek i różową twarz pani Śniatyńskiej. Gdym się do niej zbliżył dla powitania, powiedziała mi, że mąż jej poszedł szukać panny Hilst, po czym jednym tchem zadała mi następne pytania: jak się ma ciotka i pani Celina? czy Anielka jest na wyścigach? jakim sposobem te panie wyjadą do Gasteinu, skoro pani Celina nie może wstawać? czy Naughtyboy wygra? co będzie, jeśli przegra? i ile osób będzie u mnie na obiedzie? Przez ten czas, stojąc przy jej powozie, zauważyłem, iż ma wyjątkową słodycz w wyrazie oczu i prześliczną nogę, a chcąc odpowiedzieć na jej pytania równie hurtownie, jak były zadane, musiałbym chyba mieć, jak mówi Szekspirowska Rozalina, usta Gargantui. Odpowiedziawszy piąte przez dziesiąte i poprosiwszy, by po wyścigach przyjechali oboje z mężem wprost do mnie, poszedłem także, śladem Śniatyńskiego, szukać Klary, sądziłem bowiem, że wypada mi zbliżyć się do jej powozu. Pokazało się, że stoi on niedaleko od ciotczynego. Klara wyglądała jak pagórek pokryty heliotropami. Znalazłem ją otoczoną przez artystów i melomanów i rozmawiającą z nimi wesoło. Na mój widok zasępiła się nieco i przyjęła mnie z pewną oziębłością, ale taką, która czeka tylko na jakieś cieplejsze, przyjazne słowo, by zmienić się w wielką serdeczność. Ja pozostałem jednak chłodny; po kwadransie równie grzecznej jak ceremonialnej rozmowy poszedłem dalej i zamieniwszy w drodze po parę słów z innymi znajomymi, wróciłem do naszego powozu, albowiem dwie pierwsze gonitwy odbyły się przez ten czas i nadeszła kolej na Naughtyboya. Spojrzałem na ciotkę: wyraz jej twarzy był uroczysty; widać jednak było, że usiłuje zachować zimną krew. Za to na twarzy Anielki odbił się wyraźny niepokój. Oczekiwaliśmy dość długo na ukazanie się koni, bo przy wadze marudzono jakoś niezwykle. Tymczasem nadbiegł Śniatyński, z daleka już wymachując swymi długimi rękoma i pokazując bilety zakupione w totalizatorze.

- Postawiłem miliony za Naughtyboyem! - zawołał - jeśli mnie zdradzi, obciążam hipotekę Płoszowa.

- Mam nadzieję - zaczęła z godnością ciotka - że pan... Lecz nie skończyła, bo w tej chwili ponad ciemną masę ludzi, zebranych w okolicach trybuny, wykwitły różnobarwne kurtki dżokejskie. Wyprowadzono konie na tor. Jedne z nich, wydostawszy się na wolną przestrzeń, puszczały się natychmiast w cwał ku miejscu, skąd gonitwa miała nastąpić; inne szły wolnym, spokojnym krokiem. Po dokonanym starcie jeźdźcy ruszywszy przegalopowali koło nas zbitą gromadą i niezbyt szybko, bieg bowiem miał być podwójny i musieli oszczędzać siły koni. Ale już na drugim skręcie szereg ów rozciągnął się w

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec