Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Droga - cz.2

X Jakoż o piątej wieczorem udał się Jaś do fabryki,ale nie zastał w niej Iwaszkiewicza.Natomiast młody jakiś inżynierek o rudych włosach,czarnych oczach i kobiecej prawdziwie twarzy,z wielką grzecznością wskazał mu pokój dyrektora.Jaś postanowił oczekiwać na Iwaszkiewicza,który miał nadejść za godzinkę,a tymczasem z nudów rozpatrywał się po dyrektorskiej izbie lub wyglądał oknem na dziedziniec fabryczny.I jedno,i drugie zajmowało go nie pomału. Pokój,w którym siedział,na pierwszy rzut oka zdradzał pracownię inżyniera. Ogromne brystole z pozaczynanymi rysunkami,wzory rozmaitych machin,których by Jaś nawet nazwać nie umiał,mapy,termometry,narzędzia fizyczne,tabele i księgi rachunkowe napełniały wszystkie kąty tej izby.Przy wchodowej ścianie była szafa napełniona książkami, na której stał ogromny globus i miniaturowa lubo bardzo dokładna lokomotywa.Po innych wisiały portrety znakomitych inżynierów zagranicznych;na wielkich półkach umieszczonych tuż obok biura widać było próbki rozlicznych rud żelaznych.Z tym wszystkim komnata była dość posępna;czarne drewniane krzesła,czarny stół i szafy stanowiły całe jej umeblowanie. Ale też znać było,że nie przesiadywał w niej wykwintniś,tylko surowy mąż pracy.Praca twarda i wytrwała widniała tu z każdego szczegółu.Izba malowała mieszkańca.Złotopolski rozglądał się po niej z mimowolnym szacunkiem,połączonym ze zdziwieniem.On,który jako prawdziwy gentleman,nie robił całe życie nic a nic,on,trefny wykwintniś,którego zajęcia dzienne zależały od tego,jakie ubranie brał rano,może pierwszy raz w życiu spotykał się tu z pracą twarz w twarz.Mimo

woli porównał się teraz z Iwaszkiewiczem -i mimo woli uczuł,jak wiele niższym był od niego.Serce ścisnęło mu się smutkiem;zrozumiał,że Fanny miała słuszność. Głuche poczucie tego odbiło się i na jego twarzy,ale posępną zadumę przerwał mu młody rudawy inżynier,który zbliżywszy się rzekł uprzejmie:

-Dyrektor przyjdzie o szóstej,mamy więc jeszcze pół godziny czasu;może tymczasem zechce pan obejrzeć fabrykę?

- Najchętniej.Dokąd pójdziemy?

- Pokażę panu machiny,warsztaty,kuźnię,ślusarnię,odlewnię i co sam pan zechce. Wyszli z izb inżynierskich.Młody i żywy jak iskra towarzysz Jasia nie żałował objaśnień. Wszedłszy do ogromnego,hałaśliwego budynku,posłuchał trochę i rzekł:

- Tak,panie!idzie u nas robota,idzie!

- Ależ tu można ogłuchnąć - zauważył Jaś.

- Fraszka!trochę przyzwyczajenia! A rzeczywiście trzeba było i sporo przyzwyczajenia.Fabryka była w pełnym biegu. Ogromne koła zębate i niezębate poruszały się z piekielnym rozmachem i piekielną szybkością;olbrzymie tłoki podnosiły się i spadały ruchem,mającym coś potwornego, warczenie kół,łoskot,zgrzyt,przeraźliwy świst i bolesne wycie piłowanego żelaza,huk młotów, ściskały duszę jakimś nieokreślonym a lękliwym poczuciem owej niepojętej siły,która nadawała ruch wszystkiemu.Każda cegiełka budynku trzęsła się jak w febrze;słowa ginęły dla ucha;samo powietrze zdawało się drżeć przelękłe.

- A co panie?- krzyknął inżynier do ucha Złotopolskiemu.

- Potęga!potęga!

- A tak ciągle jest od czasu,jak mamy dyrektorem Iwaszkiewicza.

- Czy tak?

- To panie jego ręka porusza wszystko.

- Ano zdolny musi być człowiek?

-Ho!ho!przy tym praca!praca!Dawniej tu inaczej bywało.Fabryka poczynała już ban- krutować.Chodź pan dalej. To mówiąc młody inżynier przeskoczył z belki na belkę; Złotopolski podążał za nim.

- Ostrożnie,bo pana pasy złapią!Tędy! Tymczasem pociemniało na dworze,w budynku zabłysły kinkiety 119 ,a przy ich blasku,przy łamaniu się światła z cieniem,sala przybrała fantastyczne pozory jakiegoś przedsionka piekieł.

-Koło zębate o podwójnym działaniu wynalazku dyrektora -zakrzyczał głosem cycerona inżynier. Złotopolski spojrzał na ukazywany mu okrągławy potwór,kręcący się ze wściekłością w ciemnym kącie.

- Klapy bezpieczeństwa systemu amerykańskiego,zastosowane pierwszy raz w kraju przez dyrektora! Jaś zagryzł wargi.Czymże on był przy owym Iwaszkiewiczu?

- Dmuchawki zabezpieczające robotników od opiłków,zastosowane przez dyrektora!

- Mało musicie mieć robotników,kiedy ich tak zabezpieczacie?

-Mamy dość,ale robotnik,to człowiek jak my i bliźni nam.W innych fabrykach,gdy robotnik umiera,dzieci pozostają bez chleba,u nas inaczej.

- Jakże to u was?

- Dyrektor los wdów i sierot zabezpieczył ze składek ogólnych. Jasiowi smutek ścisnął serce:czymże on był przy owym Iwaszkiewiczu? Ale zarazem obudziło się w nim dziwne uczucie szacunku dla współzawodnika. Uczucie to sformułował Jaś w ten sposób:

- Chciałbym posiadać przyjaźń takiego człowieka.

- Przejdźmy do szlifierni,jeżeli pan chcesz?- pytał inżynier.

- Nie,panie!wyjdźmy już,bo ochrypnę i ogłuchnę zarazem.

- Piękny jest widok w kuźni.

- Nie,mam już dosyć, Wyszli na dziedziniec fabryczny;na dworze już mrok padał,ale było jeszcze widno.

-Oto właśnie -rzekł inżynier - przechodzimy koło kuźni;rozdymają teraz ogniska;

-za chwilę znów zadzwonią młoty.

- Wasz dyrektor musi być czł... Złotopolski urwał nagle. W powietrzu zabrzmiała pieśń,przy której wstrząsły się szyby budynku;zagłuchły wszystkie inne odgłosy,-pieśń prawdziwie żelazna;rzekłbyś,nie ludzkie dźwięczały

nią płuca - pieśń na nutę stu młotów,bijących w takt jej słowom.

-Co to jest?-spytał Złotopolski.Oczy młodego inżyniera zabłysły;rumieniec niekłamanego zapału wystąpił mu na lica.

-To kowale nasi śpiewają przy młotach.Posłuchaj pan.Przystanęli obaj:słowa pieśni dochodziły wyraźnie; Gdy warczy miech,gdy płonie żar, Wśród razów ech,wśród iskier chmar,

Próżnować grzech,czas - boży dar. Hej,w obroty ciężkie młoty! Chrzęst cęg,miotów jęk, Czerwone skry i krwawy pot Milsze niż słów pieszczonych dźwięk, Niż krwawe łzy w komnacie złotej,

Bo w pracy - zdrój szczęścia i cnót.

Ku niebu skroń - ku ziemi dłoń!

Tam Boga chwal - tu hartuj stal!

Tam dojść się ucz - tu kuj i tłucz! Aby twa praca wydała plon, Byś miał gotowy,gdy przyjdzie skon, Żelazny do nieba klucz. Każde słowo potężnej pieśni brzmiało w powietrzu z taką siłą,że Złotopolski z młodym inżynierem nie stracili ani jednego dźwięku.

- A co,panie? Złotopolski milczał.

- W innej fabryce nie usłyszysz pan takiej pieśni.

- Dlaczego?

- Czyś pan nie słyszał po jakiemu śpiewają?W innych fabrykach pracują cudzoziemcy. Złotopolski zmarszczył brwi i szybko zbliżył się do inżyniera.

- Jak pan to rozumiesz?

- Dyrektor oddalił cudzoziemców,a postarał się o naszych ludzi - odparł inżynier. Obie ręce Złotopolskiego spoczęły na ramionach towarzysza.

- Dlaczego on to uczynił?dlaczego to uczynił?- pytał gorączkowo.

- Dla dobra ogółu.Ale co panu jest?

- Nic!nic! Złotopolski zamilkł nagle i sposępniał jak noc.Zagadka,której nie chciała mu rozwiązać Fanny,leżała teraz jasno przed jego oczyma. Ale jasność owa daleką była od radości:czymże on był przy Iwaszkiewiczu? Nagle w bramie fabrycznej odezwał się dzwonek.

- Dyrektor!- zawołał rudy inżynier.- Teraz ustępuję panom. Jakoż po chwili w ciemnym mroku bramy fabrycznej zarysowała się wysoka,spokojna postać Iwaszkiewicza. Złotopolski szybko zbliżył się ku niemu.

-Panie!- rzekł smutnym,poważnym głosem - nie znałem pana,ale przed chwilą poznałem i teraz rozumiem Fanny i ustępuję!. Zanim Iwaszkiewicz zdołał ochłonąć ze zdziwienia,Złotopolskiego już nie było. Koniec,czytelniku!W parę dni potem Złotopolski odjechał za granicę i osiadł w Dreźnie. Iwaszkiewicz ożenił się z Fanią,ale mimo namów pani Bujnickiej nie chciał porzucić fabryki, którą i nadal w podobnym duchu zarządzał. W Złotopolu za to na szwedzkich okopach kwitnęły ogórki,a jeno kości sodalisów póty nie znalazły spoczynku,póki chłopstwo nie ulitowało się nad nimi i "owych świętych szczątków żołnierskich " nie pochowało w poświęcanych grobach. KONIEC KSIĄŻKI

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec