Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu - cz.2

- Nie uwierzysz - odpowiedział - jak mi na tym zależy, żebyś miał zawsze do mnie zaufanie. Ja w pierwszej chwili nie uważałem na szczególne znaczenie tych słów: zajęty

byłem myślą, że już popełniłem względem Kromickiego kłamstwo i podłość - kłamstwo, bom nie wierzył w jego zdolności do interesów, a podłość, bom mu

pochlebiał - jemu, którego bym chętnie utopił w łyżce wody. Ale chodziło mi

przede wszystkim o to, by go odwieść od podróży do Gasteinu - więc brnąłem przez tę wodę dalej.

- Widzę, że ci nie na rękę podróż tych pań - rzekłem. On w odpowiedzi począł narzekać na zdrowie pani Celiny, tak jak pospolity egoista, który wszystko odczuwa o tyle tylko, o ile jego to dotyczy.

- Naturalnie - mówił - że mi ta wyprawa nie jest na rękę. Między nami, myślę, że mogłoby się bez niej obyć. Wszystko powinno mieć swoją miarę, nawet przywiązanie córki do matki. Kobieta, która wyszła za mąż, powinna rozumieć, że pierwsze jej obowiązki są względem męża. Przy tym ta matka siedząca wiecznie o ścianę, w sąsiednim pokoju, krępuje swobodę, nie pozwala ludziom zżyć się ze sobą i oddać się wyłącznie sobie. Nie przeczę, że przywiązanie dzieci do rodziców jest rzeczą chwalebną, ale gdy jest posunięte do przesady, staje się przeszkodą życiową. Wpadłszy na ten przedmiot, rozgadał się i wygłosił mnóstwo podobnych prawd, ogromnie płaskich i pospolitych, które drażniły mnie tym więcej, że jest w nich pewna doza słuszności. Na koniec rzekł:

- Ale trudno. Ja jestem jak kupiec: wiedziałem, jaki kontrakt zawieram, i gotów jestem spełnić wszystko to, co mnie obowiązuje.

- Więc pojedziesz do Gasteinu?

- Naprzód mam w tym osobisty interes. Chodzi mi o to, żebyśmy się poznali bliżej z sobą i z ciotką, i żebyście naprawdę nabrali do mnie zaufania. Pogadamy o tym w przyszłości. Mam miesiąc albo półtora wolnego czasu. Zostawiłem na Wschodzie Lucjana Chwastowskiego, który pilnuje moich spraw, a który jest, jak mówią Anglicy, a solid man. Rozumiesz przy tym, że jak się ma taką żonę jak Anielka,

to się człowiekowi chce pomieszkać z nią trochę pod jednym dachem - rozumiesz,co? To mówiąc wytrzeszczył swoje żółte, spróchniałe zęby, roześmiał się i począł mnie klepać po kolanie. A mnie czyniło się zimno w mózg i czaszkę. Czułem doskonale, że blednę. Wstałem i odwróciwszy się prędko od światła, by on nie dostrzegł zmiany w mojej twarzy, wysiliłem się na pytanie:

- Kiedy jedziesz do Płoszowa?

- Jutro, jutro!

- Dobranoc!

- Dobranoc! - odrzekł wypuszczając monokl z oka. I wyciągnąwszy do mnie obie ręce, dodał:

- Ogromniem rad, że się będziemy mogli zbliżyć. Zawsze miałem do ciebie jakąś słabość... Ręczę, że zrozumiemy się doskonale. My z nim mamy się zrozumieć? Jaki on jest bezdennie głupi! Ale im jest głupszy, tym mi straszniej pomyśleć, że Anielka jest jego własnością, jego, po prostu, rzeczą. Nie próbowałem nawet rozbierać się tej nocy. Nigdy nie widziałem tak jasno, że może być położenie, w którym słowa się kończą, kończy się zdolność

rozumienia i odczuwania klęski - a klęska się nie kończy. Istotnie obmyślono nam wspaniałe życie! Dość powiedzieć, że poprzedni okres mego istnienia, w którym Anielka deptała po moim uczuciu i który uważałem za szczyt niedoli, wydał mi się teraz okresem bajecznego szczęścia. Gdyby wówczas i gdyby dziś jeszcze zjawił się przede mną diabeł i dał mi do podpisania kontrakt, że wszystko zostanie tylko tak, jak było dotąd, że Anielka wiecznie będzie policzkowała moją miłość, ale za to Kromicki nigdy nie przyjedzie, to bym w zamian ofiarował moją duszę i podpisałbym go bez wahania. Bo w mężczyźnie, którego kobieta odtrąca, wyrabia się mimo woli przekonanie, że ona stoi na szczycie jakiejś wieży gotyckiej, na j akiejś niedostępnej wyżynie, ku której oczu nie wolno podnieść. Tak ja mimo woli myślałem o Anielce. Tymczasem przyjeżdża taki pan Kromicki, z dwoma dywanikami z

Batum, i ściąga ją bez ceremonii z tej wyżyny aż na te dywaniki - ją, tę nieugiętą, tę nieubłaganą, tę kapłankę! Jaka to straszna rzecz, że człowiek może

myśleć i wyobrażać sobie wszystko - a jaki jest przy tym obrzydliwie płaski i śmieszny! Com ja się narozmyślał, ilem natworzył teoryj, ilem nawyciskał mózgu, by sobie dowieść, że miłość jest większą siłą od ślubnych kontraktów, że ja mam

prawo kochać Anielkę, a ona mnie - i teraz - ja będę mieszkał z moimi teoriami, a Kromicki z Anielką. Ponieważ wiatr ma być stosowany do wełny jagnięcia, więc pomyślałem sobie, że i człowiek także może unieść tylko pewien oznaczony ciężar, a jeśli mu nałożą więcej na plecy, to musi upaść. W swoim nieszczęściu bez miary, w swojej również bez miary głupocie i poniżeniu, i śmieszności czułem, że od chwili przyjazdu Kromickiego zaczynam pogardzać Anielką. Dlaczego? Żadnymi ludzkimi powodami nie umiałbym tego usprawiedliwić. Żona powinna należeć do męża. Tę prawdę umiem równie dobrze na pamięć, jak każdy inny głupiec, ale w stosunku do mego uczucia jest ona upodleniem dla Anielki. Co mnie zresztą mogą obchodzić wszystkie rozumowania! Wiem, że gardzę i że to jest właśnie więcej, niż mogę przenieść. Poczułem, że istnienie w tych warunkach jest dla mnie czystym niepodobieństwem i że koniecznie, bez najmniejszej wątpliwości, muszą teraz przyjść zmiany zupełne, w których zatraci się to, co było. Ale jakie zmiany? Gdyby pogarda udusiła moje uczucie jak wilk owcę, to byłoby dobrze. Miałem jednak zaraz poczucie, że nastąpi coś innego. Gdybym Anielki nie

kochał, to bym nią nie pogardzał - więc pogarda to tylko nowy łańcuch do mojej obroży. To doskonale rozumiałem, że poza panią Kromicką, poza panem Kromickim i

ich wzajemnym stosunkiem nie obchodzi mnie na świecie nic, zupełnie nic! - ani światło, ani ciemność, ani wojna, ani pokój, ani żadna rzecz, która jego jest. Ona, Anielka, a raczej teraz oni oboje i mój udział w ich życiu, to jedyna racja mego istnienia. Jeżeli zaś z tej samej racji nie mogę istnieć, więc co ma nastąpić? Nagle doznałem jakby zdziwienia, że jedyna, najprostsza rzecz nie

przyszła mi do głowy - śmierć. Co za niesłychana siła w ręku ludzkim ta możność przecięcia nici! Teraz czekam cię, zły duchu mojego życia, i powiadam ci tak "Będziesz póty tylko dokładał mi ciężaru na kark, póki ja sam zechcę. Gdy mi będzie nadto, to cię kopnę razem z twoim ciężarem" ...E poi eterna sile nza... nirwana, czwarty wymiar Zöllnera... zresztą, czy ja wiem co! Na samą myśl o tym, że ostatecznie wszystko zależy ode mnie, doznałem ogromnej ulgi... Z

godzinę przeleżałem na sofie rozważając, jak i kiedy to uczynię - i już samo oderwanie umysłu od Kromickiego, od jego przyjazdu, od mej dla niego zawiści, było dla mnie jakby odpoczynkiem. Taka rzecz, jak odebranie sobie życia, wymaga

pewnych materialnych zachodów - co także prowadzi za sobą konieczność myślenia o czymś jeszcze poza swoją biedą. Przypomniałem sobie zaraz, że mój podróżny rewolwer ma zbyt mały kaliber. Wstałem, by go obejrzeć, i dokonawszy tego,

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec