Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu - cz.2

uniesieniu nerwowym Encore! encore! - aż wreszcie omdlał. Ja już omdlałem, to znaczy, żem się wyczerpał i poddał się zupełnie. Ciąży nade mną taka jakaś ogromna ręka jak te góry, w których siedzimy. Ale cóż na to poradzę? Przecie się jej nie wyprę, niech więc mnie gniecie. Nie wiedziałem, że można znaleźć jeśli nie pewną pociechę, to pewne uspokojenie w poczuciu swej bezsilności i rozumieniu swej nędzy. Obym tylko znów nie zaczął się odprężać, oby ten stan trwał jak najdłużej! Spisywałbym sobie to, co mnie spotyka, jak gdybym był kimś innym. Ale wiem z

doświadczenia, jak dzień bywa niepodobny do dnia - i boję się tego, co jutro przyniesie. 24 czerwca. Napisałem przy końcu mego pobytu w Warszawie takie zdanie: "Miłość do cudzej żony, jeśli jest pozorną, jest podłością; jeśli jest rzeczywistą, jest jednym z największych nieszczęść, jakie człowieka spotkać może". Pisząc to przed przybyciem Kromickiego, nie zdawałem sobie sprawy ze wszystkich składników takiego nieszczęścia. Myślałem, że jest ono szlachetniejsze, niż jest istotnie. Teraz dopiero widzę, że prócz wielkich bólów składają się na nie i małe upokorzenia, poczucie własnej nikczemności i własnej śmieszności, i konieczność kłamstwa, i potrzeba spełniania tysiąca nędznych uczynków, zachowywania tysiąca

niegodnych człowieka ostrożności - co za bukiet! Doprawdy, od zapachu tych kwiatów można się udusić. Bóg widzi, z jaką rozkoszą wziąłbym Kromickiego za gardło, przycisnął go do

ściany i powiedział mu w same białka: Kocham twoją żonę! - a zamiast tego, muszę się starać, by nawet nie przyszło mu do głowy, że ona mi się podoba. Jaka to piękna rola względem niej! Co ona sobie może o mnie pomyśleć! To właśnie jeden kwiatek z tego bukietu. 25 czerwca. Póki będę żyw, nie zapomnę tego dnia, w którym przyjechał Kromicki. Zajechał w Warszawie wprost do mnie. Wróciwszy do domu późnym wieczorem, zobaczyłem w przedpokoju jakieś pakunki. Nie wiem, dlaczego nie przyszło mi od razu do głowy, że to mogą być kuferki Kromickiego. Nagle on sam wyjrzał z przyległego pokoju i wypuściwszy na mój widok monokl z oka, skoczył z otwartymi rękoma witać nowego krewnego. Widziałem jak przez sen jego suchą czaszkę podobną do trupiej głowy; jego świecące oczka i czarną czuprynę. Po chwili objęły mnie ramiona jakby drewnianego manekina. Przyjazd Kromickiego był rzeczą łatwą do przewidzenia, a jednak było mi tak, jakbym zobaczył śmierć. Zdawało mi się, że mam straszny sen

i że te słowa: "Jak się masz, Leonie!" - są najbardziej fantastycznymi, najmniej prawdopodobnymi słowami, jakie mogę usłyszeć. Nagle porwała mnie taka wściekłość, takie obrzydzenie i taka trwoga, że potrzebowałem całego natężenia woli, żeby się na tego człowieka nie rzucić, nie obalić go na podłogę i nie r ozbić o nią jego czaszki. Doznawałem nieraz uczucia wściekłości i obrzydzenia, ale zaprawa tych uczuć trwogą była dla mnie czymś nowym i niepojętym; nie był to bowiem strach przed żywym człowiekiem, ale jakby przed umarłym. Długi czas nie zdołałem się zdobyć ani na jedno słowo. Na szczęście on mógł przypuszczać, żem go nie poznał albo żem był zdziwiony, iż on, człowiek, z którym zaledwie się znałem; od razu traktuje mnie jak krewnego i mówi mi ty... Drażni mnie to jeszcze do dziś dnia w najwyższym stopniu. Starałem się ochłonąć; on tymczasem założył monokl i, potrząsając na nowo moją ręką, mówił:

- Jak się masz? Jak tam Anielka? Jak matka?... chora zawsze, co? a ciocia? - a? I znowu ogarnęło mnie zdumienie z zaprawą nieludzkiego gniewu, że on najbliższe i najdroższe mi kobiety wymienia tak, jakby były równie bliskie jemu. Człowiek światowy, jakim jestem, wszystko zniesie, wszystko ukryje, bo go do tego

wdrażają od dzieciństwa - a jednak czułem, że nie wytrzymam. Począłem wołać na służbę, by podawano herbatę, chcąc w jakikolwiek sposób wyrwać się z tego odrętwienia i zająć myśl czym innym. Kromickiego jednak zaniepokoiło to, że mu nie odpowiadam, i wypuściwszy drugi raz monokl, spytał żywo:

- Czy się co nie stało? Czemu nic nie mówisz?

- Zdrowi wszyscy - odrzekłem. Nagle przyszło mi na myśl, że to moje wzruszenie daje z miejsca przewagę nade mną temu nienawistnemu człowiekowi, i opanowałem się w jednej chwili. Zaprowadziłem go do jadalnego pokoju i posadziwszy za stołem spytałem:

- Co u ciebie słychać? Na długo przyjechałeś?

- Nie wiem - odrzekł. - Tęskno mi było do Anielki - a myślę, że i jej do mnie. Myśmy ledwie parę miesięcy spędzili razem. Jak na młode małżeństwo, to trochę za

mało - co?

I roześmiał się swoim drewnianym śmiechem, po czym rzekł: - Zresztą mam i tu interesa. Interesa! interesa i zawsze interesa! Tu począł zaraz opowiadać mi obszernie o swoich sprawach, ale ja nie słuchałem i nie rozumiałem z tego ani słowa. Słyszałem tylko co chwila wyraz forsa i widziałem ruch monokla. Dziwna rzecz, jak w wielkim nieszczęściu mogą drażnić rzeczy małe. Nie wiem, czy tak jest ogólnie, czy tylko ze mną, dość że ten wyraz forsa i ten monokl były mi przykre nie do zniesienia. W pierwszej chwili powitania byłem prawie nieprzytomny, a jednak mogłem był porachować wszystkie

ruchy monokla. Tak bywa zawsze - i teraz. Po herbacie odprowadziłem Kromickiego do pokoju, który mu przeznaczyłem na nocleg. Tam, nie przestając opowiadać, począł się z pomocą służącego rozpakowywać. Czasem przerywał opowiadanie o interesach pokazując mi jakieś osobliwości przywiezione z Dalekiego Wschodu. Między innymi rozwiązał paski podróżne, w których obok pledu były dwa małe dywaniki wschodnie, i rzekł:

- To kupiłem, jakem był w Batum. Ładne, co? Pójdą przed nasze łóżka. Zmęczywszy się, siadł po wyjściu służącego na fotelu i gadał dalej o swoich obrotach na Wschodzie i nadziejach, ale ja myślałem o czym innym. Jest to niechybnie ratunkiem dla człowieka, iż w danym razie, nie mogąc się obronić ogółowi nieszczęścia, broni się pojedynczym jego szczegółom. Mnie teraz chodzi głównie o to, czy Kromicki pojedzie, czy nie pojedzie do Gasteinu; dlatego po chwili rzekłem:

- Mało cię znałem dotychczas, ale teraz wierzę, że ty zrobisz majątek. Nie jesteś nic a nic lekkomyślny i dla sentymentów nie poświęcisz spraw ważniejszych.

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec