Biblioteczka

Opowiadania

Bolesław Prus

Katarynka

Na ulicy Miodowej co dzień około południa można było

spotkać jegomościa w pewnym wieku, który chodził z placu

Krasińskich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosił on

wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od

pierwszorzędnego krawca, buty połyskujące jak zwierciadła -

i - nieco wyszarzany cylinder.

Jegomość miał twarz rumianą, szpakowate faworyty i siwe,

łagodne oczy. Chodził pochylony, trzymając ręce w

kieszeniach W dzień pogodny nosił pod pachą laskę, w

pochmurny - dźwigał jedwabny parasol angielski.

Był zawsze głęboko zamyślony i posuwał się z wolna Około

Kapucynów dotykał pobożnie ręką kapelusza i przechodził na

drugą stronę ulicy, ażeby zobaczyć u Pika jak stoi barometr

i termometr, potem znowu zawracał na prawy chodnik,

zatrzymywał się przed wystawą Mieczkowskiego, oglądał

fotografie Modrzejewskiej - i szedł dalej.

W drodze ustępował każdemu, a potrącony uśmiechał się

życzliwie.

Jeżeli kiedy spostrzegał ładną kobietę, zakładał binokle,

aby przypatrzeć się jej. Ale że robił to flegmatycznie,

więc zwykle spotykał go zawód.

Ten jegomość był to - pan Tomasz.

Pan Tomasz trzydzieści lat chodził ulicą Miodową i nieraz

myślał, że się na niej wiele rzeczy zmieniło. Toż samo

ulica Miodowa pomyśleć by mogła o nim.

Gdy był leszcze obrońcą, biegał tak prędko, że nie

uciekłaby przed nim żadna szwaczka wracająca z magazynu do

domu Był wesoły, rozmowny, trzymał się prosto, miał

czuprynę i nosił wąsy zakręcone ostro do góry Już wówczas

sztuki piękne robiły na nim wrażenie, ale czasu im nie

poświęcał, bo szalał - za kobietami. Co prawda, miał do

nich szczęście i nieustannie był swatany. Ale cóż z tego,

kiedy pan Tomasz nie mógł nigdy znaleźć ani jednej chwili

na oświadczyny będąc zajęty jeżeli nie praktyką, to -

schadzkami. Od Frani szedł do sądu, z sądu biegł do Zosi,

którą nad wieczorem opuszczał, ażeby z Józią i Filką zjeść

kolacją.

Gdy został mecenasem, czoło, skutkiem natężonej pracy

umysłowej, urosło mu aż do ciemienia, a na wąsach pokazało

się kilka srebrnych włosów. Pan Tomasz pozbył się już

wówczas młodzieńczej gorączki, miał majątek i ustaloną

opinią znawcy sztuk pięknych. A że kobiety wciąż kochał,

więc począł myśleć o małżeństwie. Najął nawet mieszkanie z

sześciu pokojów złożone, urządził w nim na własny koszt

posadzki, sprawił obicia, piękne meble - i szukał żony.

Ale człowiekowi dojrzałemu trudno zrobić wybór. Ta była za

młoda, a tamtą uwielbiał już zbyt długo. Trzecia miała

wdzięki i wiek właściwy, ale nieodpowiedni temperament, a

czwarta posiadała wdzięki, wiek i temperament należyty, ale

nie czekając na oświadczyny mecenasa wyszła za doktora.

Pan Tomasz jednak nie martwił się, ponieważ panien me

brakło. Ekwipował się powoli, coraz usilniej dbając o to,

ażeby każdy szczegół jego mieszkania posiadał wartość

artystyczną. Zmieniał meble, przestawiał zwierciadła,

kupował obrazy.

Nareszcie porządki jego stały się sławne. Sam me wiedząc

kiedy, stworzył u siebie galerią sztuk pięknych, którą

coraz liczniej odwiedzali ciekawi. Że zaś był gościnny,

przyjęcia robił świetne i utrzymywał stosunki z muzykami,

więc nieznacznie zorganizowały się u mego wieczory

koncertowe, które nawet damy zaszczycały swoją obecnością.

Pan Tomasz był wszystkim rad, a widząc w zwierciadłach, że

czoło przerosło mu już ciemię, i sięga w tył do białego jak

śnieg kołnierzyka, coraz częściej przypominał sobie, że

bądź co bądź trzeba się ożenić. Tym bardziej, że dla kobiet

wciąż czuł życzliwość.

Raz, kiedy przyjmował liczniejsze niż zwykle towarzystwo,

jedna z młodych pan rozejrzawszv się po salonach zawołała:

- Co za obrazy! A jakie gładkie posadzki! Żona pana

mecenasa będzie bardzo szczęśliwa.

- Jeżeli do szczęścia wystarczą jej gładkie posadzki -

odezwał się na to półgłosem serdeczny przyjaciel mecenasa.

W salonie zrobiło się bardzo wesoło. Pan Tomasz także

uśmiechnął się, ale od tej pory, gdy mu kto wspomniał o

małżeństwie, machał niedbale ręką, mówiąc:

- Iii!...

W tych czasach ogolił wąsy i zapuścił faworyty. O kobietach

wyrażał się zawsze z szacunkiem, a dla ich wad okazywał

dużą wyrozumiałość.

Nie spodziewając się niczego od świata, bo już i praktykę

porzucił, mecenas całe spokojne uczucie swoje skierował do

sztuki. Piękny obraz, dobry koncert, nowe przedstawienie

teatralne były jakby wiorstowymi słupami na drodze jego

życia. Nie zapalał się on, nie unosił, ale - smakował.

Na koncertach wybierał miejsca odległe od estrady, ażeby

słuchać muzyki me słysząc hałasów i nie widząc artystów.

Gdy szedł do teatru, obeznawał się wprzódy z utworem

dramatycznym, ażeby bez gorączkowej ciekawości śledzić grę

aktorów. Obrazy oglądał wówczas, gdy było najmniej widzów,

i spędzał w galerii całe godziny.

Jeżeli podobało mu się coś, mówił:

- Wiecie, państwo, że to jest wcale ładne. Należał do tych

niewielu, którzy najpierwej poznają się na talencie. Ale

utworów miernych nigdy nie potępiał.

- Czekajcie, może się jeszcze wyrobi! - mówił, gdy inni

ganili artystę.

I tak zawsze był pobłażliwy dla niedoskonałości ludzkiej, a

o występkach nie rozmawiał.

Na nieszczęście, żaden śmiertelnik nie jest wolny od

jakiegoś dziwactwa, a pan Tomasz miał także swoje. Oto -

nienawidził kataryniarzy i katarynek.

Gdy mecenas usłyszał na ulicy katarynkę, przyśpieszał kroku

i na parę godzin tracił humor. On, człowiek spokojny -

zapalał się, jak był cichy - krzyczał, a jak był łagodny -

wpadał w gniew na pierwszy odgłos katarynkowych dźwięków.

Z tej swojej słabości nie robił przed nikim tajemnicy,

nawet tłomaczył się.

- Muzyka - mówił wzburzony - stanowi najsubtelniejsze ciało

ducha, w katarynce zaś duch ten przeradza się w funkcją

machiny i narzędzie rozboju. Bo kataryniarze są po prostu

rabusie!

Zresztą - dodawał - katarynka rozdrażnia mnie, a ja mam

tylko jedno życie, którego mi nie wypada trwonić na

słuchanie obrzydliwej muzyki.

Ktoś złośliwy, wiedząc o wstręcie mecenasa do grających

machin, wymyślił niesmaczny zań - i... wysłał mu pod okna

dwu kataryniarzy. Pan Tomasz zachorował z gniewu, a

następnie odkrywszy sprawcę wyzwał go na pojedynek.

Aż sąd honorowy trzeba było zwoływać dla zapobieżenia

rozlewowi krwi o rzecz tak małą na pozór.

Dom, w którym mecenas mieszkał, przechodził kilka razy z

rąk do rąk. Rozumie się, że każdy nowy właściciel uważał za

obowiązek podwyższać wszystkim komorne, a najpierwej panu

Tomaszowi. Mecenas z rezygnacją płacił podwyżkę, ale pod

tym warunkiem wyraźnie zapisanym w umowie, że katarynki

grywać w domu nie będą.

Niezależnie od kontraktowych zastrzeżeń pan Tomasz wzywał

do siebie każdego nowego stróża i przeprowadzał z nim taką

mniej więcej rozmowę:

- Słuchaj no, kochanku... A jak ci na imię?...

- Kazimierz, proszę pana.

- Słuchajże, Kazimierzu! Ile razy wrócę do domu późno, a ty

otworzysz mi bramę, dostaniesz dwadzieścia groszy.

Rozumiesz?...

- Rozumiem, wielmożny panie.

- A oprócz tego będziesz brał ode mnie dziesięć złotych na

miesiąc, ale wiesz za co?...

- Nie mogę wiedzieć, jaśnie panie - odpowiedział wzruszony

stróż.

- Za to, ażebyś na podwórze nigdy nie wpuszczał katarynek.

Rozumiesz?...

- Rozumiem, jaśnie wielmożny panie.

Lokal mecenasa składał się z dwu części. Cztery większe

pokoje miały okna od ulicy, dwa mniejsze - od podwórza.

Paradna połowa mieszkania przeznaczona była dla gości. W

niej odbywały się rauty, przyjmowani byli interesanci i

stawali krewni albo znajomi mecenasa ze wsi. Sam pan Tomasz

ukazywał się tu rzadko i tylko dla sprawdzenia, czy

wywoskowano posadzki, czy starto kurz i nie uszkodzono

mebli.

Całe zaś dnie, o ile nie przepędzał ich za domem,

przesiadywał w gabinecie od podwórza. Tam czytywał książki,

pisywał listy albo przeglądał dokumenta znajomych, którzy

prosili go o radę. A gdy nie chciał forsować wzroku, siadał

na fotelu naprzeciw okna i zapaliwszy cygaro zatapiał się w

rozmyślaniach. Wiedział on, że myślenie jest ważną funkcją

życiową, której nie powinien lekceważyć człowiek dbający o

zdrowie.

Z drugiej strony podwórza, wprost okien pana Tomasza,

znajdował się lokal, wynajmowany osobom mniej zamożnym.

Długi czas mieszkał tu stary urzędnik sądowy, który

spadłszy z etatu przeniósł się na Pragę. Po nim najął

pokoiki krawiec; lecz że ten lubił niekiedy upijać się i

hałasować, więc wymówiono mu mieszkanie. Później

sprowadziła się tu jakaś emerytka, wiecznie kłócąca się ze

swoją sługą.

Ale od św. Jana staruszkę, już bardzo zgrzybiałą i wcale

zasobną, pomimo jej kłótliwego usposobienia wzięli na wieś

krewni, a do lokalu sprowadziły się dwie panie z małą, może

ośmioletnią dziewczynką.

Kobiety utrzymywały się z pracy. Jedna szyła, druga

wyrabiała pończochy i kaftaniki na maszynie. Młodszą z nich

i przystojniejszą dziewczynka nazywała mamą, a starszej

mówiła: pani.

I u mecenasa, i u nowych lokatorów okna przez cały dzień

były otwarte. Kiedy więc pan Tomasz usiadł na swoim fotelu,

doskonale mógł widzieć, co się dzieje u jego sąsiadek.

Były tam sprzęty ubogie. Na stołkach i krzesłach, na

kanapie i na komodzie leżały tkaniny przeznaczone do szycia

i kłębki bawełny na pończochy.

Z rana kobiety same zamiatały mieszkanie, a około południa

najemnica przynosiła im niezbyt obfity obiad. Zresztą każda

z nich prawie nie odstępowała od swojej turkoczącej

maszyny.

Dziewczynka zwykle siedziała przy oknie. Było to dziecko z

ciemnymi włosami i ładną twarzyczką, ale blade i jakieś

nieruchawe. Czasami dziewczynka za pomocą dwu drutów

wiązała pasek z bawełnianych nici. Niekiedy bawiła się

lalką, którą ubierała i rozbierała powoli, jakby z

trudnością. Czasami nie robiła nic, tylko siedząc w oknie

przysłuchiwała się czemuś.

Pan Tomasz nie widział nigdy, ażeby dziecię to śpiewało lub

biegało po pokoju, nie widział nawet uśmiechu na

bledziutkich ustach i nieruchomej twarzy.

"Dziwne dziecko!" - mówił do siebie mecenas i począł

przypatrywać się jej uważniej.

Spostrzegł raz (było to w niedzielę), że matka dala jej

mały bukiecik. Dziewczynka ożywiła się nieco. Rozkładała i

układała kwiaty, całowała je. W końcu związała na powrót w

bukiecik, włożyła go w szklankę wody i usiadłszy w swoim

oknie rzekła:

- Prawda, mamo, że tu jest smutno...

Mecenas zgorszył się. Jak mogło być smutno w domu, w którym

on od tylu lat miał dobry humor!

Jednego dnia mecenas znalazł się w swoim gabinecie około

czwartej. W tej godzinie słońce stało naprzeciw mieszkania

jego sąsiadek, a świeciło i dogrzewało bardzo mocno. Pan

Tomasz spojrzał na drugą stronę podwórza i widać zobaczył

coś niezwykłego, gdyż z pośpiechem założył na nos binokle.

Oto, co spostrzegł:

Mizerna dziewczynka oparłszy głowę na ręku położyła się

prawie na wznak w swoim oknie - i - szeroko otwartymi

oczyma patrzyła prosto w słońce. Na jej twarzyczce, zwykle

tak nieruchomej, grały teraz jakieś uczucia: niby radość, a

niby żal...

- Ona nie widzi! - szepnął mecenas opuszczając binokle. W

tej chwili doświadczył kłucia w oczach na samą myśl, że

ktoś może wpatrywać się w słońce, które ziało żywym ogniem.

Istotnie, dziewczynka była niewidomą od dwu lat. W szóstym

roku życia zachorowała na jakąś gorączkę; przez kilka

tygodni była nieprzytomna, a następnie tak opadła z sil, że

leżała jak martwa, nie poruszając się i nic nie mówiąc.

Pojono ją winem i bulionami, więc stopniowo przychodziła do

siebie. Ale pierwszego dnia, kiedy ją posadzono na

poduszce, zapytała matki:

- Mamo, czy to jest noc?...

- Nie, moje dziecko... A dlaczego ty tak mówisz? Ale

dziewczynka nie odpowiedziała: spać się jej chciało. Tylko

nazajutrz, gdy w południe przyszedł lekarz, spytała znowu:

- Czy to jeszcze jest noc?...

Wtedy zrozumiano, że dziewczynka nie widzi. Lekarz zbadał

jej oczy i zaopiniował, że trzeba czekać.

Ale chora im bardziej odzyskiwała siły, tym mocniej

niepokoiła się swoim kalectwem...

- Mamo, dlaczego ja mamy nie widzę?...

- Bo tobie oczki zasłoniło. Ale to przejdzie.

- Kiedy przejdzie?...

- Niedługo. . - Może jutro, proszę mamy?

- Za kilka dni, moja dziecino.

- A jak przejdzie, to niech mi mama zaraz powie. Bo mi jest

bardzo smutno!...

Mijały dnie i tygodnie w ciągłym oczekiwaniu. Dziewczynka

poczęła już wstawać z łóżeczka. Nauczyła się chodzić po

pokoju omackiem; sama ubierała się i rozbierała powoli i

ostrożnie. ' Ale wzrok nie wracał.

Jednego razu. mówiła:

- Prawda, mamo, że ja mam niebieską sukienkę?...

- Nie, dziecko, masz popielatą.

- Mama ją widzi?

- Widzę, moje kochanie.

- Tak jak i w dzień?

- Tak.

- Ja także będę widziała wszystko za kilka dni?... Nie,

może za miesiąc...

Ale ponieważ matka nie odpowiedziała jej nic, więc mówiła

dalej:

- Prawda, mamo, że na dworze ciągle jest dzień?... A w

ogrodzie są drzewa, tak jak dawniej?... Czy do nas

przychodzi ten biały kotek z czarnymi łapami?... Prawda,

mamo, że ja widziałam siebie w lustrze?... Nie ma tu

lustra?...

Matka podaje jej lusterko.

- Trzeba patrzeć tutaj, o tu, gdzie jest gładkie - mówiła

dziewczynka przykładając lustro do twarzy. - Nic nie widzę!

-rzekła. - Czy i mama nie widzi mnie w lusterku?

- Widzę cię, moja ptaszyno.

- Jakim sposobem?... - zawołała dziewczynka żałośnie.

-Przecie jeżeli ja nie widzę siebie, to już w lustrze nie

powinno być nic...

A tamta, co jest w lustrze, czy ona mnie widzi, czy nie

widzi?...

Ale matka rozpłakała się i wybiegła z pokoju.

Najmilszym zajęciem kaleki było dotykać rękoma drobnych

przedmiotów i poznawać je.

Jednego dnia przyniosła jej matka lalkę porcelanową, ładnie

ubraną, za rubla. Dziewczynka nie wypuszczała jej z rąk,

dotykała jej noska, ust, oczu, pieściła się nią.

Poszła spać bardzo późno wciąż myśląc o swej lalce, którą

ułożyła w pudełku wysłanym watą.

W nocy zbudził matkę szmer i szept. Zerwała się z pościeli,

zapaliła świecę i zobaczyła w kąciku swoją córkę już ubraną

i bawiącą się lalką.

- Co ty robisz, dziecino? - zawołała. - Dlaczego nie śpisz?

- Bo już przecie jest dzień, proszę mamy - odparła kaleka.

Dla niej dzień i noc zlały się w jedno i trwały zawsze...

Stopniowo pamięć wzrokowych wrażeń poczęła zacierać się w

dziewczynce. Czerwona wiśnia stała się dla niej wiśnią

gładką, okrągłą i miękką, błyszczący pieniądz był twardym i

dźwięcznym krążkiem, na którym znajdowały się jakieś znaki

w płaskorzeźbie. Wiedziała, że pokój jest większy od niej,

dom większy od pokoju, ulica od domu. Ale wszystko to jakoś

- skróciło się w jej wyobraźni.

Uwaga jej skierowała się na zmysł dotyku, powonienia i

słuchu. Jej twarz i ręce nabrały takiej wrażliwości, że

zbliżywszy się do ściany czuła o kilka cali lekki chłód.

Zjawiska odległe oddziaływały na nią tylko przez słuch.

Przysłuchiwała się więc po całych dniach.

Poznawała posuwisty chód stróża, który mówił piskliwym

głosem i zamiatał podwórko. Wiedziała, kiedy jedzie z

drzewem chłopski wózek drabiniasty, kiedy - dorożka, a

kiedy - kary wywożące śmiecie.

Najmniejszy szelest, zapach, oziębienie się albo rozgrzanie

powietrza nie uszło jej uwagi. Z niepojętą bystrością

pochwytywała drobne te zjawiska i wysnuwała z nich wnioski.

Raz matka zawołała służącej.

- Nie ma Janowej - rzekła kaleka siedząc jak zwykle w

kąciku. - Poszła po wodę.

- A skąd wiesz o tym? - zapytała zdziwiona matka.

- Skąd?... Przecież wiem, że brała konewkę z kuchni, potem

poszła na drugie podwórze i napompowała wody. A teraz

rozmawia ze stróżem.

Istotnie zza parkanu dolatywał szmer rozmowy dwu osób, ale

tak niewyraźny, że tylko z wysiłkiem można go było

usłyszeć.

Lecz nawet rozszerzona sfera zmysłów niższych nie mogła

kalece zastąpić wzroku. Dziewczynka uczuła brak wrażeń i

zaczęła tęsknić.

Pozwolono jej chodzić po całym domu i to ją nieco

uspakajało.

Wydeptała każdy kamień na podwórzu, dotknęła każdej rynny i

beczki. Ale największą przyjemność robiły jej - podróże do

dwu całkiem odmiennych światów: do piwnicy i na strych.

W piwnicy powietrze było chłodne, ściany wilgotne.

Przygłuszony turkot uliczny dolatywał z góry; inne odgłosy

niknęły. To była noc dla ociemniałej.

Na strychu zaś, szczególniej w okienku, działo się całkiem

inaczej. Tam hałasu było więcej niż w pokoju. Kaleka

słyszała turkot wozów z kilku ulic; tu skupiały się krzyki

z całego domu. Twarz jej owiewał ciepły wiatr. Słyszała

świergot ptaków, szczekanie psów i szelest drzew w

sąsiednim ogrodzie. Tu był dla niej dzień...

Nie dość na tym. Na strychu częściej niż w pokoju świeciło

słońce, a gdy dziewczynka skierowała na nie przygasłe oczy,

zdawało jej się, że coś widzi. W wyobraźni budziły się

cienie kształtów i barw, ale takie niewyraźne i

pierzchliwe, że nic przypomnieć sobie nie mogła...

W tej właśnie epoce matka połączyła się ze swoją

przyjaciółką ł przeniosła się do domu, w którym mieszkał

pan Tomasz. Obie kobiety cieszyły się z nowego lokalu, ale

dla niewidomej zmiana miejsca była prawdziwym

nieszczęściem. Dziewczynka musiała siedzieć w pokoju. Na

strych i do piwnicy nie wolno było chodzić. Nie słyszała

ptaków ani drzew, a na podwórzu panowała straszna cisza.

Nigdy tu nie wstępowali handlarze starzyzny ani druciarze,

ani śmieciarki. Nie puszczano bab śpiewających pieśni

pobożne ani dziada, który grał na klarnecie, ani

kataryniarzy.

Jedyną jej przyjemnością było wpatrywanie się w słońce,

które przecie nie zawsze jednakowo świeciło i bardzo prędko

kryło się za domami.

Dziewczynka znowu poczęła tęsknić. Zmizerniała w ciągu

kilku dni, a na jej twarzy ukazał się wyraz zniechęcenia i

martwości, który tak dziwił pana Tomasza.

Nie mogąc widzieć, kaleka chciała przynajmniej słuchać

wciąż najrozmaitszych odgłosów. A w domu było cicho...

- Biedne dziecko! - szeptał nieraz pan Tomasz przypatrując

się smutnemu maleństwu.

"Gdybym mógł dla niej co zrobić?" - myślał widząc, że

dziecko jest coraz mizerniejsze i co dzień niknie.

Zdarzyło się w tych czasach, że jeden z przyjaciół mecenasa

miał proces i jak zwykle oddał mu do przejrzenia papiery z

prośbą o radę. Wprawdzie pan Tomasz nie stawał już w

sądach, ale jako doświadczony praktyk umiał wskazać

najwłaściwszy kierunek akcji i wybranemu przez siebie

adwokatowi udzielał pożytecznych objaśnień.

Sprawa obecna była zawikłana. Pan Tomasz im więcej

wczytywał się w papiery, tym bardziej zapalał się. W

emerycie ocknął się adwokat. Nie wychodził już z

mieszkania, nie sprawdzał, czy starto kurz w salonach,

tylko zamknięty w swoim gabinecie, czytał dokumenta i

notował.

Wieczorem stary lokaj mecenasa przyszedł z codziennym

raportem. Doniósł, że pani doktorowa wyjechała z dziećmi na

letnie mieszkanie, że zepsuł się wodociąg, że odźwierny,

Kazimierz, zrobił awanturę ze stójkowym i poszedł na

tydzień - do kozy. Zapytał w końcu: czy pan mecenas nie

zechce widzieć się z nowo przyjętym stróżem?...

Ale mecenas, pochylony nad papierami, palił cygaro,

puszczał kółka dymu, a na wiernego sługę nawet nie

spojrzał.

Na drugi dzień pan Tomasz jeszcze siedział nad aktami;

około drugiej zjadł obiad i znowu siedział. Jego rumiana

twarz i szpakowate faworyty na szafirowym tle pokojowego

obicia przypominały "studia z natury". Matka ociemniałej

dziewczynki i jej wspólniczka robiąca pończochy na maszynie

podziwiały mecenasa i mówiły, że wygląda na czerstwego

wdowca, który ma zwyczaj od rana do wieczora drzemać nad

biurkiem.

Tymczasem -mecenas, choć przymykał oczy, nie drzemał wcale,

tylko rozmyślał nad sprawą.

Obywatel X w roku 1872 zapisał swemu siostrzeńcowi folwark,

a w roku 1875 - synowcowi kamienicę. Synowiec twierdził, że

obywatel X był wariatem w roku 1872, a siostrzeniec

dowodził, że X oszalał dopiero w roku 1875. Zaś mąż

rodzonej siostry nieboszczyka składał nie ulegające

wątpliwości świadectwa, że X i w roku 1872, i w 1875

działał jak obłąkany, a cały swój majątek jeszcze w roku

1869, czyli w epoce zupełnej świadomości, zapisał siostrze.

Pana Tomasza proszono o zbadanie, kiedy naprawdę X był

wariatem, a następnie o pogodzenie trzech powaśnionych

stron, z których żadna nie chciała słuchać o ustępstwach.

Gdy tak mecenas nurzał się w powikłanych kombinacjach,

zdarzył się dziwny, trudny do pojęcia wypadek.

Na podwórzu, pod samym oknem pana Tomasza odezwała się

-katarynka!...

Gdyby zmarły X wstał z grobu, odzyskał przytomność i wszedł

do gabinetu, aby pomóc mecenasowi w rozwiązywaniu trudnych

zagadnień, z pewnością pan Tomasz nie doznałby takiego

uczucia jak teraz, gdy usłyszał katarynkę!...

I żeby to przynajmniej była katarynka włoska, z przyjemnymi

tonami fletowymi, dobrze zbudowana, grająca ładne kawałki!

Gdzie tam! jakby na większą szykanę katarynka była popsuta,

grała fałszywie ordynaryjne walce i polki, a tak głośno, że

szyby drżały. Na domiar złego, trąba, od czasu do czasu

odzywająca się w niej, ryczała jak wściekłe zwierzę.

Wrażenie było potężne. Mecenas osłupiał. Nie wiedział, co

myśleć i co począć. Chwilami gotów był przypuścić, że przy

odczytywaniu pośmiertnych rozporządzeń chorego na umyśle

obywatela X jemu samemu pomieszało się w głowie i że uległ

halucynacjom.

Ale nie, to nie były halucynacje. To była rzeczywista

katarynka, z popsutymi piszczałkami i bardzo głośną trąbą!

W sercu mecenasa, tego wyrozumiałego, tego łagodnego

człowieka, zbudziły się dzikie instynkta. Uczuł żal do

natury, że go nie stworzyła królem dahomejskim, który ma

prawo zabijać swoich poddanych, i pomyślał, z jaką rozkoszą

położyłby w tej chwili kataryniarza trupem!

A ponieważ u ludzi tego temperamentu, co pan Tomasz, bardzo

łatwo w gniewnym uniesieniu przechodzi się od zuchwałych

projektów do najstraszniejszych czynów, więc mecenas

skoczył jak tygrys do okna i postanowił - zwymyślać

kataryniarza najgorszymi wyrazami.

Już wychylił się i otworzył usta, aby krzyknąć: "Ty...

próżniaku jakiś!..." - gdy wtem usłyszał dziecięcy głos.

Spojrzał naprzeciwko.

Mała niewidoma dziewczynka tańczyła po pokoju klaszcząc w

ręce. Blada jej twarz zarumieniła się, usta śmiały się, a

pomimo to z zastygłych oczu płynęły łzy jak grad.

Ona, biedactwo, w tym domu spokojnym dawno już nie

doświadczyła tylu wrażeń! Jak pięknym zjawiskiem wydawały

się jej fałszywe tony katarynki! Jak wspaniałym był ryk

trąby, która mecenasa mało nie przyprawiła o apopleksją.

Na dobitkę, kataryniarz widząc uciechę dziecka zaczął

przytupywać wielkim obcasem w bruk i od czasu do czasu

pogwizdywać niby lokomotywa przed spotkaniem się pociągów.

Boże! jak on ślicznie gwizdał...

Do gabinetu mecenasa wpadł wierny lokaj ciągnąc za sobą

stróża i wołając:

- Ja mówiłem temu gałganowi, jaśnie panie, żeby natychmiast

wygnał kataryniarza! Mówiłem, że od jaśnie pana dostanie

pensją, że my mamy kontrakt... Ale ten cham! Tydzień temu

przyjechał ze wsi i nie zna naszych obyczajów. No, teraz

posłuchaj - krzyczał lokaj targając za ramię oszołomionego

stróża - posłuchaj, co ci sam jaśnie pan mecenas powie!

Kataryniarz grał już trzecią sztuczkę tak fałszywie i

wrzaskliwie jak dwie pierwsze.

Niewidoma dziewczynka była upojona.

Mecenas odwrócił się do stróża i rzekł ze zwykłą sobie

flegmą, choć był trochę blady:

- Słuchaj no, kochanku... A jak ci na imię?...

- Paweł, jaśnie panie.

- Otóż, mój Pawle, będę ci płacił dziesięć złotych na

miesiąc, ale wiesz za co?...

- Za to, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek!

-wtrącił spiesznie lokaj.

- Nie - rzekł pan Tomasz. - Za to, ażebyś przez jakiś czas

co dzień puszczał katarynki. Rozumiesz?

- Co pan mówi?... - zawołał służący, którego nagle

rozzuchwalił ten niepojęty rozkaz.

- Ażeby, dopóki się z nim nie rozmówię, puszczał co dzień

katarynki na podwórze - powtórzył mecenas wsadzając ręce w

kieszenie.

- Nie rozumiem pana!... - odezwał się służący z oznakami

obrażającego zdziwienia.

- Głupiś, mój kochany! - rzekł mu dobrotliwie pan Tomasz.

No, idźcie do roboty - dodał.

Lokaj i stróż wyszli, a mecenas spostrzegł, że jego wierny

sługa coś towarzyszowi swemu szepcze do ucha i pokazuje

palcem na czoło...

Pan Tomasz uśmiechnął się i jakby dla stwierdzenia ponurych

domysłów famulusa wyrzucił katarynce dziesiątkę.

Następnie wziął kalendarz, wyszukał w nim listę lekarzy i

zapisał na kartce adresy kilku okulistów. A że kataryniarz

odwrócił się teraz do jego okna i za jego dziesiątkę począł

przytupywać i wygwizdywać jeszcze głośniej, co już okrutnie

drażniło mecenasa, więc zabrawszy kartkę z adresami

doktorów wyszedł mrucząc:

- Biedne dziecko!... Powinienem był zająć się nim od

dawna...

 

 

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec