Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Bez dogmatu - cz.2

Począłem sobie łamać głowę, jak w danym razie urządzić rzecz w taki sposób, iżby powszechnie uwierzono w wypadek. Wszystko to zresztą była czysta teoria. Nic nie krystalizowało się we mnie w określony zamiar. Nazwałbym to raczej poczuciem możności samobójstwa niż postanowieniem. Owszem, byłem teraz pewny, że to nie nastąpi prędko. Bo, myślałem sobie, skoro wiem, gdzie jest brama i zawsze mogę wydostać się na pole, to zostanę, żeby zobaczyć: do jakiego też stopnia zło może się wysilić? jaką jeszcze obmyślono mi mękę? Paliła mnie bolesna, ale niepohamowana ciekawość, co się jeszcze stanie, jak tych dwoje ludzi będzie żyło z sobą, jak Anielka będzie mu patrzyła w oczy?... Znużyłem się na koniec i usnąłem w ubraniu ciężkim snem, bo pełnym monoklów Kromickiego, rewolwerów i wszelkiego rodzaju bezładu, w którym ludzie mieszają się z rzeczami. Zbudziłem się jednak późno. Służący powiedział mi, że Kromicki już był wyjechał do Płoszowa. Pierwszą myślą moją było jechać za nim, widzieć, zobaczyć ich razem. Ale siedząc już w powozie, uczułem nagle, że tego nie przeniosę, że mi to będzie zbyt ciężkie i nieznośne; zrozumiałem, że to mogłoby zbyt przyśpieszyć moje wyjście

przez otwartą bramę na owo nieznane pole - i kazałem się wieźć gdzie indziej. Człowiek, choćby był największym pesymistą, unika instynktownie złego i broni się od niego wszystkimi siłami. Dlatego chwyta się każdej nadziei, polepszenia od każdej zmiany. Obudziła się we mnie taka chęć, byśmy jak najprędzej mogli wyjechać do Gasteinu, jakby mnie tam czekało zbawienie. Ale jednak chciałem wyjechać. Byle ich ruszyć z Płoszowa! ta myśl nie dawała mi spokoju i opanowała mnie tak zupełnie, że poświęciłem się jej wykonaniu. Nie przyszło to trudno. Te panie były już prawie gotowe. Kromicki nic poprzednio nie pisał o swoim przyjeździe, widocznie chciał zrobić żonie niespodziankę, więc mieliśmy i tak za parę dni wyruszyć. Teraz wypadało zapewne dać mu odpocząć i zapytać go, kiedy będzie mógł wyjechać, ale ja umyślnie postanowiłem nie liczyć się z nim, tak jak gdyby nie istniał. Pojechawszy na kolej, zamówiłem sleeping do Wiednia na dzień następny, po czym wysłałem służącego do Płoszowa z listem do ciotki, w którym napisałem, że bilety już kupiłem, ponieważ zaś wagony na wszystkie dalsze dni tygodnia są przez kogo innego zamówione, więc musimy jutro jechać. 26 czerwca. Wracam jeszcze do ostatnich chwil naszego pobytu w Warszawie. Te wspomnienia zanadto wycisnęły się na moim mózgu, bym mógł o nich zamilczeć. Miałem dziwne wrażenie na drugi dzień po przyjeździe Kromickiego. Oto zdawało mi się, że już

nie kocham Anielki - ale że swoją drogą nie mogę bez niej żyć. Pierwszy raz doznawałem takiego stanu, który nazwałbym rozłamaniem psychicznym. Dawniej, gdy cały ten proces uczucia odbywał się we mnie prawidłowiej, mówiłem sobie: "Kocham

ją, więc jej pragnę" - z równą logiką, jak Kartezjusz mówił: "Myślę, więc

jestem". Teraz zmieniło się to na: "Nie kocham, ale pragnę" - i obie te części istniały we mnie, jakby wypisane na dwóch oddzielnych odłamach kamienia. Obie

mnie gniotły niewypowiedzianie. Nieprędko zrozumiałem, że owo nie kocham - jest złudzeniem. Kocham jak i dawniej, tylko w sposób tak bolesny, tak gorzki, tak zatruty, że ta miłość nie ma już nic wspólnego ze szczęściem. Czasem myślę, że gdybym nawet teraz usłyszał wyznanie Anielki, gdybym ją rozwiódł, gdyby ona owdowiała i została moją, nie byłbym już szczęśliwy. Kupiłbym taką godzinę za cenę życia, ale doprawdy nie wiem, czy potrafiłbym ją przerobić na istotne szczęście. Kto wie, czy te nerwy, którymi się odczuwa szczęście, nie zostały we mnie sparaliżowane. To się może zdarzyć. Rzeczywiście, na co mi takie istnienie? W wigilię wyjazdu byłem w składzie broni. Co za szczególniejszy człowiek sprzedawał mi rewolwer! Gdyby nie był puszkarzem, mógłby zostać profesorem psychologii. Wszedłszy do sklepu, powiedziałem mu z góry, że mi jest wszystko jedno, czy to będzie system Colta, czy Smitha, byle sztuka była dobra i posiadała odpowiednio duży kaliber. Stary człowiek wybrał mi broń, na którą zgodziłem się natychmiast, następnie spytał:

- Zapewne będą panu potrzebne i ładunki?

- Właśnie chciałem o nie prosić. Puszkarz począł na mnie patrzeć uważnie.

- Czy mam dodać pokrowiec na rewolwer?

- Naturalnie. Proszę i o pokrowiec.

- To dobrze - odpowiedział - w takim razie dostanie pan ładunki tego samego numeru, co rewolwer. Teraz ja spojrzałem na niego ze zdziwieniem, on zaś mówił dalej:

- Ja, panie dobrodzieju, mam czterdzieści lat praktyki w moim zawodzie i nauczyłem się niejednego. Często kupowali u mnie broń ludzie, którzy potem strzelali sobie we łby. I co pan powiesz? Nie zdarzyło się, żeby taki człowiek kupił pokrowiec. Zawsze było tak. Przychodzi i powiada: "Proszę o rewolwer". "A z pokrowcem?" "Nie, niepotrzebny". To jest osobliwsza rzecz, bo przecie człowiek, który sobie chce w łeb strzelić, nie potrzebuje rubla oszczędzać. Ale taka już natura ludzka...Każdy, widać, sobie mówi: Na diabła mi futerał! Ale właśnie dlatego, jak kto przychodzi po rewolwer, zaraz wiem, czy sobie chce w łeb strzelić czy nie.

- Pan mi powiadasz bardzo ciekawe rzeczy - odpowiedziałem. Istotnie wydało mi się to niezmiernie charakterystycznym. Puszkarz zaś mówił dalej:

- Jakem to pomiarkował, tak wymyśliłem taki sposób: kto bierze rewolwer bez futerału, to ja się niby mylę i daję mu ładunki o jeden numer za duże. Strzelić sobie w łeb, to przecież niemała rzecz. Trzeba na to diablo wziąć się w kupę i zebrać odwagę. Myślę, że niejednego zimny pot obleje... Nareszcie zdobył się człowiek na postanowienie i dalej do rewolweru. A tu ładunki nie lezą... Choć

głową o mur bij - trzeba odłożyć do jutra... A co pan myśli: że to łatwo drugi raz się na to zdobyć? Niejeden, co byłby sobie na razie w łeb strzelił, jak już śmierci zajrzał w oczy, nazajutrz tego nie zrobi. Byli tacy, co przychodzili na drugi dzień i kupowali futerał... A mnie się tylko śmiać chciało. "Masz futerał i żyj zdrów!" Zapisuję tę rozmowę, bo mnie teraz rzeczy tyczące samobójstwa mocno obchodzą, a słowa starego puszkarza wydały mi się dokumentem ludzkim do tej sprawy. 27 czerwca. Czasem przypominam sobie, że Anielka mnie kochała, że mogłem się z nią ożenić i

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec