Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Listy

LIST LITWOSA

San Francisco, 9 września 1877

Kochani moi! Winienem wam odpowiedzieć na wasz ostatni list. Zły byłem trochę na was, że mój pierwszy oddaliście do druku. Ani jego forma, ani ton nie nadawały się do tego, objaśnienia zaś poumieszczane w nawiasach zmieniły lub zbyt uogólniły w kilku miejscach sens moich słów. Z zakończenia także można by wnosić, że dla Żydów tutejszych nie mam nic więcej prócz drwinek, tymczasem powiem wam poufnie, że mam dla nich wiele szacunku. Tu dopiero przekonałem się, jaka to energiczna i przedsiębiorcza jest ludność. W Polsce mniej to jest dziwne, że Żydzi zagarnęli handel, a częściowo i przemysł w swe ręce, ale tu, gdzie miejscowa ludność jest aż do zbytku przedsiębiorcza, gdzie konkurencja jest niesłychanie trudna, a walka o byt prowadzona bez miłosierdzia, tu dopiero okazują się w całej potędze handlowe ich przymioty. Powiem wam krótko a węzłowato: na polu handlowym Żydzi polscy dotrzymują pola Jankesom, a dotrzymaliby w razie potrzeby wszystkim rogatym diabłom. Przyjeżdżają tu najczęściej bez grosza, bez znajomości języka, stosunków, słowem: z dziesięcioma palcami i głową na karku tylko, nazajutrz zaś po przyjeździe każdy już rozpoczyna business. Kto ich chce oszachrować, sam bywa oszachrowany – w wielkim jednak handlu nie są mniej uczciwi od innych kupców. Nie znam ani jednego Żyda, który by tu po roku pobytu biedę klepał; każdy ma pieniądze, każdy – jak mówią Amerykanie: „robi życie”, każdy po niejakim czasie wart jest taką a taką sumę w gotówce. Niektórzy podorabiali się milionów. Ale mniejsza o to. Lepszą jeszcze stroną ich jest, że z wyjątkiem poznańskich Żydów i galicyjskich, którzy trzymają się z Niemcami, inni, to jest Żydzi z Królestwa, nie zapominają wcale: skąd pochodzą, gdzie dawniej żyli i gdzie leżą kości ich przodków. Słowem, bez uprzedzeń, są to tędzy ludzie. Takiego żywiołu nie powinniście tam w kraju lekceważyć, bo posiada on właśnie te przymioty, których nam brak, ale które dodane do miejscowych, stworzyłyby arcyprzyzwoitą całość. Takie jest moje zdanie, które otwarcie wam wypowiadam, jak również i to drugie, że uważam za głupiego każdego, kto u nas patrzy na Żydów ze stanowiska jakichś pretensyjek urodzenia, pochodzenia itd. Nie jestem za tym, aby ich kokietować. Jak zasłużą, należy ich (według wyrażenia Prusa) tak dobrze chechłać jak i każdego innego, ale też nie należy wyrzucać ich za nawias. Oto wszystko. Pytacie się mnie, co dzieje się z panią Modrzejewską i piszecie, że teraz dopiero przekonali się wszyscy, iż była „niezrównaną” i że nikt zastąpić jej nie zdoła. Otóż w tej chwili mogę wam udzielić objaśnień, nie poufnie, jak żądacie, ale bez zastrzegania sekretu. Wystąpiła już na tutejszej scenie. Korespondencja, jaką wysłałem do „Gazety Polskiej”, odmaluje wam to wystąpienie. Teraz już upłynęło od tego czasu dwa tygodnie. Grała codziennie. Występowała w trzech rolach: Adrianny, Ofelii i Julietty. Choćbym chciał, choćbym się silił, nie potrafiłbym wam opisać, co to za szereg tryumfów były te występy. Zbierzcie razem: wrzaski, krzyki, powódź podzwrotnikowych kwiatów, uniesienia recenzentów, porównania z Ristori i Rachelą, owacje publiczności, owacje prasy, ryki paradyzowe, ścisk, tropikalne gorąco, popychanie się łokciami, sonety na cześć „wielkiej córy Sarmacji”, a wszystko to razem wzięte da wam zaledwie słaby obraz tych występów. Rodacy wielkiej artystki, zamieszkali stale tutaj, którzy nie nazywają jej już inaczej, jak: „nasza pani M.” – z radości i dumy tak pozadzierali nosy do góry, że już i gadać z nikim nie chcą. Prasa, która była nam w ogóle niezbyt przychylna, przesadza się w komplementach i oświadczeniach sympatii. Pojawiły się rozmaite artykuły o Słowiańszczyźnie, o nadzwyczajnych zdolnościach naszego szczepu, etc., etc. Pani Modrzejewska trzymana jest teraz w formalnym oblężeniu w „Palace Hotel” przez agentów teatralnych, recenzentów, redaktorów i znakomitości miasta. Na ostatnim przedstawieniu prasa podała dla niej adres na białym atłasie. Prócz adresu ofiarowano jej olbrzymi kosz z trójkolorowych kwiatów z zatkniętą na wierzchu chorągwią. Wszystko to od prasy. Adres był wierszem, którego ostatni ustęp brzmi: Kepp Polish memories in your heart alone, America now claims you for her own. Co znaczy: „Zatrzymaj pamięć swego kraju w swym sercu, ale teraz Ameryka uważa cię za swoją własność.” Po tych dwóch wierszach następują podpisy dziennikarzy. Piękniejszy jeszcze jest sonet napisany przez Hintona, redaktora „Evening Post” i publikowany już we wszystkich innych gazetach. Krótko mówiąc mieliśmy w Warszawie naprawdę najznakomitszą może na świecie artystkę i... straciliśmy ją. Prócz tego, uderzywszy się w piersi, czyż to raz rozmaite literaciki docinały jej w rozmaitych gazetach i gazetkach dlatego tylko, aby pochwalić się potem przy czarnej kawie: „o ja to dopiero napisałem pani Modrzejewskiej!” I tak też pisali, aż wypisali. That’s all right! Teatra z New Yorku, Bostonu, Washingtonu i Filadelfii, w chwili gdy to piszę, już nadesłały p. Modrzejewskiej nader świetne zaofiarowania. Prawdopodobnie w tym roku będzie grała we wszystkich znakomitych miastach tutejszych; potem pojedzie do Londynu, potem na występy do Warszawy, której to myśli nie chce się zrzec za żadną cenę – następnie znowu wróci do Anglii, Ameryki i Australii. Przeszła tu bardzo ciężkie chwile. Gdy przyszło do wystąpień, nie miała po prostu za co sprawić kostiumów. Wszystkie nadzieje na pomoc bądź z Warszawy, bądź z Księstwa – comme de raison – ją zawiodły. Ale zwalczyła wszystkie te trudności ; z pozostałości po warszawskich kostiumach umiała nie tylko wysztyftować nowe, ale i przepyszne – wreszcie wystąpiła – i teraz... ot! gdybym miał na rok tyle, ile ona tu może – wedle tego, co się pokazało – zarabiać na tydzień, jeździłbym po świecie pierwszymi klasami i pisywał korespondencje darmo. Tyle wam mogę donieść o pani Modrzejewskiej. Zrobiło się to wszystko tak nagle, a niespodziewanie, że się i wierzyć temu nie chce. Nie wiem, czy wspomniałem wam, że Ofelia była grana umyślnie po polsku. Efekt ogromny. „The Mail” napisał, że jest to najsłodszy język, jaki kiedykolwiek odbił się o amerykańskie uszy. Gazety, zachęcone i rozpalone teraz do naszych rzeczy, krzyczą na gwałt, aby artystka wprowadziła jakie sztuki polskie. Pani M. myśli o Słowackim, ale nie wiem, czy się to uda zrobić! Teraz kilka słów o sobie. Obecnie znowu bawię w San Francisco, gdzie przyjechałem umyślnie na występy pani M. z Maripozy. Przed wyjazdem do Maripozy trafiło mi się kilka awantur. Najprzód były tu —jak i w całej Ameryce – „strajki” robotników kolejowych, którym zmniejszono płacę dzienną. Widziałem nader burzliwe meetingi, na których strzelano z rewolwerów do siebie, bito się na cegły, pięście i kije. Mało się nie oberwało i mnie. Potem w moich oczach jakiś Hangs, konsul Gwatemali, zabił niejakiego pana Leslie (być może, że inaczej się pisze). Należałem do liczby tych, którzy złapali za kark zabójcę i odbierali mu rewolwer. Żałowałem następnie bardzo, że nie wsadzili mnie jako świadka do kozy, bo tu świadków czasem sadzają do kozy, aby ich usunąć spod wpływów rodziny oskarżonego, ale za to płacą pięć dolarów dziennie (nie wiem, czy i w Kalifornii), czyli sumę, jakiej zapewne żaden literat na dzień nie zarabia. Koniec końców nie wsadzili mnie, więc pojechałem do Maripozy. Maripoza to jeden ogromny las; w tydzień po moim przyjeździe wlazłem w gąszcza za postrzelonym sępem, ze strzelbą, w której jedna lufa od śrutu była właśnie wystrzelona, a druga od kuli nie nabita i spotkałem się nos w nos ni mniej, ni więcej, tylko z madame la Cougouar. Madame huknęła na mnie i parsknęła gwałtownie, ja zaś, jako nie przedstawiony, cofnąłem się z takim pośpiechem, że przyniósłby on zaszczyt najlepiej wychowanemu dżentelmenowi. Powiadam wam, że literalnie małom nie siadł ze strachu. Bo, żebym choć miał nóż, ale i to nie! Miałem tylko strzelbę nie nabitą, to się znaczy kawał lichego drąga. Kuguarzyca schroniła się do starej miny srebra, ja zaś do chałupy. Tam dopiero ochłonąwszy wziąłem Henry rifle czternastostrzałowy, wróciłem do miny i przesiedziałem o trzydzieści kroków od otworu całą noc... bezskutecznie. Ale za to od tej pory nie chodziłem w gąszcza jak roztrzepaniec, bez noża i bez kuli w jednej lufie oraz przysiągłem sobie, że i na przyszłość nigdy tego robić nie będę. Zabawna rzecz! co to jest podróżować? Czyby mi na przykład dwa lata temu w Warszawie przyszło na myśl, że mogę być zjedzonym? Gdy niebezpieczeństwo minie, tego rodzaju wrażenie wydaje się bardzo komiczne. Wyobraźcie sobie dwie istoty: pumę i warszawskiego literata. Obie urodziły się na dwóch półkulach, tymczasem jakieś licho stawia jedno na drodze drugiemu i jedno drugie zjada... A kto kogo? puma literata!! Czyby to przeklęte bydlę miało przynajmniej pojęcie, kogo je? czyby miało pojęcie, że zarazem zjada z jaki tysiąc felietonów z „Gazety Polskiej”? ze dwieście Listów z podróży... Na marne, Humoreski, Starego sługę, Hanię, Szkice węglem i wszystkie te arcydzieła, które jeszcze mają wylecieć z mej głowy na świat, jak wróble ze stodoły? Czyby miało przynajmniej pojęcie, że zjadając literata popełnia jakiś większy grzech lub przynajmniej je coś smaczniejszego, niż gdyby np. zjadało cielę lub skopa? O horror! Przyszedłszy na nocleg do jamy, gotowa jeszcze taka jakaś puma powiedzieć do męża kuguara: „wiesz co – mdli mnie! zjadłam dziś coś dziwnie niesmacznego”. Piękny los! A jednak co tam! lepiej jest zawsze podróżować niż siedzieć kamieniem na miejscu. Nie wydaje człowiek tak po groszu tego, co w nim jest najlepsze, w lesie jak na bruku miejskim, otrząsa się z koteryjności, z marnych osobistych sympatii i antypatii, z drobnych uraz, z małych spraw i drobiazgowości, z lichych pretensyjek – żyje szerzej, myśli może szerzej i mężniej – wyrabia w sobie dzielniej indywidualność, nie staje się wytartym groszem podobnym do każdego innego jak dwa łyse konie; jest wreszcie panem sobie – panem, co warte jest więcej niż wszystko. Nie myślcie, żebym namawiał do włóczęgi. Kogo obowiązki i praca trzyma w domu, ten niech siedzi w domu. Ale co do mnie osobiście, cóż robiłem w Warszawie? – pisałem; co robię w Kalifornii? co będę robił czy na biegunie północnym, czy południowym? – pisał. Krótko mówiąc, robię zawsze swoje, a robię może tym lepiej, że piszę rzeczy ciekawsze. Chcecie wiedzieć, jakie są moje zamiary w tej chwili? Oto, jak mi przypłynie przez wodę i przyjedzie przez ziemię trochę pieniędzy, na które czekam jak oblubieniec na oblubienicę, wówczas sakum pakum i przez Panamę, jako najtańszą drogę, a pod pokładem, jako najtańszym sposobem, puszczę się z powrotem do Warszawy. W Warszawie mam zamiar powiedzieć kilka odczytów, zebrać coś grosza i znowu puścić się w świat – i znowu pisywać Listy z podróży – i tak ciągle, dopóki nie przyjdzie się wybrać w najmniej kosztowną, ale najdłuższą, to jest na tamten świat. Jak to prędko nastąpi, nie wiem – wiem tylko, że na mocy przysłowia: „zła siekiera nie utonie” – nie grozi mi śmierć wodna. Ale to wszystko jedno. Natomiast, jeśli będziecie moje listy prywatne drukować z taką korektą, jak poprzedni, powiadam wam, umrę z rozpaczy. W poprzednim czytam następujący ustęp: „Kłuję się ciągle o kaktusy, w tych zakłuciach muchy składają jaja. skutkiem czego wzdymają się pęcherze pełne wody i białych czerwi.” Cóż wy sobie myślicie, żem się już na nic lepszego nie zdał, jak na kojec dla much? że to na mnie muchy składają jaja? że ja mam po sobie pęcherze pełne wody i białych czerwi? Dziękuję za taką opinię. Wyobrażam sobie teraz, co o mojej piękności muszą myśleć wasze czytelniczki. Okryty pęcherzami pełnymi białych czerwi! Dajcież mi pokój! Moja piękność sczerniała wprawdzie na słońcu – ale zresztą nie widzę w niej innych zmian. Żadnej musze ani się śniło składać na mnie jaj, nie mam po sobie żadnych pęcherzy ani żadnych białych lub innej barwy czerwi. Mowa była o zającach, nie o mnie. Zamiast „K ł u j ę s i ę” – powinno było być: „K ł u j ą s i ę”. Powiadam wam, że zepsuliście mi humor tą omyłką na cały tydzień. O Amerykanki nie dbałbym tyle, co o warszawianki. Podoba mi się niezmiernie wiele rzeczy w Ameryce, ale nie kobiety. Mówię tylko o Kalifornii, nie o wschodzie, bo wschodu dosyć nie znam. Ale w Kalifornii ogół kobiet nie przedstawia się zbyt świetnie. Stroją się jak w Paryżu albo i lepiej. W zbytku zamiłowane są do tego stopnia, że w takim klimacie, jak tu – latem i zimą noszą futra, to jest kołnierze, obszywane kaftany itp. Wszystko to dlatego, aby pochwalić się kosztownymi bobrami morskimi przywożonymi tu z Alaski. Po całych dniach siedzą na biegunowych krzesłach, kołysząc się pokazują nóżki, szczerzą ząbki, gwarzą, śmieją się, kokietują w nader elementarny sposób – zresztą nie robią nic. Wszystkie brzdąkają na fortepianie, żadna dobrze: języków mało się uczą; pretensji do dobrego tonu, do dobrych manier, do high life mają bardzo wiele, przez co psują republikańską równość i swobodę. Charakterystyczną – ujemną lub dodatnią, jak komu się podoba – cechą ich jest brak wszelkiego sentymentalizmu. Cichych skłonności sercowych nie zwierzają księżycowi; wolą flirtować wesoło a strojnie i hucznie. Widziałem parę lat temu na scenie w Warszawie Rodzinę Benoiton, otóż Amerykanki przypominają mi panny Benoiton. Żyją tylko życiem zewnętrznym – brak im częstokroć inteligencji, serca i umysłu, skupienia, refleksji – słowem, są to wesołe kozy. Oczywiście zastrzegam, że mówię o Kalifornii, bo wschodu nie znam dokładnie. Ale w Kalifornii społeczeństwo jest jeszcze proste, nie wyrafinowane, a bogate, skutkiem czego kobietom przewróciło się w głowie. Są to dorobkiewiczowe i dorobkiewiczówny, a pozują na wielkie damy, co jest śmiesznym, antydemokratycznym i antyrepublikańskim. Ma się to jednak rozumieć tylko o kobietach należących do najbogatszych klas, inne, np. żony rzemieślników, farmerki, robotnice, są to poczciwe kobiety, bez pretensji, pilnujące swoich obowiązków i pełne prostoty. Stroją się wprawdzie i one, ale to już wola ich mężów. Amerykanin sam nie dba o siebie, chodzi bez krawata, często bez surduta – ale nie może ścierpieć, aby żona jego nie miała jedwabiu, złotych łańcuchów, rękawiczek po łokcie i tak dalej. Krótko mówiąc, kobiety tutejsze starają się naśladować we wszystkim kobiety europejskie – mężczyźni nie. Nie możecie sobie wyobrazić, jaka różnica zachodzi między obyczajem męskim tutejszym a europejskim. Amerykanin jest bezceremonialny, pełen prostoty, a nawet gburowatości. Gdym tu przyjechał, wydawali mi się wszyscy niezmiernie niegrzeczni – teraz już przywykłem do tego, co więcej, prostotę tę w obejściu się między mężczyznami cenię więcej niż europejską kokieterię. Po co, u licha, to wdzięczenie się do siebie wzajemne między mężczyznami! U nas np., gdy przedstawiacie sobie dwóch nie znanych dżentelmenów – dżentelmeni ci zrywają się zaraz ze swoich miejsc, kłaniają się sobie kapeluszami, kręcą z radości ogonkami od fraków,

ściskają się za ręce, robią do siebie słodkie oczy jak figi, zapewniają się, że im jest niezmier- nie przyjemnie, łżą sobie w oczy najbezczelniejsze komplementa w rodzaju: „Dawno pragnąłem poznać”, „Tyle słyszałem”, „Czuję się szczęśliwym” – słowem, skaczą przed sobą jak dwie małpy, kokietują się, jakby jeden chciał drugiego uwieść. Co, u licha! Nie wyobrazicie sobie, z jaką pogardą patrzy na taki obyczaj Amerykanin. Nie lubią dlatego np. Francuzów. Tu, jeśli ktoś poznaje ze sobą dwóch ludzi, mówi po prostu: „Poznajcie się, oto jest mister X, a to mister Y.” Wówczas mister X nie wstaje, nie zdejmuje kapelusza, nie podaje nawet ręki, ale kiwa łbem i mówi „hallo!”, mister Y kiwa także łbem i odpowiada „morning” i znajomość zawarta. Za drugim spotkaniem już klepie jeden drugiego po karku i mówi: „How do you do old fellow?” –jak się masz, stary ćwiku! – i basta. Z początku raziło mnie to ogromnie. Gdy poznawany z kimkolwiek, kłaniałem się po europejsku, a ten ktoś zaledwie mi łbem kiwnął, miałem nieraz ochotę trzepnąć go w ucho. Teraz już do tego przywykłem, a co więcej, rozumiem, że jeśli tu jest za mało ceremonii, to w europejskim tańcowaniu koło siebie za wiele. Co za racja do takiego wdzięczenia się i szczerzenia do siebie zębów? Ja pana nie znam – pan mnie – poznaliśmy się, kiwnęliśmy sobie głowami i dosyć na tym. W demokratycznej republice jest to sobie naturalne. Co więcej, że znajomość zawarta w ten sposób, nie jest gorszą od europejskiej – jeżeli zaś znajomość taka zmieni się w przyjaźń – to ta przyjaźń sto razy więcej jest warta od każdej europejskiej. Amerykanin przyjaciela uważa tak jak brata, na jego sprawy patrzy po prostu jak na swoje. W Europie w stosunkach towarzyskich w ogóle więcej się obiecuje, niż dotrzymuje. Tu stosunki są jaśniejsze, albo: ty sobie, a ja sobie – albo: jeden za drugiego aż do śmierci. Według mnie, Ameryka ze swymi instytucjami i obyczajami jest to kraj niezmiernie pouczający. Bądź co bądź, zostało tu rozwiązane jedno ogromne zadanie socjalne. Oto czterdzieści milionów ludzi z rozmaitych, często nieprzyjaznych sobie w Europie narodowości żyje tu prawnie, zgodnie, swobodnie. Ponieważ każda rzecz na świecie ma swoje złe i dobre strony, być może więc, że i owa swoboda ma swoje plamy słoneczne. Ale też słońce mimo plam nie przestaje być słońcem dającym ciepło i życie. Ameryka to olbrzymi dowód, że tego rodzaju instytucje – mimo swych złych stron są formą mogącą ogarnąć najszersze zakresy, pogodzić liczne narodowości, dać rozwój wszelkiego rodzaju interesom. Przypatrzcie się tylko: Francja np. to naród francuski. Prusy to naród pruski. – W Stanach Zjednoczonych istnieje państwo, ale właściwie mówiąc, nie ma narodu. Jest to czterdzieści milionów ludzi, nie czterdzieści milionów Amerykanów. Patrzcie więc: państwo nie jest narodowościowe, a jednak nie tylko nie tamuje rozwoju pojedynczych swych narodowości, ale owszem, robi wszystko, co może, aby rozwój ten utrwalić i zabezpieczyć. Chcecie Niemcy być Niemcami: all right! Irlandczycy – Irlandczykami, Szwedzi – Szwedami, Anglicy – Anglikami: all right! Wszyscy będziecie jednak dobrymi obywatelami Stanów. Ja sam myślałem dawniej, że tu się ludzie skalpują, strzelają do siebie z rewolwerów, lynchują itd. Teraz widzę, że tak nie jest. Bywają przestępstwa, bywają wystrzały z rewolwerów, bywają czasem zaburzenia, ale gdzież tego nie bywa? Ludzie nie są aniołami. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec