Biblioteczka

Henryk Sienkiewicz

Na polu chwaly

Rozdział dwunasty

W drodze z Radomia zaprosił ksiądz Woynowski Cyprianowiczów,aby wstąpili dla

wytchnienia na plebanię,po czym miał wraz z Jackiem udać się do nich do Jedlinki.Tymczasem zajechali go niespodziewanie trzej panowie Bukojemscy. Marek,który miał przecięty obojczyk,nie mógł się jeszcze ruszać,ale Mateusz,Łukasz i Jan przybyli pokłonić się staruszkowi i podziękować mu za opatrunek.Janowi brakło wprawdzie

małego palca,a starsi mieli potężne kresy – jeden na czole,drugi na policzku –ale zresztą wygoili się całkiem i byli zdrowi jak rydze. Przed dwoma dniami wyprawili się już do puszczy na łowy i podkurzywszy śpiącą niedźwiedzicę w barłogu,skłuli ją oszczepami,a piastuna przywieźli w darze księdzu,którego miłość dla leśnych bestii znana była powszechnie. Staruszek,któremu przypadli do serca jako „chłopy szczere ”,ucieszył się i do nich,i do

niedźwiadka – i aż popłakał się ze śmiechu,gdy ów porwawszy jeden z kusztyków nalanych dla gości miodem,począł ryczeć wniebogłosy dla wzbudzenia należytego postrachu i zabezpieczenia sobie łupu. Po czym widząc,że mu nikt nie odbiera,stanął na zadnich nogach i wypił jak człowiek,co jeszcze większą wzbudziło radość.

– Nie uczynię go ani piwniczym,ani bartnikiem – mówił rozbawiony ksiądz.

–Ha!–wołał śmiejąc się Stanisław Cyprianowicz –krótko był w szkole u Bukojemskich,ale przez jeden dzień tyle skorzystał,ile by się w boru przez całe życie nie nauczył.

–A nieprawda –odrzekł Łukasz – gdyż to jest bestia,która z przyrodzenia ma ten dowcip,że wie,co jest dobre.Ledwieśmy go z lasu przywieźli,zaraz się gorzałki napił,jakby co rano w

lesie pijał,a potem psu dał w pysk:„naści (powiada)nie obwąchuj ” – i poszedł spać.

–Dzięki waszmościom szczerą będę miał z niego pociechę –rzekł ksiądz –ale go piwniczym nie uczynię,bo choć na napitkach zna się dobrze,zbyt by gorliwie koło nich chodził.

–Niedźwiedź niejedno potrafi – zauważył Jan.–U księdza Głomińskiego w Przytyku jest taki,o którym powiadają,że do organów kalikuje.Ale niektórzy się tym gorszą,bo czasem też i sam ryknie,zwłaszcza gdy go drągiem poekscytują.

–Nie masz w tym nijakiego zgorszenia – odpowiedział ksiądz – ptacy sobie gniazda w kościołach czynią i na chwałę boską śpiewają,a nikt się tym nie gorszy.Każdy zwierz to też służka boży,a Zbawiciel w stajence się narodził.

– Mówią przy tym – rzekł Mateusz – że Pan Jezus młynarza w niedźwiedzia zmienił,więc może się w nim i dusza ludzka ostała.A na to starszy Cyprianowicz:

– Toście młynarzową w takim razie zabili,za co musicie odpowiadać.Król jegomość bardzo o swoje niedźwiedzie zazdrosny i nie po to leśniczych trzyma,aby mu je zabijali. Usłyszawszy to trzej bracia zatroskali się rzetelnie i dopiero po dłuższym namyśle Mateusz, chcąc coś powiedzieć na obronę wspólnego uczynku,rzekł:

– Ba,albośmy to nie szlachta?Tacy dobrzy Bukojemscy jak i Sobiescy. Lecz Łukaszowi przyszła do głowy szczęśliwsza myśl,więc zaraz rozpogodził oblicze.

–Daliśmy kawalerski parol –rzekł –że nie będziem niedźwiedzi strzelać –prawda?!Toteż nie strzelamy,jeno kłujem.

–Nie o niedźwiedziach teraz król jegomość myśli –zauważył Jan – a przy tym nikt mu nie doniesie.Niechby który borowy śmiał...Ha!szkoda wszelako,żeśmy się panu Pągowskiemu i panu Grothusowi z tym pochwalili,bo pan Grothus właśnie do Warszawy jechał,a że króla często widuje,to może tam przypadkiem się wygadać.

– A kiedyżeście Pągowskiego spotkali?– zapytał ksiądz.

–Wczoraj.Właśnie pana Grothusa odprowadzał.Wiecie,dobrodzieju,gdzie jest karczma,co się „Mordownia ”nazywa?Zajechali tam koniom wytchnąć i nas zastali.Począł tedy Pągowski o różne rzeczy wypytywać,a i o Jacka też.

– O mnie?– zapytał Taczewski.

– Tak.„Czy prawda (pyta),że Taczewski do chorągwi jedzie?”

– Powiadamy:Prawda!

– „A kiedy?”

– Pono wkrótce.– Tak Pągowski znów mówi:„To dobrze,ale chyba do piechoty ”. Na to rozgniewaliśmy się wszyscy,a Mateusz powiada:

–„Jegomość takich rzeczy nie suponuj,bo Jacek teraz nasz przyjaciel i musielibyśmy się za nim ująć.”I że to zaczęliśmy trochę sapać,więc on się pomiarkowal i rzekł:

–„Nie mówię ja tego z jakiej osobliwej nieżyczliwości,jeno wiem,że Wyrąbki – nie starostwo.”

–Starostwo czy nie starostwo,a jemu zasię!–zawołał ksiądz.–Niechże sobie tym głowy nie zaprząta. Widocznie jednak pan Pągowski odmiennego w tej sprawie był zdania i zaprzątał sobie głowę Jackiem,albowiem w godzinę później pachołek przyniósł razem z nowym gąsiorkiem miodu list z pieczęcią i rzekł:

– Jest posłaniec do jegomości z Bełczączki. Ksiądz Woynowski wziął list,odpieczętował,rozwinął,uderzył wierzchem dłoni w arkusz i zbliżywszy się do okna,począł czytać. A Jacek aż przybladł ze wzruszenia i patrzył jak w tęczę w ową kartę,albowiem przeczucie mówiło mu,że o nim w niej będzie mowa.Myśli jak jaskółki przelatywały mu przez głowę:nuż stary się skruszył,nuż to są przeprosiny?Tak powinno bvć i nawet nie może być nic innego. Pągowski nie miał jeszcze prawa gniewać się o to,co zaszło,więcej od tych,którzy w zajściu ucierpieli.Więc oto ozwało się sumienie:poznał niesprawiedliwość swego postępku,zrozumiał, jak ciężko niewinnego człowieka pokrzywdził,i pragnie krzywdę naprawić.

Serce poczęło w Jacku bić jak młotem:–Och,pojadę –mówił sobie w duszy – nie dla mnie tamto szczęście,a choć i przebaczę,to już zapomnieć nie potrafię,ale by raz ujrzeć jeszcze przed wyjazdem tę tak okrutną,a tak umiłowaną Anulę,raz się jej jeszcze napatrzyć,raz jeszcze głos

jej usłyszeć – tego mi,miłosierny Boże,nie odmawiaj! I myśli leciały szybciej jeszcze od jaskółek,ale nim przeleciały,stało się coś całkiem niespodzianego,bo oto nagle ksiądz Woynowski zmiął list w ręku i chwycił się za lewy bok, jakby szukając szabli.Oblicze zaszło mu krwią,szyja napęczniała,a oczy ciskały błyskawice. Był po prostu tak straszny,że Cyprianowicze i Bukojemscy patrzyli na niego z takim zdumieniem,jak gdyby przez jakieś czary zmienił się nagle w innego człowieka. W izbie zapanowało głuche milczenie. Tymczasem ksiądz pochylił się ku oknu,jakby na coś przez nie wyglądał,po czym odwrócił się,spojrzał naprzód po ścianach,potem na gości,ale widocznie zwalczył się już i opamiętał,bo twarz mu zbladła i płomień przygasł w oczach.

–Mości panowie – rzekł – to człowiek nie tylko zapalczywy,lecz i zgoła zły.Bo powiedzieć w zapalczywości więcej niż słuszność pozwala,to się każdemu trafi,ale w zawziętości krzywdzić dalej i deptać po pokrzywdzonym,to już nieszlachecka i niekatolicka rzecz. To rzekłszy pochylił się,podniósł zmięty list i zwrócił się do Taczewskiego:

–Jacku,jeśli ci jeszcze drzazga jaka w sercu została,to tym nożem ją wykroisz.Czytaj, niebożę,czytaj w głos,bo nie ty się wstydzić powinieneś,ale ten,kto taki list napisał.Niech się ichmościowie dowiedzą,jaki jest pan Pągowski. Jacek chwycił drżącymi rękoma kartę,rozwinął ją i czytał: „Mnie wielce miłościwy księże proboszczu Dobrodzieju etc.etc. Dowiedziawszy się,iż Taczewski z Wyrąbek,któren bywał w moim domu,ma się w tych czasiech do wojska udać,przez pamięć na chleb,którym go w ubóstwie jego karmiłem,i dla posług,do których czasami trafiało mi się go używać,posyłam mu podjezdka i dukat na podkowy z zaleceniem,aby go na inne niepotrzebne rzeczy nie przetrwonił. Polecając zarazem chętne a gorliwie służby moje,piszę się...etc.etc.” Jacek zbladł tak bardzo po przeczytaniu listu,że aż obecni zlękli się o niego,zwłaszcza ksiądz,który nie był pewien,czy ta bladość nie jest zwiastunką szalonego wybuchu,a wiedział, jak straszny bywa w gniewie ten tak łagodny zwykle młodzian.Począł go też od razu hamować:

– Pągowski stary jest i nie ma ręki – mówił pośpiesznie – wyzwać go nie możesz!... Lecz Taczewski nie wybuchnął,albowiem niezmierne i bolesne zdumienie wzięło w nim w pierwszej chwili górę nad wszelkimi innymi uczuciami.

– Wyzwać go nie mogę – powtórzył jak echo – ale dlaczego on jeszcze depce po mnie? Na to podniósł się starszy Cyprianowicz,wziął obie ręce Jacka,potrząsnął nimi silnie,po czym ucałował go w czoło i rzekł:

–Sobie jeno Pągowski tym ubliżył,nie tobie,a jeśli zemsty poniechasz,tym bardziej będzie każdy podziwiał twoją wspaniałą i godną wielkiej krwi duszę.

–Oto mądre słowa!– zawołał ksiądz –których musisz okazać się godnym...Z kolei uściskał Jacka Stanisław Cyprianowicz.

– Prawdę mówiąc – rzekł – to coraz więcej cię kocham... Lecz panom Bukojemskim,którzy od chwili wysłuchania listu nie przestawali zgrzytać,taki obrót rzeczy nie był wcale po myśli.Za przykładem Stanisława poczęli i oni ściskać Jacka.

–Niech ta będzie,jak chce –ozwał się wreszcie Łukasz – ale na miejscu Jacka inaczej ja bym sobie poradził.

– Jak?– zapytali z ciekawością dwaj bracia.

– Właśnie,że nie wiem jak,ale bym się namyślił i swego bym nie darował.

– Skoro nie wiesz,to się nie odzywaj.

– A wy to niby wiecie?

–Cicho wać!– rzekł ksiądz.– Jużci bez odpisu tego listu nie ostawim,ale zemsty poniechać – chrześcijańska i katolicka rzecz.

– Ba!a jegomość też się w pierwszej chwili za bok porwał.

–Bom za długo przy nim szablę nosił.Mea culpa!A jakom rzekł,zachodzi jeszcze i ta okoliczność,że Pągowski jest stary i bez ręki.Na nic tu żelazne racje...I powiem waściom,że właśnie dlatego brzydnie mi do ostatka ten zaciekły człek,że w tak paskudny sposób z bezkarności korzysta.

– Będzie mu wszelako przyciasno w naszej okolicy – rzekł Jan Bukojemski.

– Już to nasza głowa w tym,żeby żywa noga pod jego dachem nie postała...

–Tymczasem trzeba odpisać –przerwał ksiądz –i to zaraz.Jednakże przez chwilę jeszcze namyślali się,kto ma odpisać:czy Jacek,dla którego był list przeznaczony,czy ksiądz,do którego był przesłany.Stanęło na tym,że ksiądz;sam Taczewski rzecz rozstrzygnął rzekłszy:

– Dla mnie cały ten dom i wszyscy ludzie jakoby wymarli,i szczęście dla nich,żem to sobie w duszy powiedział.

–Tak ci i jest!mosty spalone – dorzucił ksiądz szukając piór i papieru. Na to Jan Bukojemski:

–To dobrze,że mosty spalone,ale lepiej by było,żeby i Bełczączka poszła z dymem!Bywało tak u nas na Ukrainie,gdy się jaki obcy przybłęda osiedlił,a z ludźmi żyć nie umiał,to się samego usiekło,majątek zaś puszczało się z dymem. Nikt jednakże nie zwrócił uwagi na te słowa,prócz starszego Cyprianowicza,który machnął niecierpliwie ręką i odparł: —Waćpanowie przybyliście w te strony z Ukrainy,ja spod Lwowa,a pan Pągowski spod Pomorzan,to,wedle waścinego dowcipu,pan Taczewski mógłby nas wszystkich za przybłędów uważać;ale wiedz o tym,że Rzeczpospolita to jest wielki dom,w którym mieszka familia szlachecka i w którego każdym kącie szlachcic jest u siebie... Nastało milczenie,z alkierza dochodziło tylko skrzypienie pióra i wymawiane półgłosem słowa,które ksiądz sam sobie dyktował. Taczewski wsparł czoło na dłoniach i czas jakiś siedział bez ruchu;nagle wyprostował się, spojrzał po obecnych i przemówił:

– Jest coś takiego,czego ja wyrozumieć nie mogę.

–My też nie rozumiemy – odrzekł Łukasz Bukojemski –ale jeśli się miodu napijesz,to i my się napijem. Jacek nalał machinalnie miodu w kusztyki,jednocześnie zaś idąc za biegiem własnych myśli mówił dalej:

–Bo że się pojedynek począł w jego domu,za to Pągowski – chociaż takie rzeczy przytrafiają

się wszędy – mógł się obrazić.Ale on teraz wie,że nie ja wyzwałem,wie,że mi niesłusznie pod moim własnym dachem ubliżył,wie,żem z waćpanami już w zgodzie,wie,że się więcej u niego

w domu nie pokażę – i jeszcze mnie ściga,jeszcze podeptać usiłuje...

– Prawda,że to jakaś osobliwa zaciekłość – rzekł stary Cyprianowicz.

– Ha!waszmość też mniemasz,że w tym coś jest?

–W czym?–zapytał ksiądz,który wyszedłszy'z gotowym listem z alkierza,usłyszał ostatnie słowa.

– W tej osobliwej dla mnie nienawiści. Ksiądz spojrzał na półkę,na której stało śród kilku innych ksiąg Pismo Święte,i rzekł:

– To ja ci powiem,com zresztą dawno mówił:w tym jest mulier.Tu zwrócił się do obecnych:

– Czym waćpanom zacytował,co mówi o niewieście Eklezjasta?... Lecz nie mógł skończyć,gdyż Jacek zerwał się,jakby sparzony żywym ogniem,wbił palce w czuprynę i począł prawie krzyczeć z bólem niezmiernym:

–Tym bardziej nie rozumiem,bo jeśli kto w świecie...bo jeślim komu w świecie...bo jeśli jest kto taki...to przecie duszę całą... I nie mógł nic więcej powiedzieć,gdyż serdeczna boleść chwyciła mu gardło jakby w kleszcze i zebrała się w oczach w postaci dwóch wielkich a gorzkich i palących łez,które spłynęły mu po policzkach. Lecz ksiądz zrozumiał go doskonale.

–Mój Jacku –rzekł –lepiej ranę wypalić,choćby z największym bólem,niż żeby się jątrzyła; dlatego nie oszczędzam cię.Hej!i ja swego czasu byłem świeckim żołnierzem,przeto wiele rzeczy rozumiem.Wiem,iż bywa tak,że pamięć i żal,choćby człowiek najdalej odjechał,wloką się za,nim jako psi i po nocach wyjąc spać mu nie dają.Więc co?więc lepiej od razu je zabić.Ty w tej chwili czujesz,że byłbyś tam oddał wszystką krew,z której przyczyny tak ci dziwno i straszno,że właśnie zemsta cię z tamtej strony ściga.I rzecz wydaje ci się niepodobna,a przecie jest podobna...Bo jeśliś tam niewieścią pychę i niewieście samolubstwo zadrażnił,jeśli liczono, że będziesz skomlał,a tyś nie skomlał,jeśli cię wybito,a tyś się nie łasił,jeno za łańcuch targnął i zerwał,to wiedz,że ci to nigdy nie będzie wybaczone i że zacieklejsza,niźli bywa męska, nienawiść ścigać cię będzie zawsze.A na to rada jest tylko jedna:złamać afekt,choćby o własne

serce,i cisnąć daleko od siebie jako pęknięty łuk – ot co! I znów nastała chwila milczenia.Stary Cyprianowicz kiwał głową przytwierdzając księdzu i jako człowiek doświadczony,podziwiając mądrość jego słów. Jacek powtórzył:

– Prawda jest,żem za łańcuch targnął i żem go zerwał...Tak,to nie Pągowski mnie ściga!

– Już wiem,co bym zrobił – ozwał się nagle Łukasz Bukojemski.

– Mów,nie ukrywaj!– zawołali dwaj bracia.

– A wiecie,co powiada zając?

– Jaki zając?czyś się upił?

– A ten,co pod miedzą. I widocznie podochocony,wstał,wziął się w boki i zaczął śpiewać: Siedzi sobie zając pod miedzą,Pod miedzą, A myśliwi o nim nie wiedzą,Nie wiedzą. Siedzi sobie,lamentuje I testament zapisuje Pod miedzą. Tu zwrócił się do braci i zapytał:

– A wiecie,jaki jest tenor testamentu?

– Wiemy,ale miło posłuchać!

– To słuchajcie: Pocałujcieże mnie wszyscy, Dojeżdżacze i myśliwcy, Pod miedzą... ...Ot,to bym ja na miejscu Jacka wszystkim w Bełczączce napisał,a jeśli on tego nie uczyni, niech mnie pierwszy janczar wypatroszy,jeżeli ja tego w moim i waszym imieniu Pągowskiemu na pożegnanie nie napiszę.

– O,jak mi Bóg miły,to jest przednia myśl!– zawołał z radością Jan.

–I z fantazją,i do rzeczy!

– Niech Jacek tak odpisze!

–Nie –rzekł ksiądz,którego zniecierpliwiła rozmowa braci – nie Jacek odpisuje,jeno ja,a mnie się pożyczać terminów od waszmościów nie godzi. Tu zwrócił się do Cyprianowiczów i do Jacka:

–Materia była trudna,to trzeba było i złości rogów przytrzeć,i z polityką się nie rozminąć,i pokazać,że się domyślamy,skąd wysunęło się,żądło.Przeto posłuchajcie,a jeśliby który z waszmościów grzeczną jaką uwagę uczynił,to i owszem. I począł czytać: „Wielmożny mości dobrodzieju,a mnie wielce miły Panie i Bracie...” Tu uderzył wierzchem dłoni w kartę i rzekł:

–Uważcie waszmościowie,że mu nie piszę:„a mnie wielce miłościwy ”,jeno:„mnie wielce miły...”

– Będzie miał dość!– rzekł pan Serafin –czytaj dobrodziej dalej.

– Tedy słuchajcie: „Wiadoma to jest rzecz wszystkim obywatelom w Rzeczypospolitej naszej zamieszkałym,że ci tylko w każdym zdarzeniu przystojną politykę conservare et applicare umieją,którzy albo od młodości z politycznymi przestawali ludźmi,albo którzy z wielkiej krwi pochodząc,z przyrodzenia już ją na świat z sobą przynieśli.Co że ani jedno,ani drugie nie przypadło W. Mości Panu Dobrodziejowi w udziale,przeto W.Pan Jacek Taczewski,który ex contrario Wać M.Panu i krew,i duszę odziedziczył po sławnych przodkach wspaniałą,odpuszcza mu jego prostackie słowa,a również prostackie dary odsyła.Że zaś,jako caupones,którzy gospody w miastach albo zajazdy po drogach trzymają,za gościnność,której W.Pan Jacek Taczewski w domu W.Mości doznawał,jakoby rachunek podajesz,z takowej racji gotów jest W.Taczewski wszelkie expensa zwrócić,z odpowiednim przyrodzonej swej hojności suplementem...”

– O,jak mi Bóg miły – przerwał starszy Cyprianowicz – chyba Pągowskiego krew zaleje!

– Ha!trzeba było pychę upokorzyć,a że się przy tym pali mosty,sam Jacek tego chciał.

– Tak!tak!– zawołał gorączkowo Taczewski.

– A teraz słuchajcie,co mu już od siebie dopisuję: „Do której wyrozumiałości ja sam skłoniłem W.Taczewskiego w tej myśli,że wprawdzie łuk jest waścin,ale zatruta strzała,którą zacnego młodziana ugodzić chciałeś,może i nie z waścinego sajdaka pochodzi.Rozum bowiem,równie jak siła w kościach,słabnie z wiekiem i niedołężna starość,łatwo cudzym podszeptom się poddając,tym samym na większe pobłażanie zasługuje.W tej myśli kończę,przydając jeszcze,jako kapłan i sługa boży,tę uwagę,że im wiek późniejszy a kres bliższy,tym mniej przystoi służyć pysze i nienawiści,a natomiast tym więcej myśleć o zbawieniu dusznym,którego sobie i W.Mości życzę.Amen.Przy czym pozostając,etc.piszę się, etc.”

– Wszystko jest accurate wypisane – rzekł pan Serafin – nic dodać,nic ująć.

– Ha!– rzekł ksiądz.–I myślisz waćpan,że ma,na co zasłużył?

– Oj!aż mi się gorąco przy niektórych terminach czyniło.

–I mnie – dodał Łukasz Bukojemski.– Prawdziwie,że jak człowiek takie rzeczy słyszy,to mu się pić jak w czasie upału zachciewa.

–Bądźże,Jacku,rad ichmościom,a ja pismo zapieczętuję i odeślę.To rzekłszy zdjął sygnet z palca i poszedł do alkierza.Jednakże przy pieczętowaniu listu widocznie jakieś inne myśli przyszły mu do głowy,bo gdy wrócił,rzekł:

–Jest.Skończona sprawa.Ale,czy aby nie za ostro?Stary człek;nuż zdrowiem przypłaci? Vulnera zadane piórem nie mniej bolą niż te,które czyni miecz albo kula.

– Prawda!prawda!– ozwał się na to Taczewski.I zacisnął zęby. Lecz właśnie ten mimowolny okrzyk bólu rozstrzygnął sprawę.Starszy Cyprianowicz rzekł:

– Księże dobrodzieju,zacne to są skrupuły,ale Pągowski ich nie miał.Jego list godzi prosto w serce,a wasz tylko w pychę i złość;mniemam przeto,iż powinien być wysłany. I list został wysłany,po czym jeszcze pośpieszniej czyniono przygotowania do odjazdu Taczewskiego. KONIEC ROZDZIAŁU

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec