Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu - cz.2

wnoszę z tego, że ja, który postępuję z nią bezlitośnie, sprzedałbym duszę za to, żeby jej ulżyć. I jak nie mam mówić, że miłość do cudzej żony jest nieszczęściem, skoro ona prowadzi człowieka do tego na przykład, że musi dręczyć istotę, za której spokój oddałby siebie samego! I tysiące takich błędnych kół na każdym kroku! Ostatecznie, my oboje jesteśmy ogromnie nieszczęśliwi. Ale ty,

Anielko, masz przecie jakieś oparcie w życiu, masz swój dogmat - ja zaś jestem istotnie jak łódź bez steru i bez wioseł. Jestem jakiś niezdrów. Źle sypiam, a raczej wcale, i nie może inaczej być. Doprawdy, chciałbym zachorować, ale tak porządnie; przeleżeć przez jaki miesiąc bez świadomości, bez pamięci, wypocząć za wszystkie czasy. To byłyby moje wakacje. Chwastowski wczoraj mnie oglądał i filozofował nade mną; powiedział, że mam system nerwowy rasy już przeżytej, ale że odziedziczyłem jeszcze duży zasób sił muskularnych. Myślę, że rzeczywiście ma rację; gdyby nie to, to bym się był nie oparł moim nerwom. Kto wie, czy nie temu przypisać należy w części tę moją obecną wyłączność, bo przecie owe siły musiały znaleźć jakieś ujście, a że go nie znalazły ani w wiedzy, ani w czynie, więc popłynęły jak potok jednym łożyskiem miłość do kobiety. Tylko dzięki nerwom: mętnie, burzliwie i krzywo! przede wszystkim krzywo! Co ja przechodzę wrażeń dziennie! Przed wieczorem przyszło do mnie kochane ciotczysko i poczęło mnie przepraszać za swoje pochwały dla panny Zawiłowskiej.

Ucałowałem jej obie ręce i nawzajem przepraszałem ją za moje rozdrażnienie - ona zaś mówiła:

- Przyrzekam ci, że już o niej nie wspomnę. Prawda, mój Leonie, chciałabym z duszy serca, żebyś się ożenił, bo jesteś ostatni z rodziny, ale Pan Bóg wie

najlepiej, czy mi nade wszystko nie chodzi o twoje szczęście - mój drogi, kochany chłopcze. Ja uspokajałem ją, jakem umiał, w końcu zaś rzekłem:

- Cioteczka wie, że ja jestem trochę baba, nerwowa baba! Lecz ciotka zaraz oburzyła się na mnie.

- Ty, baba? Każdy może pobłądzić, ale żeby wszyscy mieli tyle rozumu i charakteru, to by się inaczej na świecie działo! I jak tu rozpraszać takie złudzenia! Czasem porywa mnie rozpacz, bo sobie mówię: co ja mam do roboty w takim domu i wśród takich kobiet, które wzięły w arendę anielstwo? Dla mnie już za późno nawracać się na ich wiarę, a ile ja im mogę zgotować zmartwień, zawodów i nieszczęść! 10 czerwca. Miałem dziś dwa listy: jeden od mego notariusza w Rzymie, drugi od Śniatyńskiego. Z Rzymu donoszą mi, że przeszkody, jakie stawia zwykle rząd włoski wywożeniu z kraju starożytnych zabytków i cennych przedmiotów sztuki, mogą być usunięte, a raczej dadzą się obejść. Zbiory ojca miały czysto prywatny charakter i nie były objęte żadną kontrolą państwową, będą zatem wysyłane po prostu jako meble. Trzeba mi teraz zająć się odpowiednim urządzeniem domu w Warszawie, co uczynię z niechęcią, albowiem myśl przewiezienia tych zbiorów do kraju straciła już dla mnie wszelki urok. Co mnie to teraz obchodzi i na co się to zdało! Jeśli nie zaniecham zamiaru, to tylko dlatego, że sam tyle rozpowiadałem o nim i że tyle z tego powodu pisano. Wrócił mi więc ten stan umysłu, który mnie tak trapił w czasie moich podróży, zaraz po zamążpójściu Anielki. Teraz znowu działam, patrzę i pojmuję nie inaczej, tylko w związku z myślą o Anielce, nie mam zatem żadnych bezpośrednich wrażeń. Idee, w których na dnie nie odkrywam jej, wydają mi się zupełnie puste i bez znaczenia. Jest to uderzające jako dowód, jak dalece człowiek może się zaprzepaścić. Czytałem dziś z rana odczyt Bungego pod tytułem: Witalizm i mechanizm, i czytałem z wyjątkowym zajęciem; wykazuje on bowiem naukowo to, co było w moich myślach od dawna, ale miało formę raczej niejasnych poczuć niż określonych przekonań. Tu wiedza przyznaje się do sceptycyzmu względem siebie samej i nadto stwierdza nie tylko swoją bezsilność, ale i pozytywne istnienie jakiegoś świata, który jest czymś więcej niż materią i ruchem i który się nie daje wytłumaczyć ni fizycznie, ni chemicznie. To już mi jest wszystko jedno, czy ten świat będzie czymś naddanym względem materii, czy czymś poddanym. Czysta gra słów! Ja nie jestem uczonym, nie jestem obowiązany do ostrożności we wnioskach,

więc rzucam się głową naprzód w te otwarte drzwi i - niech sobie nauka sto razy mówi, że tam jest ciemno, ja czuję, że mi tam będzie widniej niż z tej strony. Czytałem z chciwością prawie gorączkową i z ulgą wielką. Tylko zacofani głupcy nie zdają sobie sprawy? jak nas materializm gnębi i śmiertelnie nuży, jaka jest utajona bojaźń w umysłach, żeby wypadkiem jego nauka nie okazała się prawdą, jakie oczekiwanie nowej ewolucji naukowej i jaka radość jeńców, gdy się otworzy lada furtka, którą można uciec na wolne powietrze. Cała rzecz, iż duchy już są tak przybite, że nie śmią ni oddychać, ni uwierzyć we własne szczęście. Alem ja śmiał i miałem takie uczucie, jakbym się wydostał z dusznej piwnicy. Może to także było chwilowe wrażenie, rozumiem bowiem, że neowitalizm nie jest żadną epoką w nauce; może też jutro powrócę dobrowolnie do więzienia... Nie wiem!... Tymczasem było mi dobrze. Mówiłem sobie co chwila: jeśli tak jest, jeśli nawet drogą sceptycyzmu dochodzi się niewątpliwej pewności, że istnieje świat nadzmysłowy, "naigrywający się ze wszelkiego mechanicznego tłumaczenia", leżący

absolutnie poza sferą "fizyko-chemicznych wyjaśnień" - to wszystko jest możliwe: wszelka wiara, wszelki dogmat, wszelki mistycyzm! Więc i wolno myśleć, że jak istnieje nieskończona przestrzeń, tak istnieje i nieskończony rozum, nieskończona dobroć; wolno się spodziewać, że jest jakaś wielka sutanna,

ogarniająca wszechświat, do której można się przytulić - i jakaś opieka, pod

którą kończy się zmęczenie. A jeśli tak, to dobrze! - to wiem przynajmniej, dlaczego żyję i dlaczego cierpię! Co za niezmierna ulga! Powtarzam raz jeszcze, że nie jestem obowiązany do ostrożnych i nieśmiałych wniosków, a poprzednio już napisałem, że nikt nie jest bliższy mistycyzmu jak sceptyk. Sprawdziłem to teraz na sobie, bom począł bujać jak ptak, który więziony długo w klatce, wydostawszy się na swobodę, buja, rozkoszuje się i kąpie w przestrzeni. Widziałem nowe pola, pokryte nowym życiem. Nie wiem, czy to było na jakiejś innej planecie, czy gdzieś, hen! w przestrzeniach międzyplanetarnych, dość, że i to życie, i te pola były zupełnie odmienne od naszych; światło tam było jasne i łagodne, w powietrzu chłód pełen słodyczy, głównie zaś różnica polegała na tym, że związek między duszą indywidualną a duszą ogólną był tam daleko bliższy, tak bliski, że niepodobna było rozeznać, gdzie się kończy indywiduum, a zaczyna się ogół. Czułem przy tym, że właśnie na

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec