Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu - cz.2

wzdłuż po drodze. Na przodzie biegł dżokej ubrany całkiem biało, za nim niebieski z czapką i rękawami czerwonymi, za nim dwaj równo, jeden cały

czerwony, drugi czerwony z żółtym - pomarańczowy zaś nasz Kuba zajmował przedostatnie miejsce, mając tuż za sobą jeźdźca, przybranego w barwę białą z błękitną. Porządek ten nie utrzymał się jednak długo. Gdy bieg doszedł do przeciwległego obrębu koła, w powozach uczynił się ruch; ciekawsze panie poczęły wstępować na poduszki powozów, by nie utracić żadnego epizodu gonitwy; za ich przykładem poszła i ciotka, która widocznie nie mogła już dłużej wysiedzieć. Anielka odstąpiła swe miejsce pannie Zawiłowskiej, która po krótkich ceremoniach stanęła obok ciotki, ja zaś umieściłem Anielkę na przednim siedzeniu, ponieważ jednak nie miała przed sobą oparcia, więc stanąwszy obok niej, podtrzymywałem ją za rękę. Wyznaję, żem w tej chwili mniej myślał o gonitwie niż o tym, że ta delikatna, kochana ręka spoczywa w mojej i nie cofa się. Plecy ciotki zasłaniały

mi nieco widok - lecz wspiąwszy się na palce ogarniałem wzrokiem całe błonie i dżokejów, dochodzących do zawrotu na drugiej stronie błonia. Widziani z daleka, byli podobni do jakichś jasnokolorowych żuków lecących przez powietrze. Bieg z tej odległości wydawał się powolnym, a rzuty przednich i zadnich nóg końskich miały w sobie coś mechanicznego. Cały ten mieniący się wąż, mimo pozornej powolności, zostawiał jednak za sobą szybko przestrzeń. Porządek jeźdźców był już znowu zmieniony. Na przodzie biegł zawsze biały dżokej, za nim czerwony, nasz jednak Kuba zajmował trzecie miejsce. Inni pozostali daleko i przestrzeń, dzieląca ich od przodowników, zwiększała się z każdą chwilą. Widocznie Naughtyboy nie należał do koni najgorszych. Na chwilę straciłem ich z oczu, ale ujrzałem ich znów, gdy przebiegli blisko nas. Czerwony jeździec doganiał tuż, tuż białego

- ale Kuba był jeszcze bliżej od obydwóch. Wiedziałem teraz, że biały musi zostać, bo jego koń miał już boki tak mokre i świecące, jakby oblane wodą. Czerwony był bardzo, groźny, pomyślałem jednak, że w najgorszym razie Naughtyboy weźmie drugą nagrodę i klęska nie będzie zupełną. Dodało mi otuchy i to, że szedł on z taką flegmą, wyrzucał nogi tak spokojnie i miarowo, jakby odrabiał jakąś codzienną pracę. Zajęcie w widzach wzrastało z każdą chwilą.

- Naughtyboy przegrał? - spytała mnie cicho Anielka widząc porządek, w jakim konie przebiegły koło trybuny.

- Nie, kochanie. Muszą jeszcze jeden krąg zrobić - odpowiedziałem ściskając jej z lekka rękę. A ona jej znów nie cofnęła. Prawda, że cała jej uwaga pochłonięta była przez gonitwę. W chwili gdy konie ukazały się poza bokiem drogi, zasłoniętym dla nas przez trybunę, Kuba był już drugi; koń białego dżokeja wyczerpywał się tak, że i trzej pozostali w tyle jeźdźcy poczęli go doganiać. Widocznym już było dla wszystkich, że walka rozstrzygnie się tylko między czerwonym a pomarańczowo- czarnym. Kuba zbliżył się jeszcze do czerwonego i tak rozdzieleni przestrzenią pięciu lub sześciu koni, obiegli znaczną część pola. Nagle szmer na trybunach zapowiedział nam, że dzieje się coś niezwykłego. Spojrzałem: Kuba doganiał stanowczo swego przeciwnika. Szmery na trybunach zmieniły się w gwar. Anielkę tak dalece porwała zabawa, że sama teraz poczęła ściskać nerwowo moją rękę, pytając co chwila: Co tam? co tam? Jeźdźcy byli już z lewej strony pola. Czerwony znów, za pomocą kilku uderzeń szpicrutą, wysunął się naprzód, lecz Naughtyboy sięgał go niemal nozdrzami. W szalonym pędzie wbiegli obaj na linię trybuny, na której znów straciliśmy ich początkowo z oczu. Walka za kilka sekund miała się rozstrzygnąć. Na trybunach zapadła chwilowa cisza, która w mgnieniu oka zmieniła się w okrzyki. Mnóstwo osób biegło pieszo ku sznurom, osłaniającym drogę, i w tej chwili ujrzeliśmy czerwone chrapy, łeb koński, z wyciągniętą jak struna szyją, nad nią zaś pomarańczowo-czarne barwy, niesione jakby wichrem.

Dzwonek ozwał się na trybunie - zwycięstwo było po naszej stronie. Czerwony dżokej został na odległość kilkunastu koni. Muszę oddać ciotce sprawiedliwość, że zachowała zimną krew; na czole jej tylko ujrzałem kilka kropel potu, które poczęła wachlować chustką. Anielka była wzruszona, rozbawiona do najwyższego stopnia i szczęśliwa. Oboje poczęliśmy składać ciotce życzenia, a nawet i panna Zawiłowska wypowiedziała kilka francuskich frazesów, jak gdyby wyjętych z rozmów pani Boquel. Wkrótce znajomi otoczyli nasz powóz, i tryumf ciotki był zupełny. Ja byłem także upojony tymi uściśnieniami dłoni, które otrzymałem od Anielki. Próżno sobie mówiłem, że mogły być one nieświadome, bo znów przychodziło mi na myśl, że częstokroć opór kobiecy, gdy się ma przesilić, to przesila się zwykle w chwilach podniecenia i zapamiętania, czy to z powodu zabawy, czy pięknych widoków, czy jakichkolwiek innych okoliczności, odmiennych od pospolitych warunków życia. Przychodzi wtedy pewne rozkołysanie się nerwów, wobec którego utrata codziennej równowagi jest łatwa do zrozumienia. Wziąwszy w rachubę podobny właśnie stan Anielki, doszedłem do przekonania, że ona już przestaje walczyć z ogarniającym ją uczuciem, i postanowiłem być stanowczym. Przypuszczam, że w Płoszowie nie zbraknie mi sposobności. Jutro tam wracamy. Dzisiejszy mój obiad, rozmowy i zabawa odegrały rolę dalszych kropel narkotyku.

Ona nawet nie przypuszcza, ile czeka nas oboje szczęścia - musi mi tylko oddać na to swoją duszę zupełnie, bez zastrzeżeń i granic. Lubo ciotka ostrzegła panią Celinę, że może zostanie z Anielką do jutra w Warszawie, mieliśmy wracać jeszcze dziś, po moim obiedzie; tymczasem zaszedł wypadek, który nas powstrzymał. Obiad z następną po nim herbatą przeciągnął się do dziesiątej, w chwili zaś gdy ostatni goście wyjechali, dano znać, że Naughtyboy zachorował. Zrobił się wielki zamęt. Zanim posłano po weterynarza i zanim go znaleziono, była północ. Ciotka ani chciała myśleć o wyjeździe. Anielka miała ochotę wracać, ale spostrzegła, że chwycę się lada pozoru, by ją

odwieźć do Płoszowa - ona zaś jeszcze się boi. Ciotka powiedziała jej, że wróciwszy tak późno, rozbudzi cały dom i matkę, a wreszcie rzekła:

- Leon nie ma mi za złe, że ja zawsze uważam, że jestem tu u siebie, więc i ty jesteś u mnie. Tak samo gdybym mu oddała Płoszów i sama bym w nim mieszkała dalej, i was nie puściła, póki Cesia nie wyzdrowieje. To ostatecznie skłoniło Anielkę do pozostania. Teraz jest godzina trzecia w nocy. Widno już, ale na dziedzińcu i koło stajen migają dotąd latarki ludzi, chodzących koło Naughtyboya. Ciotka, gdyśmy się rozchodzili, mówiła, że jeszcze przez dzień zostaje w Warszawie. Jam oświadczył, że zostawiłem ważne papiery w Płoszowie, pojadę więc po nie, a zarazem odwiozę Anielkę. Będziemy sami, i nie będę już wahał się dłużej. Wszystka krew napływa mi do serca na myśl, że może odwiozę tę ukochaną istotę przytuloną do moich piersi i usłyszę jej wyznanie, że mnie tak kocha, jak ja ją kocham. Chmurno i dżdżysto, ale dnieje coraz bardziej. Zaledwie kilka godzin oddziela mnie od tej chwili, w której zacznę nowe życie. Oczywiście nie śpię i nie mógłbym zasnąć za nic w świecie. Najmniejsze znużenie nie cięży mi na powiekach.

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec