Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Droga - cz.2

III Na Złotopolu gwarno,zgiełkliwie i wesoło.Zjechał pan,a z panem i inni panowie.Przyjechali także z Prus panowie Szulce,Miller,Mitke,Jausch, Wiseman, pełnomocnicy kolonistów.Układy idą żywo i dość szybko posuwają się naprzód.Raz wraz przyszli dziedzice Złotopola chodzą od rządcy,u którego stanęli,do dworu, gdzie stoi pan z innymi panami.I koloniści radują się spoglądając,jak wiatr chwieje zbożem na łanach mazowieckich,i młody dziedzic z zadowoleniem obserwuje ładowne kieszenie panów Szulce,Millera,Jauscha et comp . Po wsi tylko strach przyszłych sąsiadów,ale co komu do tego?Zbierają się gromadki gospodarzy i radzą.Wolno im radzić,niech każdy myśli o sobie.Ożyło całe Złotopole i jeszcze piękniejsze wydaje się niż zwykle.I to dobra nowina!im Złotopole piękniej się wyda,tym Niemcy więcej za Złotopole dadzą. Prócz chłopów wszyscy kontenci.Pan Maszko rozpływa się z radości,bo oto książę Antoś, który ma także majątek do rozkolonizowania,chodzi z nim pod rękę lub klepie go po ramieniu i mówi mu:"cher ami " ,a pan Maszko nazywa go z kolei swoim poczciwym Antosiem. Jaś Złotopolski każe nakrywać do obiadku,a Miś przygotowywa speech,który powie przy pierwszym zdrowiu.

- Jasiu!Jasiu!- woła wreszcie książę Antoś - widziałeś swoją Fanny przed odjazdem?

- Nie,nie widziałem;chcę jej zrobić niespodziankę.

- Ucieszy się mała!- wtrąca Maszko.

- Spodziewam się - odpowiada Złotopolski.- Ma ona dosyć na to rozumu.

-O to najmniejsza!-przerywa książę Antoś -ale ładna kanalijka.Ja tam nie uważam na rozum w kobiecie! Pan Maszko parska śmiechem z całej duszy;on jest tegoż samego zdania,ale nie umiałby się tak dosadnie wyrazić.

-Nie!wiecie panowie - woła pan Maszko -że ten Antoś jest tak wyborny,że ha!ha!ha! uważaliście,jak on to powiedział:"Ja tam nie uważam na rozum w kobiecie!"

-Ależ,kochany Maszko!każdemu może się trafić powiedzieć coś dowcipnego - mówi skromnie książę Antoś.

- Nie,nie,nie każdemu! Tymczasem Miś Rossowski zbliża się i usłyszawszy o co chodzi mówi:

-Co się tyczy Fanny,to ja wiem,że ona może się liczyć nawet do bardzo wykształconych. Ja wam za to zaręczam.

- A z czegoś to poznał?- pyta Złotopolski.

-Z czegom poznał?Na własne oczy widziałem,jak u Wici Zdzierżyckiej,która,jak wiecie,chce uchodzić za uczoną,Fanny trzymała w ręku książkę z filozofią Hegla.

- No i cóż?

-I cóż?I zobaczywszy,że to Hegel,powiada:"a!"a prosta rzecz,że gdyby nie słyszała o Heglu,to by nie powiedziała:"a!"

- Trzeba było powiedzieć::"b!" - mówi książę Antoś - to i ty byś uchodził za uczonego. Tu już pan Maszko bucha takim śmiechem,że pęka mu spinka przy kołnierzyku,a Miś Rossowski odpowiada:

- Nie puszczaj się,drogi Antosiu,na alfabet,bo wątpię,czy dociągniesz do końca.

-Ma foi!i ja wątpię.Jasiu,chodźmy na obiad.Misiu,gotuj speech! Jakoż przechodzą wszyscy do sali jadalnej,z której ścian spoglądają na nich wąsate, groźne twarze dawnych Złotopolskich.Maszko spogląda na nich jak lis na winogrona.Wszyscy siadają do stołu.

- A cóż twoi Niemcy?- pyta Miś.

-Spodziewam się,że nie z nami -odpowiada Jaś.-Sprowadziłem im bajryszu ,który piją teraz u rządcy.

- Ależ mają,bo mają talarki.

-Któż by je miał?to tylko na nas takie ciężkie czasy,że niedługo nie będziemy mieli co do ust włożyć!Antosiu,porteru czy piwa angielskiego?..Doskonałe!.Misiu, jakie wino pijasz po zupie?

- No a mój speech?

-Powiesz przy mumie .Tak,moi panowie!ciężkie teraz czasy i musimy się diablo ograniczać.

- Kolonizacja,to jedyny nasz ratunek.

- Niech żyje kolonizacja!

- Kolonizujmy,parcelujmy!Niech żyje kolonizacja!

-Panowie!tylko nie unośmy się - mówi Miś.- Prawdziwi gentlemani nie unoszą się przed bifsztykiem .Tak jest przyjęte.

- Yes!yes!Tymczasem podają bifsztyk,po którym nawet ludziom najlepszego tonu wolno być wesołymi,a zarazem przynoszą muma,który ma własność rozweselania ludzi wszystkich tonów.Książę Antoś spogląda pod światło na szumiące perełki złotego napoju,potem wstaje i woła:

- Zdrowie gospodarza!

- Zdrowie gospodarza!- powtarza pan Maszko.

- Obyśmy dożyli lepszych czasów!

- Obyśmy dożyli lepszych czasów!- powtarza Maszko,

- Cicho!- woła Miś. Wszyscy siadają.Miś pozostaje stojący i trzymając kieliszek mówi:

- Panowie,mówię poważnie,bo speech powinno się mówić poważnie. Zebraliśmy się tu,aby odpocząć po pracy i trudach,jakie dla dobra naszego ogółu ponosimy w stolicy.Wprawdzie i tam mową i drukiem,z pomocą pism,zarzucają nam,że

nie robimy nic a nic - ja protestuję ("I ja!"woła Maszko).Maszko nie przerywaj!Ja protestuję!

-My to nawet w dzisiejszych ciężkich czasach utrzymujemy godność naszego ogółu.Pytam:dlaczego?A któż ożywia wyższe towarzystwa?Kto stanowi prawa dobrego tonu?kto utrzymuje polor towarzyski,kto dyktuje prawa szyku?- My!Gdyby nas nie było,nie byłoby tego,co nazywamy wyższym towarzystwem,a wszakże Anglia ma swoich lordów,Francja swoją noblessę,Niemcy swoich baronów.My utrzymujemy tę równowagę u nas.Jest to porządek natury.Kto nie wierzy,niech spojrzy na konie i barany.Są między końmi szkapy chłopskie i folbluty ,są między baranami zwykłe i merynosy. Sama natura tak postanowiła,sama natura nas postawiła na czele ogółu.My to bowiem jesteśmy końmi folblut,my jesteśmy baranami z rasy merynos! (Brawo! brawo!). Nie przerywajcie!A teraz,panowie!jeżeli słowa moje trafiają do waszego rozumu,kto sprawił,że możecie ich słuchać?- Złotopolski.Kto przez kolonizację daje nam przykład,jak powrócić owe dobre czasy,gdy ludzie jak my nie mieli dłu- gów?- Złotopolski.A przy tym on jest tak dobrym folblutem,tak dobrym baranem merynos jak każdy z nas.Panowie!Sądzę przeto,że ów gentleman zasługuje,aby mu wykrzyknąć:hip! hip!Zatem hip!hip!Jeszcze raz:hip!hip!(Maszko krzyczysz jak Mazur,nie Anglik!)hurra! hurra! Jaś Złotopolski dziękuje towarzyszom trącając się z nimi kolejno. On wie,że każdy może pójść jego śladem i nie widzi w swoim postępku nic godnego uwielbienia.Przecież kolonistów nie zabraknie.

-Panowie!nie przeceniajmy się wzajemnie!Wreszcie po kilku jeszcze zdrowiach obiadek się kończy.

- Teraz kawa,cygara i przechadzka - mówi gospodarz. Jak miło jest na wsi,po dobrym obiedzie i po kawie,pójść jesienią na przechadzkę,gdy na dworze skrzy się pogoda,liść nie szemrze,a w ulewie promieni słonecznych pływają białe nitki pajęczyny.Tak cicho i spokojnie płyną one włókienka z przędziwa Matki Boskiej,jako żywot szlachcica polskiego bez skazy na sumieniu,bez długów na hipotece.Jesień polska, gdy się uśmiechnie,to chociaż rzewnie jakoś,ano już tak poczciwie i serdecznie,że z duszą i sercem kupi cię takim uśmiechem.Wesoło wtedy i radośnie wiejskiemu człowiekowi.Przyszedł czas spocząć po pracy;chlebny czas,zbożny czas!W rżyskach krzyczą z wielką wrzawą koniki polne,a na ugorze pastuch,choć zbył już fujary,ale i bez fujary zawodzi całą duszą pieśń wiejską: "Rozbujały się siwe łabędzie po wodzie!" Młodzi panowie w Złotopolu byli w doskonałych humorach:właśnie zjedli wyborny obiad,byli po kawie;czas był pogodny,pełen słońca,pajęczyny,wrzawy koników i pieśni wiejskich. Z cygarami w ustach panowie wyszli do ogrodu we dwie pary,Miś ze Złotopolskim,a książę Antoś z Maszką.Książę Antoś twarz miał trochę czerwoną,mocno śmiejące się oczy,trochę dymiącą czuprynę i trochę niepewne nogi.

-Ja-siu ko-chany!śliczne to twoje Złotopole,jak mi honor miły -mówił zwracając się do gospodarza. Rzeczywiście Złotopole ślicznie wyglądało i z bliska i z daleka.Pałac pański prawdziwie wygodny;za pałacem ogród gracowany w ulice,szumiący odwiecznymi drzewami;za drzewami szeroka i ogromna szyba wody,młyn,tartak,grobla sadzona

jarzębiną,po bokach,jak okiem dojrzał,łany mazowieckie - i na końcu widnokręgu okrawek lasu,czarna szumiąca choina.

- Śliczne to twoje Złotopole!-powtórzył książę Antoś.- W którą stronę pójdziemy?

- Chodźmy na okop szwedzki;stamtąd piękny widok.

- Gdzie to jest?

- A za ogrodem,niedaleko stawu. Panowie przeszedłszy z pół wiorsty wyszli z ogrodu i wkrótce ujrzeli porosły wrzosem i chwastem wysoki nasyp ziemny,z którego istotnie otwierał się rozległy widok na okolicę.

- To tu?- spytał Miś.- A istotnie ładny stąd widok.

- To okop szwedzki.

- Skąd się tu wziął?

- Jeszcze od wojen szwedzkich.Tu podobno bronił się mój prapradziad Karolowi XII.

- Ehe!to tu była bitwa?

- Tak.Tu tylko ziemię poruszyć,zaraz natrafisz na kości.

- Ho!ho!

-A no,patrz!- zawołał nagle książę Antoś -ot czaszka!Istotnie,w dołku wypłukanym od deszczów,na podścielisku wrzosów,leżała pożółkła od czasu czaszka;słońce oblewało promieniami ten czerep zapewne jakiego sodalisa 49 ,który tu ongi gardło dał,chwaląc imię Marii i mękę krwawego Chrystusa.Czerep spoglądał pustymi jamami oczu i na Jasia Złotopolskiego i na Misia Rossowskiego i na księcia Antosia.Rozwalona widocznie mieczem lub toporem kość ciemieniowa okazywała czarne wnętrze pełne ziemi i zielska.

-Aprčs dîner c'est un peu dégoűtant - zauważył Maszko. Jaś Złotopolski uśmiechnął się.

-Ciekawym,co Niemcy zrobią z kośćmi,które tu znajdą.Ale?(tu Złotopolski zwrócił się do Maszki),czy okop objęty pomiarami,czy mój?

-Nein,nein! to nasz ma bycz!- zawołał nagle jakiś basowy głos za plecami Jasia. Był to głos pana Jauscha,który stał obok pana Wiseman i obcierał z potu ogromne i czerwone oblicze.Pan Jausch i pan Wiseman,trzymając w rękach porcelanowe fajki,poważnie poglądali na okop i na panów,stojących na okopie.Pan Jausch był otyły,pan Wiseman chudy,ale obaj mieli czerwone chustki na szyjach i długie kamizelki z świecącymi guzikami.Pan Jausch pogładził ręką podbródek i powtórzył:

- Mi przyszli tu szpaciren,ale to ma bicz nasz ten wal. Po czym oba z panem Wiseman wdrapali się na nasyp.

- A cóż wy z tym będziecie robili?- spytał książę Antoś.

- Mi nie tacy głupi,aby pozwolili się marnować takiemu dobry plac - tu będzie ogórki kwitnąć.

- To cmentarzysko dawne,tu pełno kości.

- To nie szkodzi!to kości pójdzie precz,a tu będzie ogórki kwitnąć.

- Musicie lubić ogórki?

-Lubi!lubi!o!..-zawołał pan Jausch,spostrzegłszy czaszkę - prawda,że tu jest kości,aber to będzie z nimi tak! Tu pan Jausch kopnął silnie czaszkę sodalisa,która jęknąwszy echem potoczyła się na dół między wrzosy.

- Ha!ha!ha!twarda polska głowa.Tu będzie ogórek kwitnąć. Zaśmiał się serdecznie pan Jausch,a pan Wiseman zaśmiał się jeszcze serdeczniej. Złotopolskiemu nagle krew uderzyła do głowy,a oczy zaświeciły jak węgle.Chwila jeszcze,a i pan Jausch byłby stoczył się z okopu w ślad za czaszką sodalisa,ale gospodarz zmiarkował się..Przecież ci koloniści dlatego przyjechali,żeby ratować

szlachcica wiejskiego - przecie ich Pan Bóg na to stworzył.Kiedy ratują żywych,niech sobie kopią umarłych.Honny soit qui mal y pense! Panowie wrócili do domu,ale w domu czekała ich nowa niespodzianka.Starsi z gromady złotopolskiej przyszli z interesem do pana,trzeba było ich przyjąć. Jaś z resztą towarzystwa wyszedł na ganek;chłopi zbliżyli się ku niemu.

- Ą czego to chcecie?- spytał.

- Niech będzie pochwalony!

- Na wieki.Czego chcecie? Stary jeden gospodarz skłonił się i począł mówić w imieniu reszty:

- Myśwa przyszli,bośwa słyszeli,że jaśnie pan sprzedaje Złotopole kolonistom.

- A sprzedaję,ale wam co do tego?wy macie swoje grunta,ja mam swoje.

- Nie można rzec!ale myśwa przyszli prosić,żeby jaśnie pan nie sprzedawał Złotopola.Tu nasi ojcowie pracowali,tu i jasnego pana ojciec żył i pomer,myśwa tu zawsze byli swoi,a z kolonistami nie dojdziemy do ładu.Z nimi nikt nie trafi do ładu;my się ich boiwa;my przy kolonistach zmarniejemy do szczętu.Niech jaśnie pan nie sprzedaje Złotopola.To mazurska ziemia,nie kolonistów.Jak pan z Brzeźnicy ich puścił,to i jemu teraz bieda i gospodarzom bieda.My wolimy,żeby pan dworskie grunta trzymał niż koloniści.

- Tak mię kochacie,czy co?

-Ee!prawdę rzec,my jaśnie pana nie znamy,ino się boiwa kolonistów.Ono my rozu- miewa,że to teraz czasy takie czy co,że każdy pan potrzebuje pieniędzy,ale my byśwa chcieli jako zaradzić,żeby jaśnie pan dostał pieniędzy i nie sprzedawał Złotopola.Ono tu nigdy żadnych kolonistów nie bywało.Ojciec jaśnie pana siedział z nami na roli i byliśwa swoi.

- Jakże to chcecie zaradzić?- spytał Maszko.

-A my byśwa kupili krzynę lasu za to,cośwa się złożyli,ino żeby tych poganów tu nie bywało.

-Moi kochani!-przerwał Złotopolski -mnie wasza krzyna lasu nic nie znaczy,a jakem postanowił rozkolonizować Złotopole,tak i zrobię.Nie trzeba było oto szkód robić,a zboża wypasać,a okradać mnie na wszystkie strony,to bym nie sprzedawał Złotopola.

- Nie kradliśwa,jaśnie panie,nigdy i nie będziemy -odezwał się jeden z gromady.

- A nie mówił mi to rządca o szkodach?

- Szkoda szkodą,ale nie kradliśwa.

- Niby to nie wszystko jedno?

-Juści nie,jaśnie panie;myśwa pieniędzy nie kradli,a jak tam który niecnota wypasł koniczynę,albo wzion zboża z pola,no to wzion,nie ukradł. Książę Antoś wziął się aż pod boki ze śmiechu.

- Człeku,bój się Boga!to przecie jedno.

- Nie,jaśnie panie,złodziej to taki,co pieniądze kradnie.

- Szczególna filozofia - zauważył Maszko.

-Jasiu!- zawołał książę Antoś -jutro rozmówicie się w Złotopolu,a teraz temu każ dać wódki i niech zostanie,a reszta niech sobie idzie do diabła.Poczekajno,mój człowieku,dostaniesz wódki,boś zuch!ale powiedz mi jeszcze,czy ksiądz wasz nic wam o tym nie mówił,że jak kto "wzion ",to to samo jakby ukradł? Chłop widocznie nie miał ochoty do gawędy;na twarzy znać mu było frasunek;ale już to może wódka,już to nadzieja przemówienia jeszcze raz w interesie gromady,skłoniła go do odpowiedzi:

- Jegomość nie mówili o tym nic.

- No,a o czym jegomość mówili?

- Ee!bo to trudno spamiętać.

- Jasiu,każ mu jeszcze dać wódki.A no,przecie musicie pamiętać,co jegomość mówili?

- Ono przeszłej niedzieli to jegomość narzekali na mularzy chyba,czy co?

- Jasiu,daj mu jeszcze kieliszek!Na kogo?na kogo?

-Na mularzy.U nas jest tylko jeden,karbowego Podysioka syn,ale on przysięgał się,że o niczym nie słyszał.

- A o czym że miał słyszeć?

-Ano,że mularze chcieli pono Ojca Świętego prochem wysadzić,niby ze dworca,gdzie mieszka,ale w nocy przyszło od Pana Jezusa pisanie do Ojca Świętego,żeby się pilnował.

- Aa!jestem w domu - zawołał Maszko.- Czy to nie o wolno--mularzach jegomość mówił.

- A ino,ino,ino!

-Ma foi!- zawołał książę Antoś - doskonalem się ubawił.No,idź już sobie,mój człowieku! Ale gospodarz zwrócił się do Złotopolskiego.

- Jaśnie panie,a ze Złotopolem jak będzie?

- Nie nudźcie mnie już wszyscy razem i idźcie do diabła,raz powiedziałem.

-Ha!to trzeba iść.Niech panu Bóg nie pamięta.My głupi ludzie jesteśwa,ale my rozumiewa,że to jakoś niedobrze dzieje się teraz między panami. Panowie znów zostali sami.

- Czy rzeczywiście takie szkody ci robią?- spytał Złotopolskiego Miś Rossowski.

-Mais parole d'honneur!55 i nie tylko mnie,ale wszędzie.

- No,to dlaczego raz im tego księża nie wytłumaczą?- przerwał książę Antoś.

-Bo mają co lepszego do tłumaczenia - odpowiedział Miś.- Dziwię się,mój Antosiu,że nie rozumiesz tego. W dzisiejszych czasach są kwestie ważniejsze i obchodzące bardziej ludzi w dobrym duchu. Wstydź się, Antosiu, tego nie rozumieć. Książę Antoś się obraził.

- Wiedzą ludzie i bez tego kto jestem.

-Dajcie-no pokój - rzekł Złotopolski.- Ot, zmęczyłem się już tymi ciągłymi sprawami; Wiecie co,robimy pulkę dla zabicia czasu.Czas to pieniądze.

- Doskonale zastosowane!- woła Maszko.

- Nigdzie tyle,ile przy grze nie sprawdza się,że czas to pieniądze. KONIEC ROZDZIAŁU

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec