Biblioteczka

Stefan Zeromski

Promien

II.

Nazajutrz Raduski przebudził się bardzo późno. Gdy skierował wzrok na szyby okien, dostrzegł,

że je zmywają cienkie smugi deszczu. Zwlókł się z łóżka, ubrał i zadzwonił raz, drugi, trzeci... Dopiero po upływie kilkunastu minut ukazał się we drzwiach młody chłopiec z głową wysmarowaną sadłem czy słoniną, umyty, obleczony w czystą koszulę i strój świąteczny.

– Macie tu na dole restaurację – rzekł do niego Raduski .

– A jakże, mamy.

– Przynieśże mi herbaty, jaki kawałeczek mięsa, bułek, odrobinę masła... Chłopiec patrzał na niego wyłupiastymi oczyma.

– Cóż się tak martwisz, obywatelu?

– A bo, proszę łaski pana, jakże ja przyniosę herbaty i kawałeczek mięsa, kiedy restauracja zamknięta?

– I czemuż to?

– No, przecie święto...

– Prawda... święto. Ale gdybyś tak spróbował, może tam będzie samowar nastawiony, to

byś i mnie po starej znajomości... Szklaneczkę herbaty – o więcej nie będę się napierał.

– „Numerowy” wykręcił się i z wolna przymknął drzwi za sobą w sposób, który świetnego rezultatu nie obiecywał. Raduski dokończył ubierania się, siadł na małej kanapce i czekał. Upłynął kwadrans jeden i drugi, a chłopca nie było widać. Dopiero na odgłos dzwonka zjawił się z miną zafrasowaną i oświadczył, że ze śniadania nic nie będzie.

– Pan w kościele, pani to samo, ani kucharza, ani Franciszkowej, lokaje się porozłaziły. W

kuchni ognia całkiem nie ma. Proszę łaski pana – święto.

– Prawda i to jest. No a może ty wiesz, gdzie by tu na mieście można coś zjeść, bo jak w tym sposobie ze trzy dni u was będę świętował, to, uważasz radca, kopyta wyciągnę. Nie wiesz o takim?

– W mieście?... E... w mieście to ja nie wiem... Ja tu dopiero dwa miesiące.

– Dwa miesiące. No a starszego numerowego nie ma tutaj u was?

– Jest starszy, Walenty, ale poszedł to samo do kościoła.

– A może jest kto inny, kto by mi objaśnił?

– Chyba by pan portier, co jeździ na kolej, ale to nie jego dzieło.

– A on tutejszy, dawno już tu mieszka?

– Chyba że dawno.

– Stary, młody?

– O, już o latach.

– A to go proś do mnie. Powiedz, że mam pilny interes. Nie będzie żałował fatygi. Idźże i powiedz, że go sobie proszę na momencik. Służący wyszedł, a po upływie chwili czasu stukano we drzwi. Wsunął się do numeru człowiek stary, szeroki w ramionach, suchy, zwiędły, z twarzą i czaszką obrosłą mocno szpakowatym i krótko przyciętym włosem.

– Pan dobrodziej sobie życzył?... – rzekł mierząc Raduskiego iście hotelowym wejrzeniem, niby to schlebiającym, a w gruncie rzeczy tylko badawczym i taksatorskim. Ręką trzymał się klamki, jakby na znak, że konferencja długo trwać nie powinna. Z warg jego nie schodziło zamglone oskarżenie: nawet dziś nie możesz mi dać chwili odpoczynku. Raduski bystro i uparcie przypatrywał się twarzy starego, a wreszcie rzekł:

– Nie wiem, czy mi się zdaje, ale ty jakby pan Żopołowicz...

– Tak, jestem Hipolit Żopołowicz... do usług... – mruknął szwajcar, błyskając okiem spod brwi nasępionej.

– Cóż pan u stu diabłów robisz w liberii hotelowej?

– Służę, proszę pana, za portiera.

– Bój się pan Boga, cóż to ja słyszę? Przecież pan miał w rynku ogromny sklep, jeden z największych sklepów korzennych w Łżawcu. Jak dziś pamiętam!

– Miałem sklep – rzekł Hipolit Żołopowicz – ale go już nie mam.

– Cóż to się stało?

– Zwykła rzecz w naszym kupieckim stanie: zbankrutowałem.

– Jakże i tak zupełnie, żeś pan musiał wziąć miejsce portiera?...

– Ale... żeby tyle... Proszę pana, to miejsce ledwo, ledwo udało mi się dostać. Co się zaś tyczy bankructwa, to nie wyszedłem jeszcze na czysto. Jeszczem ludziom winien. Nie dużo tego, a przecie jest to temu, to owemu...

– Szczerze panu współczuję... – rzekł Raduski, wyciągając rękę. Żołopowicz schylił się i nie podawał swojej, mamrocząc:

– Pan dobrodziej łaskaw... Nie wypada, żebym... jako niby służący...

– Wstydziłbyś się pan! Byłem tylim knotem, kiedy u pana kupowało się chleb świętojański, cukier lodowaty i lukrecję w patykach. Pan mię, naturalnie znać nie może, ale ja z tych stron. Ojciec mój trzymał w dzierżawie niedaleko stąd folwark Niemrawe.

– Pan Raduski z Niemrawego... Ehe... Pan Raduski... Znałem, proszę pana, nieboszczyka rodzica. Pamiętam... Dawne to czasy. Brał u mnie na święta czy tę bakalię, czy cukier, czasami nawet garniec wina. A pan dobrodziej skądże do nas?

– O, ja z daleka. Żołopowicz patrzył na niego swoimi zimnymi oczyma i milczał. W spojrzeniu malowała się taka ciekawość i odrobinę niechętne zdziwienie, jakby oglądał albatrosa z wyspy Borneo, fokę czy krokodyla.

– Masz pan chęć, panie Hipolicie, to usiądź ze mną na chwilę i pogadaj. Miło mi pana widzieć... szczerze to mówię. Już tu ani w Łżawcu, ani w okolicy nikogo nie mam. Wszyscy moi pomarli, a pana z dzieciństwa pamiętam i pierwszą twarz pańską widzę znajomą z dawnych

czasów. Ale, ale – jeść mi się chce siarczyście, a tu, podobno, nic kupić nie można. Może byś mię pan oświecił, jak się dobrać do restauracji?

– E... a to przecie pan dobrodziej nie wzgardzi przy tym dniu. Choć ja dzisiaj i portier, ale pan dobrodziej święconym jajkiem nie wzgardzi. Czyżby tu przynieść?...

– Dajże pan pokój! Choć to będzie wyglądało, żem się wprosił do pana, ale pójdę z przyjemnością. Chodźmy! Żołopowicz poprowadził Raduskiego, zabiegając mu przy każdych drzwiach z prawej i lewej strony. Zeszli na dół, minęli sień wjazdową, dziedziniec i znaleźli się w przejściu bardzo czarnym. Stary otworzył drzwi i wprowadził swojego gościa po kilku schodkach do izdebki małej i wilgotnej. Stało tam łóżko żelazne, niewielki stolik, nakryty obrusem i zastawiony

święconym. Ex–kupiec postawił przed stolikiem jedyne krzesełko, usadowił Raduskiego, a sam zajął się odkorkowywaniem jakiejś butelki. Pan Jan wodził wzrokiem po wilgotnych murach izby, patrzył przez okno, umieszczone tuż pod sufitem, na kury z cichym krakaniem defilujące za szybami. Żołopowicz lał szczodrze koniak w kieliszki, wziął w ręce talerz z jajkiem i wyrażał rozmaite pragnienia, z których połowa co najmniej tonęła w sapaniu. Raduski życzył mu wzajem wszystkiego dobrego i wnet zapytał:

– No, a teraz gadajże mi, kochany panie, jakimi sposobami zwaliło się bankructwo. Stary, tknięty w otwartą ranę swego serca, ruszył się prędko, nalał sobie drugi kieliszek, rzucił w gardziel zawartość jednym kiwnięciem dłoni i mówi:

– Pierwsza przyczyna to jest ta hyclowska kolej!

– Jaka?

– A dyć ta czuła kolej, łżawiecka.

– Nie rozumiem! Przecie wraz z takim środkiem transportowym wzmaga się no... życie przemysłowe...

– Życie przemysłowe... – powtórzył były kupiec, jakby się tego wyrażenia uczył na pamięć.

– Czy się tam ono wzmogło rzeczywiście, to ja nie wiem, ale że my wszyscy beknęli za to baranim głosem, to jest święta prawda.

– No – ale dlaczegóż?

– Dlatego, proszę pana, że dawniej Łżawiec to była stolica na półtorej guberni. Innego miasta nie mamy przecie. Wszystkie towary do małych mieścin szły od nas. My stawiali ceny. A nie chcesz, mówili my, to wal sam do Warszawy, prowadź frachtem towar do swojej Koziej Wólki. Ot! Wszystka szlachta, każdy człowiek, co się ubierał i jadł lepiej, ze Łżawca brał but, kalto, surdut, futro, czapkę, ze Łżawca wiózł do siebie artykuł kolonialny. Pan tu był w szkołach, to pan dobrodziej musi przecie wiedzieć, że na ten przykład Drzewieńska ulica to było siedlisko samych a samych szewców łżawieckich. Warsztat stał przy warsztacie, majster siedział przy majstrze, a u każdego po czterech, po sześciu czeladników i nie potrzeba panu memu objaśniać, co to za buty ci ludzie formowali. Jak Wincenty Krupecki zrobił grube buty nieprzemakalne, to aus! Ten myśliwy mógł se dzień stać w bagnie po kolana i skarpetkę miał suchą.

– To prawda.

– A właśnie. Teraz cóż się stało? Krupecki szewc jeszcze Bóg wie z jakich czasów, niktby nie zgadł, co robi. Uwierzy pan dobrodziej? Pod kościołem, na żebranym chlebie. I nie można powiedzieć, żeby znowu pił ekstra... Drugi, Jan Widział, chla ordynarnie gorzałkę i siedzi na łaskawym chlebie u brata, co tu w Kamionkach ma posesyjkę. Waliszkiewicz ten się trzyma jeszcze z chłopcem, ale prawie mrze głodem.

– No – no...

– A na tej samej Drzewieńskiej ulicy teraz sklep przy sklepie! Żydki, nie żydki „warszawskie” obuwie prezentują za tylośnemi szybami. Trzewiczki, jak ulał, kamaszeczki, jak się patrzy. Tanie, śliczne. A że się we dwa tygodnie rozłażą, to cóż to na to poradzić? Życie przemysłowe.

– Widzi pan, panie Żopołowicz, wielki przemysł ma to do siebie...

– To samo z krawcami. Przepraszam pana dobrodzieja, że nie słucham i sam gadam... To samo z krawcami i kuśnierzami. Tu pan dawnego człowieka nie zobaczy. Wszystko nowe, a złodziej na złodzieju!

– Ij – cóż to znowu.

– Panie, szczerze mówię, że nic nie kłamię. Złodziej na złodzieju.

– No, a cóż ze sklepami korzennymi? Pan straciłeś, ale przecież byli tu rozmaici. Przypominam sobie sklep Helblinga, Barsztynowicza, panien Siepalskich...

– Proszę pana łaskawego – to jest długaśna historia. Helbing umarł, między nami mówiąc zapił się. Ale już sztuk czasu przed śmiercią robił bokami, jak koń napalony. Skoro tylko zamknął oczy, baba jego, niby, mówię, żona, dawaj się w dwójnasób malować, a interes zwinęła i odstąpiła subiektowi starego Helblinga, Gwaździeckiemu. Ten towar kolonialny prawie usunął a za to podniósł do wielkiego stopnia wyszynk piwa i gorzały w przyległych pokoikach. Mówią, że mu setnie idzie. I pewnie prawda. Szynk to zawsze idzie. Co się tyczy Barszta, ryżego, to ten, licząc na pieniądze, jeszcze gorzej wyszedł ode mnie. Za to dzieci wyedukował fest, a teraz se siedzi u syna, u doktora w Warszawie. Z panien Siepalskich nie ma dymu, ani popiołu. To taką sztukę zrobiła z nami ta kolej, to życie przemysłowe, te filie banków. Ja wylazłem obrzydliwie. Nauki żadnej człowiek nie miał, szczerze powiedzieć. Z chłopca w knajpie wyrosłem na kupca pierwszorzędnego, a z kupca na odźwiernego. Liczyli mię na parę kroć, kiedy się ta kolej zaczęła. Otworzył się tani kredyt. Akurat mi dwie córki dorastały, synek był z klas wypędzony. Słałem toto wszystko do Warszawy na pierwsze pensje, płaciło się drogich profesorów. Tymczasem zaszedł nam wszystkim z jednego boku wielki sklep akcyjny, z drugiej strony żydki. Obrót był u mnie coraz mniejszy, boć nasze sklepiska z tym łżawieckim bonmarszem równać się przecież nie mogły. Córki zjechały z pensji i dawaj mi kołki na łbie ciosać: a mieszkanie, a meble, a fortepiany, a konie, a jakieś malowane obrazy. Wyznaczyłem był dawno posagi... czterdzieści tysięcy każda. Zaraz się też przystawił kawaler,

niby to wielki aferzysta z Łodzi – i nabrał mnie. Wydaliśmy za niego starszą, Łuckę, sypnęliśmy gotówką, a on też nie miał przecie nic pilniejszego, jak toto chlasnąć. Wziął się niby to do fundowania wielkiego interesu, ale blaga była... Ciort go ta zresztą wie, dość, że przełajdaczył wszystko i koniec. Młodsza nie zasypiała to samo gruszek w popiele. Z jej pieniędzmi już mi szło diablo ciężko, a trzeba się było stawiać. Brałem z banku i brałem, a te nic, tylko bal za balem, do Warszawy, do Krynicy. Upodobały sobie świeże powietrze i musiałem willę stawiać. I, panie najmilszy, ja stary, com od dziesiątego roku żywota przywykł brać w łeb kuflem z ręki gościa, com własnym ciułaniem na subjektowstwie uskładał tyli fundusik, że można było sklepiczynę założyć, ogłupiałem na śmierć: powozem trzymał, foszmana w kapeluszu i w tym powozie jeździłem tutaj, w tym samym Łżawcu. Sześci lat nie wyszło, a jużem walił na dno. Jak mi zaprotestowali weksle, okazało się, żem bankrut. Zaszedł komornik... no i ocknąłem się na ulicy w jednym surducie. Żona z młodszą córką i z synem pojechała do Korbów, niby do zięcia, złapawszy co się dało, ale to... co się dało, a ja zostałem. Jeszcze są małe długi to temu, to owemu...

– O, smutna historia – rzekł Raduski, jedząc szynkę z octem i chrzanem – bardzo smutna.

– Jak szlachta robiła takie sztuczki, to ludzie wrzeszczeli w niebogłosy: a marnotrawcy, a lekkoduchy, a tacy, a owacy! Dzisiaj, panie, kupiec, liczykrupa, co grosz do grosza zarabiał

na pieprzu i na rodzynkach – to samo. Szlachcic teraz okropnie zmądrzał. Już tam balów nie wydaje, karet nie trzyma, córek do Warszawy nie śle, jeden do drugiego na szklankę herbaty

nie jeździ. A bo to tyle... – wrzasnął raptem, błyskając oczyma krwią nabiegłymi. – Człowiek w dostatku to jest, jak ta, uczciwszy uszy pańskie, sobaka. Przecie ja, panie, utrzymankę miałem tutaj, we Łżawcu. Moda taka była między nami, pierwszym kupiectwem, żeby każdy...

– No tak, to są już sprawy uboczne. Wspomniałeś pan o sklepie akcyjnym. Skądże to się wzięło?

– Jak mam o tym rzec słowo, to mię to ściska obcęgami. Sklep akcyjny... Ano, wziął się u nas z niczego. Był tu taki inżynierek przy budowie kolei, pyskacz na osiem pokojów. Co ten miał w paszczęce i w tym języku, to ja nie wiem... Każdemu człowiekowi wygadał w łeb, co tylko chciał. On tu całe miasto przewrócił do góry nogami. Ile było zamożniejszych ludzi, ze wszystkimi się zmamrał i podbechtał do ufundowania sklepiku. Zrazu tam miało być tylko samo żelazo i to dla chłopów, żeby ich przecie mośki nie oszukiwały na kosach, na okuciu do

woza i tak dalej. Potem przyrosła ni z tego ni z owego do żelaza – herbata, a do herbaty znowu nieduże samowarki, czajniki fajansowe, szklanki, łyżeczki. Nie opatrzyli my się, aż tu gruchnęło, że już w sklepie sprzedają mąkę i krupy. Rozpisali akcje po dwadzieścia rubli i prawie całe miasto przystąpiło do tej historii. Dzisiaj pies kulawy nie zajdzie do innego sklepu, bo tam, nie można powiedzieć, wszystko pierwszy sort, obsługi chmara i czego tylko żądasz

– wszystko na miejscu. Głównego subiekta mają diabła takiego, że żaden z naszych nie mógłby się z nim równać. No i obracają takim kapitałem, że mi we łbie trzasło, jak tu jeden

kolega cyfrę pokazał. I co się stało – nie tylko my, ale same żydy wyginęły. Był tu Berek Lanckoroński, miał sklep duży z żelazem, to musiał całkiem ze Łżawca umykać. Nie oparł się, a że gdzieś w Łosicach. Tam teraz handluje swoim towarem.

– Smutne są dzieje pańskie, drogi panie Żołopowicz, ale z drugiej strony ten sklep akcyjny nie zasługuje na potępienie...

– Nie zasługuje na te... Wie pan dobrodziej... powiem, jak przy świętym konfesjonale: żeby był stary Helbling nie umarł, to by on tego inżynierzynę Baumana trutką zgładził. Bo to

prawdziwie ten pies Bauman ukartował naszą zgubę. Helbling był mądry kupiec – ho ho... My się wszyscy, jak barany, cieszyli w trakcie wymierzania pod kolej, a ten tylko się uśmiechał diabelskim manierem i mruczał: będziecie wy jeszcze inaczej śpiewali. No i stało się. Panie szanowny, racz pomyśleć, co to było zlecieć z tylego bogactwa aże do tej nory. Przecie u mnie tu w piersi wszystko żalem porżnięte, jak nożem. Wierzy pan, że dla mnie czy tłuc się na stację za tym starym klekotem, czy wziąć i skoczyć do pierwszej lepszej studni, taka jedność, że to... Słowem wymówić...

– Mój panie – rzekł Raduski, patrząc na niego przygasłym i zimnym wzrokiem – powiedzcie mi jeszcze tę rzecz: masz też pan jaką nadzieję wybić się znowu, zrobić pieniądze, czy nie?...

– Żadnej! Oho – ho-ho... Poszło! Jakąże to nadzieję? Tak jakbym z gębą i uszami w ziemię zakopany.

– A chciałbyś pan jeździć po tym Łżawcu karetą i trzymać aktorkę? Stary rzucił zezem ostre spojrzenie i coś, niby rumieniec, prześliznęło się na czerstwej, szarej skórze jego policzków.

– Teraz bym już takich rzeczy...

– Daj pan pokój! Co tam będziemy o tym gadali... Ja ze swej strony dołożę jedno słowo, chociaż ono wcale pana nie przekona. Zostaniesz taki sam, jak jesteś, tak samo zmartwiony, aż do śmierci, ale ja to powiem, bo tak, a nie inaczej rzeczy widzę. Czyś pan był szczęśliwy wtedy, jakeś pan jeździł na gumach? Nie. Pieniądz daje mnóstwo uciechy w życiu, ale też akurat tyle, a czasem więcej niż uciech niesie ze sobą zgryzoty. Jeździć powozem, trzymać duże mieszkanie, służbę, oddawać córki na pensję, a cytryny za podwójną cenę kosztu, to zrobi byle facet. Ale spaść z dużego lokalu na pierwszym piętrze do bardzo ciasnego w antresoli i drwić sobie z takiej maskarady, tego pierwszy lepszy kiep nie potrafi. Jeśli nędzny aktor

gra w teatrze główną rolę, to wszystkich nudzi i złości – ale gdy znakomity artysta gra najpodrzędniejszą

– wtedy dopiero sztuka idzie. Jesteś pan teraz w gronie ludzi pracujących, ludzi

porządnych, na których świat stoi – i czego pan u diabła masz kwękać...

– E... łatwo panu mówić... – rzekł Żołopowicz ze wzgardliwą niechęcią. – Sam pan przecie stanął w pięknym numerze, nie w antresoli, nosi pan ubiór doskonały, nie kacabaję...

– A no bo my wszyscy powinniśmy mieszkać czysto i ciepło, chodzić w kortowych ubraniach, nie zaś w gałganach.

– To też to... racja fizyka...

– Ale jakże możemy przyjść do tego, kiedy pasibrzuchy z głupoty dają bale za balami, jeżdżą karetami, dla mody utrzymują próżnujące dziewczyny i w takie oto bagna ciskają nasze pieniądze. Portier odął wargi, umilkł i siedział z zasępionymi brwiami. Raduski czuł, że mówi, jakby do słupa wiorstowego. To też urwał tę gawędę, podziękował za gościnność i wyszedł. Z ulicy wrócił się raz jeszcze i spytał:

– Drogi panie, kto tu we Łżawcu mieszka z młodych lekarzy? Stary wymienił parę nazwisk.

– A z adwokatów, z młodych? Nie ma tu czasem Koszczyckiego?

– A jakże, jest. Mieszka na Frontowej ulicy w domu Millera.

– Józef Koszczycki? Nie wie pan, Józef?

– Zdaje mi się, że Józef. Raduski pożegnał go ruchem głowy i zamknął drzwi. KONIEC ROZDZIAŁU

O...

Witam w bibliotece i zycze przyjemnego czytania.

Troche zdjec