Biblioteczka

BOLESLAW PRUS

Emancypantki

 

18 Kara za niedołęstwo

Zajęta myślami o przyszłości pani Latter, Madzia nazajutrz i następnych dni nie zauważyła, że coś knuje się na pensji. Widziała rozdrażnienie panny Howard, słyszała szepty dam klasowych, nieraz obiło się o jej uszy słówko tej lub owej pensjonarki: intrygant!” „niedołęga!”

– ale nie przywiązywała do tego znaczenia. Dusza jej była przesycona niepokojem o panią Latter, o Helenkę, nawet... o pana Kazimierza, którym, według przepowiedni panny Malinowskiej, groziła ruina... Cóż więc mogło ją obchodzić; że kogoś nazywają intrygantem i niedołęgą, że cała pensja o czymś szepcze?... Alboż ona sama nie była pełna jakichś tajemniczych szeptów, nad którymi górowały dwa zdania: „Rola pani Latter skończyła się nieodwołalnie.” „Kobiety pracujące nie powinny mieć dzieci.” Słowa te wydawały się Madzi okrutnymi; tym okrutniejszymi, że kochała panią Latter jak drugą matkę, a najwięcej kochała ją za to, że ma dzieci. „Jak można – myślała sobie – z taką straszną obojętnością odmawiać praw do życia istotom malutkim i niewinnym, których dusze, być może, krążą nad nami upominając się o przyjście na świat, o chrzest i wiekuiste zbawienie?... Jak można przed nie urodzonymi zamykać wieczność tylko dlatego, ażeby nam było dobrze?...” Wspomnienie panny Malinowskiej, która tak spokojnie rzucała wyrok zagłady na nie urodzonych, napełniało Madzię trwogą. Zdawało jej się; że łagodna i zacięta blondynka wypowiada wojnę samemu Bogu. „Wolałabym umrzeć aniżeli coś podobnego pomyśleć” – mówiła w duchu. A tymczasem około niej szeptano o jakimś intrygancie i niedołędze. Lecz gdy Madzia zbliżyła się do grupy pensjonarek, dziewczynki milkły, choć w ich oczach można było wyczytać, że mówią o czymś ważnym. Raz doleciał Madzię frazes:

– Jej panna Howard nie kazała... Ona jest tak łagodna, że może wszystko zepsuć... Madzia machinalnie spojrzała na dowodzącą pensjonarkę, która. uciekła. Lecz i te zdania odbiły się od jej uwagi jak piłka od ściany. W następną sobotę dyżurowała Madzia w czwartej klasie, gdzie od godziny dziesiątej do jedenastej Dębicki miał wykładać botanikę. Siedziała na krześle haftując coś, pogrążona w myślach, gdyż klasa była spokojna. Po dzwonku nauczyciel języka niemieckiego opuścił salę, a w parę minut wszedł Dębicki. Był jak zwykle zakłopotany, idąc podnosił kolana bardzo wysoko, okrążył katedrę, potknął się na stopniu, co rozśmieszyło pensjonarki, i zapisał się w dzienniku. Potem rzekł cichym głosem:

– Panna Kolska...

– Nic nie mów!... Nie umiesz!... – zaszemrano w klasie. Madzia spojrzała po sali. Większa część uczennic miała spuszczone głowy, lecz w ostatnich ławkach było widać rozognione twarze i błyszczące oczy. Dębicki zamyślił się, przewracał kartki dziennika, bawił się piórem, lecz stopnia uczennicy nie zapisał.

– Panna Siewierska... – odezwał się po chwili.

– Nic nie mów!,.. Nieprzygotowana!... – odezwały się głosy panienek, tym razem liczniejsze i silniejsze niż poprzednio. Dębicki podniósł się z fotelu i patrząc na rzędy pochylonych główek rzekł spokojnie:

– Moje panie, cóż to znaczy?...

– Nic nie rozumiemy... Nudne lekcje...

– Nie rozumiecie, panie, botaniki?...

– Nic, ale to nic nie rozumiemy!... – zawołał cienki głos. A po nim chór:

– Nie rozumiemy... Nie chcemy... Dębickiemu twarz zrobiła się szarą, nos trochę posiniał. Zachwiał się, odetchnął parę razy, jakby mu zabrakło powietrza, a w jego oczach błysnęła trwoga. Lecz uspokoił się, zeszedł z katedry, stanął przed pierwszymi ławkami i pokiwawszy głową rzekł z uśmiechem:

– Dzieci!... dzieci!... Potem opuścił salę, znowu podnosząc kolana bardzo wysoko i trzymając rękę za klapą surduta. Kiedy cicho zamknął drzwi za sobą, Madzia na pół nieprzytomna zapytała?

– Co to jest?... Odpowiedziało szlochanie jednej z przychodnich uczennic. Była to siostrzenica Dębickiego.

– Co to znaczy?... – powtórzyła Madzia. W klasie panowało głębokie milczenie, a po chwili rozległ się płacz innej dziewczynki, która była w przyjaźni z siostrzenicą nauczyciela. A potem w różnych punktach sali zaczęły płakać jeszcze inne dziewczynki i odzywać się głosy:

– To przez Bandurską!...

– Nieprawda, bo to Lange!... – Mnie panna Howard kazała...

– Trzeba przeprosić pana profesora...

– Prosić... Przeprosić!... Niech pani prosi!... Madzia rzuciła swój haft na ziemię i wybiegła na korytarz. Dębicki w futrze i czapce stał na połowie schodów trzymając się poręczy i ciężko dysząc. Madzia schwyciła go za ręce i łkając zapytała:

– Co panu jest?... Dlaczego pan wychodzi?...

– Nic. Przypomniano mi, że powinienem wziąć się do spokojniejszego zajęcia – odparł ze smutnym uśmiechem.

– Ależ, panie...niech pan wróci... – błagała Madzia, coraz mocniej ściskając go za ręce. – One tak proszą.., bardzo proszą!.,.

– Dzieci są zawsze dobre – odparł – ale ja jestem chory, i już nie mogę być nauczycielem. W tej chwili przebiegła przez korytarz i schody mała siostrzenica Dębickiego i z płaczem rzuciwszy mu się na szyję rzekła:

– Wujciu... ja z wujciem pójdę... nie chcę tu być...

– Dobrze, dziecko. Tylko weź salopkę...

– Wezmę, wujciu... ale wujcio zaczeka na mnie... sam nie odejdzie... – szlochała dziewczynka całując jego ręce.

– Panie... – rzekła Madzia – chciałabym panu do nóg... Potem zasłoniła twarz chustką i uciekła na górę. W innych klasach zwrócono uwagę na szmer w korytarzu. Parę nauczycielek wyszło zapytując Madzię, co to znaczy...

– Nic... – odparła. – Dębicki zachorował... Wybiegła i panna Howard ze swego pokoiku, niespokojna, rozgorączkowana.

– Więc j u ż?... – spytała Madzi. Teraz Madzia wciągnęła ją do pokoju i zamknąwszy drzwi zawołała:

– A pani jest zła kobieta!...

– Co pani mówisz?... – zapytała raczej z trwogą aniżeli z gniewem panna Howard.

– A pani co zrobiła?... Zgubiła niewinnego człowieka, chorego na serce... Niech pani zejdzie na dół... niech spojrzy, a do śmierci nie zapomni pani swego czynu... Bo komu on szkodził... komu zawadzał ten biedak?...

– Chory na serce?... – powtórzyła panna Howard. – On naprawdę chory?... Ależ ja o tym nie wiedziałam...

– Ale co on pani winien?... Komu on co winien?... Litości nie macie... nie boicie się Boga!...

– mówiła Madzia zdławionym głosem.

– Więc jeżeli on naprawdę taki nieszczęśliwy, to ja mogę do niego napisać... niech wróci na pensję... Ja przecież nie wiedziałam, że on chory na serce... Ja myślałam; że to zwyczajny niedołęga... – tłomaczyła się zawstydzona panna Howard. „Ona jest naprawdę wariatką!” – pomyślała Madzia. Otarła oczy, opuściła zgnębioną pannę Klarę i wróciła do klasy. W kwadrans po awanturze, kiedy Dębicki ze swoją siostrzeniczką byli na ulicy, do pani Latter weszła tylnymi drzwiami jedna z dam klasowych i opowiedziała o zajściu w czwartej klasie. Pani Latter słuchała podniecona, zarumieniona, a na pytanie damy, czy pójdzie na górę, odparła z nienaturalnym uśmiechem: – Wszystko jedno!... Jest to wprawdzie nieporządek... ale... Machnęła ręką i ciężko usiadła na kanapie. Dama nie mogąc się niczego dowiedzieć wyszła zdziwiona, a w tej chwili Stanisław przyniósł pani Latter korespondencję z poczty. Pani Latter wciąż uśmiechając się zaczęła przeglądać listy. Jeden upadł na ziemię, więc podniosła go z wysiłkiem..

– Od Mielnickiego – rzekła. A ten z Neapolu. Od kogóż by to? Otworzyła i przeczytała króciutki anonim napisany po francusku: „Jesteś pani kobietą rozumną, jak głosi opinia, więc powinna byś ostrzec swoją córkę, ażeby gdy już znalazła konkurenta dla siebie, nie odciągała konkurentów innym pannom, które jej nie przeszkadzały w polowaniu na bogatego męża. Życzliwa” Pani Latter zmięła list i oparłszy głowę na poręcz kanapy rzekła do siebie półgłosem, wciąż uśmiechając się: -Ach, ta Hela... Nawet z zagranicy przychodzą na nią skargi... KONIEC ROZDZIAŁU

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec