Stefan Zeromski
Promien
X.
Od chwili przybycia Anusi do wspólnego mieszkania, życie pana Jana zmieniło się cokolwiek.
Melancholia stopniowo, z dnia na dzień w nim się zmniejszała wskutek mnóstwa prac umysłowych i fizycznych. Główną osią jego rozmyślań i studiów była kwestia wychowania początkowego. Czasu swojej młodości zajmował się tą sprawą teoretycznie, badał ją z pilnością w szeregu innych, tak samo jak ekonomię polityczną albo nauki przyrodnicze. Wypełniała pewne rubryki katalogu rozumowanego, więc je oglądał dosyć prędko i w głównych rysach. Z czasem zapomniał o niej zupełnie, jakby to była luźna data z historii Rzymian. Dopiero w epoce panowania nad sercem i mózgiem samowładnego smutku, po zjawieniu się u ogniska domowego, wskutek zbiegu wydarzeń, dwu dziewcząt jednego niemal wieku, sprawa kształcenia zaczęła go naprzód nieprzyjemnie dręczyć, zmuszać do refleksji, a wreszcie palić i roznamiętniać. Nie było to już teoretyczne studium, lecz jakby szereg stopni silnego wzruszenia, ujętych w pewną ścisłą formę. Do wychowania tych dwu sierotek, Raduski tak się rzucił, jak człowiek bierze się do zwalczania choroby, o istnieniu której zawiadomił go lekarz życzliwy. Dawno powzięte wiadomości o kształceniu pierwiastkowym w Anglii, Francji, Szwecji, Szwajcarii przydały mu się teraz , jak szczypta wiedzy medycznej może się przydać człowiekowi, wędrującemu przez stepy, gdzie znajduje nędzarza okrytego ranami. Wziął się na nowo do czytania i wszedł w sam środek kwestii. Główne współzawodnictwo przypadło w udziale pani Grzybowiczowej. Ona to była właściwie wychowawczynią dziewcząt. Codziennie bodaj w mieszkaniu redakcyjnym toczyły się dyskusje, jaki system wybrać i zastosować należy. Pani Grzybowiczowa była zdania, żeby unikać wszelkich systemów i wychowywać „na dobre kobiety”; mąż jej żądał tylko „ducha wolnomyślności”; Raduski usiłował wyłożyć główną myśl swoją, której ani jedno, ani drugie jasno nie oceniało. Pragnął on kształcić te dziewczęta na kobiety, zdobywające własną pracą nie tylko utrzymanie, ale i charakter. Marzył o systemie jeszcze nieznanym, któryby rozwijał swobodnego ducha, nie wykrzywiając go, nie raniąc i nie obarczając kajdanami. Wychowanice miały według niego, rozpoczynać naukę wzorem szwajcarskim, praktykowanym w szkołach elementarnych, czyli przyjmować wiadomości bardzo wolno, bez żadnej forsy i udręczeń. Obok tego wszakże miały przyzwyczaić się do zwykłej pracy, a więc: sprzątać pokoje, robić w ogródku i w kuchni razem ze służącą, chodzić z panią Grzybowiczową do sklepów i w oczach jej kupować bułki, nabiał, mięso, nosić sprawunki itd. Każda z dziewczynek musiała w oznaczonych godzinach wystrzygać i kleić paski pocztowe na gazetę i nosić listy do skrzynek. Służąca nie miała prawa usługiwać im w niczym. Same słały łóżka, czyściły obuwie i sukienki, nosiły dzbanki z wodą, zamiatały mieszkanie, schody i dziedziniec. Nim upłynęło kilka tygodni, Grzybowicz pochłonięty przez gazetę zaprzestał wtrącania się w ministerium edukacji. Raduski, wcieliwszy w życie swój wymyślony program, usunął się i przyglądał jak pani Grzybowiczowa, zrozumiawszy intencje opiekuna, rzecz prowadziła. Elżbietka nie dała się od razu nagiąć do surowego regulaminu. Kaprysy jej, płacz i krzyki, leniwe opuszczenia wyznaczonych robót zatruwały Raduskiemu spokój. Ale zwolna, zwolna dawne pieszczące warunki nikły w pamięci dziecka, maleńkie radości nowego życia nabrały uroku i poczęła ciągnąć pług swego losu. Więcej zmartwień dostarczał wychowawcom charakterek Anuli. Rychło spostrzeżono, że to dziecko przedmieścia umie nie tylko kłamać, ale i kraść, nie tylko doskonale oszukiwać, ale nawet udawać cnoty jakich żądano. Zbadawszy te jej przymioty, pan Jan wziął się do dzieła, do studiów psychologii, do wertowania literatury, roztrząsającej występki dzieci. Siadywał w nocy, zagłębiając się coraz bardziej w swoje umiejętności, a właściwie po swojemu walcząc z naturą, z jej złymi siłami, których stępianie, a jeśli się dało niweczenie stanowiło rozkosz jego duszy. Ciągła obserwacja życia wychowanek, dziwne krążenie w świecie ich cnót, wad, przymiotów sprawiło, że coraz lepiej udoskonalał ów system i że wespół z panią Grzybowiczową, w istocie hodował dusze i ukształcał charaktery sierotek. Chciał być wszędzie i zawsze bezstronnym, nigdy pod jakimkolwiek względem nie dawać doktorównie pierwszeństwa nad córką nędzarza, ale mimo woli serce jego miłowało Elżbietkę. Gdy patrzył, jak zamiata podwórko albo niosła kosz z miasta, coś się w nim przewracało, jak gdyby czuł na swej twarzy wejrzenie zgasłych oczu. Wtedy tłumaczył się przed niewidzialnym cieniem, że tak trzeba, że Elżbietka musi wyrosnąć na kobietę przyszłego czasu, uzbrojoną w środki walczenia ze zbójeckim życiem. Ale zawsze takie rozmyślanie wtrącało go do mrocznej sztolni, którą żartobliwie nazywał podziemiami swej duszy. Wówczas szedł do drukarni, stawał przy korbie i wespół z robotnikami wprawiał w ruch maszynę przez kilka godzin z rzędu. Trud fizyczny nie odpędzał tęsknoty, nie niweczył jej całej, ale tłukł ją niby młotem, długo i długo, aż się zwinęła i układała na swoim miejscu. Sprawa kształcenia dziewcząt powoli złączyła się z innymi, o których Raduski myślał, zakładając pismo. A więc występowały różne kwestie czysto łżawieckie: kwestia służących, kwestia terminatorów żydowskich, dzieci błąkających się po ulicach, starców nie mogących pracować itd. W tym samym czasie zaczęły się ukazywać w Echu artykuły pod ogólnym tytułem „Typy”. Były to bardzo barwne zestawienia żywota np. służącej w miasteczku szwajcarski i w Łżawcu, losu terminatora szewskiego w Niemczech i na Kamionce, chłopca sklepowego na głębokim partykularzu we Francji i
w handelku przy ulicy Wąskiej. Artykuliki wyżej wzmiankowane sprawiły efekt mniej – więcej taki, jak wetknięcie patyka w mrowisko. Tak zwane „panie” tj. matki, ciotki, stryjenki „domów” piorunowały na wszelkich recepcjach i szydziły z „rojeń” Echa, z zachcianek, ażeby Kasie i Florki jadły i spały lepiej, niż to miało miejsce w łżawieckich karalucharniach. Panowie majstrowie podrwiwali przy kufelku z nowomodnych gazeciarzy, a panowie kupcy bez ceremonii odsyłali pismo. Ale źródłem istotnego zgorszenia był felietonik doradzający pannom, które już grywają walce Milleckora i mazurki Godarda, tudzież oczekują na epuzerów z posadami w utęsknieniu ducha i ciała, a w utęsknieniu ciała, sroższemu niż ducha, żeby w chwilach wolnych od marzeń i walców myły podłogi i przynajmniej z lekka szorowały schody (srodze brudne w mieście Łżawcu), jak to czynią nawet bardzo zamożne i utalentowane Niemki oraz Szwajcarki. Było to rzecz prosta, bezbożne szarpanie świetnej instytucji rodziny, obyczajów i moralności. Raduski wiedział, że nie można przenosić od jednego zamachu ciężkiej kultury, że co innego miasteczko Ruti, a co innego żydowska stolica Pałąki, ale wierzył również w dobry kącik serca człowieczego. Kiedy rozprawki pisane przez Grzybowicza wśród debat „gremium” t.j. pana Jana i żony autora poczęły budzić dość żywe zaciekawienie w mieście i na prowincji, kiedy ilość listów admonicjami, protestami zachętą, a nawet ze zwyczajnym, staropolskim „besztaniem” zwiększała się ciągle, raptem owa druga z rzędu drukarnia zerwała kontrakt o jakąś błahostkę. Pewnego dnia Echo nie wyszło. Gazeta łżawiecka obwieściła urbi et orbi zgon tak pożytecznego czasopisma i zawinęła ten rzewny nekrolog we właściwy komentarz. Raduski rzucił się do drukarzy z propozycjami bajecznymi. Ledwie po upływie dni czterech zdołał namówić trzeciego z rzędu do zawarcia umowy. Czcionki tam były wstrętne, gazeta nie ukazywała się we właściwym terminie i ogrom trudów stanął w poprzek drogi. Mimo to wszystko, sprawa szła na przód. Począł się właśnie w odcinku druk studium o parobkach i wywołał zainteresowanie. Pewnego dnia stanął we drzwiach redakcji gość niespodziewany. Był nim pan Olśniony. Miał, jak za pierwszej bytności, oczy przymknięte, na wargach uśmieszek. Zbliżył się do stołu, gdzie Elżbietka cięła opaski, złożył pocałunek na głowie tego dziecka, westchnął i usiadł. Raduski przysunął swe krzesełko i mimo woli zadał sobie pytanie, czy też lada moment nie nastąpi tak zwane starcie przekonań. Olśniony wykwintnym ruchem ulokował na stole swój cylinder, odpiął guziczek czarnej rękawiczki, drugi guziczek i kiedy zaczął ściągać połyskującą się skórkę z dużego palca, rzekł z uśmiechem:
– Czy też kolega domyśla się, czemu to drukarze tutejsi zrywają umowy i jak sądzę zrywać będą, aż...
– Domyślam się...
– Niechże kolega raczy wymienić mi tę przyczynę.
– No po cóż te formalności? Przecie to pan...
– Tak, to ja. Widzimy tedy, że zdejmuję maskę.
– Co prawda, to ja widzę, że pan zdjąłeś rękawiczkę.
– Mam nadzieję, że szanowny kolega doceni moją szczerość i dla niej przebaczy mi winę oddziaływania na drukarzy.
– O, z całą gotowością, ale pod jednym warunkiem. Pod warunkiem, że pan nazwie mi ową siłę, dzięki której drukarnie odrzucały pewien zarobek... Olśniony wykonał palcami prawej ręki na dłoni lewej ruch, przypominający liczenie miedziaków. Kiwał wtedy głową z uśmiechem pobłażliwości i współczucia.
– Nie śmiem – rzekł Raduski – jak to pan redaktor zrozumieć zechce, sięgać do dalszych przyczyn tego postępowania, gdyż prowadziłoby to nas do szkatułki z „zasadami...”
– A jednak ja po to przyszedłem, po to przyszedłem tutaj... – wtrącił redaktor Gazety, biorąc na twarz wyraz surowości.
– W istocie? – Okazuje się, że jestem dobrym spostrzegaczem, kiedy bowiem szanowny pan redaktor ukazał się we drzwiach, myślałem niezwłocznie w głębi mego serca: oto idzie człowiek niosący ze sobą „przekonania”.
– Czyż pan sądzi – mówił – że tak nie jest, że ja ich nie mam? Czy pan tak sądzi? I to na tej podstawie, że o nich dzień w dzień nie krzyczę, kwasek subtelnej ironii przenika mowę pańską. Niech pan jednakże zapyta tysiąca z górą odbiorców mojej gazety, czy ona służyła kiedy prywacie, czy uchybiała kiedy dobru ogólnemu? Niech pan zapyta, kogo pan sobie zechce z wrogów moich, czy Olśniony, przez lat blisko trzydzieści, nie był wiernym sługą społeczeństwa. Jeżeli pięciu ludzi znajdzie się we Łżawcu, czy gdziekolwiek w tym kraju, którzy orzekną: nie, w godzinę po takim wyroku zwijam pismo. Byłbym nikczemnikiem gdybym, stojąc na miejscu redaktora...
– Tak jest, – rzekł Raduski.
– Te kilka słów stanowi pierwszy punkt interesu, którym niepokoję pana. Drugi punkt wyłożę krótko.
– Słucham.
– Ja gotów jestem natychmiast zwrócić panu siedem tysięcy rubli, któreś od chwili rozpoczęcia tej historii z Echem, dodam, zbyt hojnie wyłożył. Raduski zesmutniał, przechylił głowę na boki, nie spuszczając oka z głowy Elżbietki, słuchał uważnie.
– Siedem tysięcy rubli jest to więcej, niż trzecia część całego kapitału po świętej pamięci
stryju szanownego kolegi... – mówił siwy gazeciarz tonem trafiającym w samo sedno myśli słuchacza. Pan Jan zwrócił swe oczy na przyszwę buta z prawej nogi Olśnionego i wolno, ledwie dostrzegalnie potakiwał. Od pierwszego momentu wydawnictwa upłynęło ... ileż? Sześć? Nie, siedem miesięcy. Każdy miesiąc to tysiączek rubli. Czy pan uważa? Masz kolega przed sobą dwanaście, trzynaście miesięcy, a potem? Za cóż będziemy kształcili dwie sierotki? Daruj mi, że tu na tej dłoni położę twe szlachetne serce. Przypatrz się: od dziś za rok będziesz bez grosza; prócz tego, idąc ta samą drogą wychowania dwu dziewcząt, ukochasz piękne dzieło swej pedagogiki. Będziesz je musiał rozciąć, urwać, zawiesić wówczas, gdy ono stanie się kwestią twojego życia, w literalnym znaczeniu kwestią twojego życia. Roztrząśnij pan to, co mówię, bo tu każde zdanie jest prawdą, waży sto funtów!
– Przecież nie będę wydawał tysiąca rubli co miesiąc, bo tylko początki zmuszały mnie do takiej forsy. Prenumerata się zwiększa wolno, ale bez przerwy.
– Mówię: pismo pańskie chcę kupić za cenę wydanych pieniędzy. Obrócisz pan ten fundusik w sposób tylko właściwy...
– Rumienię się jak płoche dziewczę wobec tak szczodrych pochwał mej cnoty...
– Jeżeli zgoda miedzy nami zawartą nie będzie, to cóż? To musi nastąpić moje ultimatum, że to pismo wychodzić przestanie.
– Dlaczegóż to?
– Dlatego, że ja chwycę się środków silnych.
– Mianowicie?
– Pierwszy z brzegu: opłacam jak rok długi wszystkich trzech drukarzy. Daję każdemu z nich podwójny zarobek, jaki by mógł mieć u pana. Sądzisz, że to mnie zrujnuje? Bynajmniej. To mi wyrwie z kieszeni kilka tysięcy rubli, ale w każdym razie mniej, niż pańska gazeta. A cóż pan zrobisz? Założysz własną drukarnie? Na to trzeba... fiu fiu... lekko licząc... Raduski zmarszczył czoło i pobladł.
– Widzi kolega... ten argument znalazł drogę do jego przekonania!
– Znalazł... tak jest, znalazł. Ten sam argument mógłby służyć w każdym sądzie za corpus delicti, jak Olśniony hodował przez lat blisko trzydzieści święte przekonania, lecz to... Uważa pan, niekoniecznie ja będę kupował drukarnię, tę nową, czwartą. Może zrobi to spółka...
– Qui vivra verra. Co do insynuacji na moją niekorzyść... oświadczam, że środki jakimi panu zagroziłem, przekonaniom uwłaczać nie będą.
– Masz pociechę!
– Ja pańskie pismo zwalczać muszę i zwalczę w interesie pryncypiów, którym służę, i sądź pan, kosztem ofiar wyłożonych z własnej kieszeni.
– Musi to być duża kieszeń. Pan daruje, że o tym mówię, ale skoro nie tylko moja mała portmonetka tak panu jest znana, ale i komórki mojego serca...
– Ja rzeczywiście grosza nie pożałuję. Czyż się zapieram, że gazeta daje mi dochód, że w ciągu kilkunastu lat obfitej prenumeraty uzbierałem kapitał? Ale nie o to chodzi. Nie chodzi mi o utrzymanie dla żony i czworga dzieci, choć mi się to należy, tylko, wierz pan, czy nie wierz, o zasadę. Ja tu jestem autochtonem. Ja tu jestem wyrazicielem życia, uczuć, marzeń. Ja tu znam wszystko i wszystkich, ziemię i wodę, domy i mogiły. Rozumiem tu wszystkich i mnie wszyscy. To nie ma o czym mówić. Tak jest. Z czymże pan przychodzisz, z czymś... Raduski zaczął śmiać się głośno, a później rzekł:
– Nie wyjawię panu tego, nie wyjawię nawet, czemu tak przezornie sobie poczynam. Brwi Olśnionego drgnęły, niby wskazówki zegara, usta zacięły się na chwilę.
– Przyszedłem do pana z otwartą umową, nie sam, bo z mandatem od moich czytelników. My wszyscy nie możemy zezwolić na byt Echa pod pańską opieką. Czynimy tak w myśl bardzo mądrej zasady starożytnych principiis obsta! Niechaj to będzie odpowiedzią na śmiech pański!
– A niechaj będzie.
– Masz pan tedy do wyboru: walkę z nami albo ustępstwo.
– Mam.
– Jesteś pan jednym z najszlachetniejszych fantastów, którym się widzi...
– Czyliż, będąc autochtonem łżawieckim, można jednocześnie mieć wiadomość o tym, co się widzi fantastom?
– Za siedem tysięcy rubli zrobisz dużo dobrego na świecie, a ja musiałbym je przeznaczyć na skrytą walkę, którą z pewnością wygram. Dlatego przyszedłem. Powiedz że pan jeszcze raz, że gdy się uniżam, gdy znoszę pański śmiech tchnący zniewagą, gdy staję tutaj z tymi pieniędzmi, zamiast je wydać dla nasycenia mojej ambicji, jestem w sprzeczności z mymi zasadami!
– Opuszcza pan wyraz – „świętymi”.
– Umyślnie to robię. W zasadach dużo jest ziemskiego. Najcudniejszy, wonny kwiat, korzeń ma w ziemi, a żywot czerpie z gnoju.
– Niestety! Niestety!
– Wymówiłeś pan to słowo w takim sensie, jak gdyby tylko moje mniemanie przypominały kwiaty z korzeniami głęboko tkwiącymi w ziemi, a wszakże sam tu wspomniałeś z uciechą o szerzeniu się prenumeraty Echa.
– Tak, wspomniałeś, ale...
– Excusez! Gdybym chciał być równie uszczypliwy, byłbym w prawie twierdzić, że w podniosłej działalności piśmienniczej pańskiej nie małą rolę odgrywała wojna o prenumeratorów.
– Wojna? A gdzież to i kiedy wojowałem z panem?
– No ta. Walki pisemnej, polemicznej nie było. Jeżeli kto wszczynał ją w druku, to ja przyznaję się.
– Chwała Bogu.
– Ale czy możesz pan utrzymywać, że ja byłem w tym przypadku gorszy od pana, że nie byłem tylko bardziej szczery? Nie stanąłeś przeciwko mnie, to prawda, ale za to samym wyborem programu samym t. zw. poruszaniem kwestii usiłowałeś pan wzburzyć umysły prenumeratorów i ściągnąć ich do siebie. Usiłowałeś wskazać jakich dziedzin Gazeta wcale nie zna, owych „kwestii” żywotnych, owej ropy na ranie. Czy mówię prawdę? Ale z ręką na sercu!
– Z ręką na sercu? Dobrze, ja panu powiem. Jak nie zaczynałem wcale walki piśmienniczej, ani ustnej, tak samo z ręką na dążeniach serca, mówię, że nie zaczął bym ich nigdy. Weź pan na rozum! O cóż ja to mogę polemizować z Gazetą łżawiecką? O nic. Literalnie o nic. Gdybym chciał używać pięknych określeń dla moich i pańskich „zasad”, rzekłbym, że ja jestem służącym światła, a pan klucznikiem ruder i lamusów. Cóż my mamy wspólnego? O co możemy się spierać? O nic. Możemy sobie tylko nawymyślać przy zetknięciu się wzajemnym, ale tego ja nie uczynię, choćbyś mnie pan prowokował jeszcze bardziej głośno.
– Ja nie prowo...
– Zaraz, zaraz! Co do przypuszczenia, że łaknę pańskiej prenumeraty i chcę ją napchać pugilares, to, jeśli pan zważysz sprawę bez zaślepienia, łatwo spostrzeżesz istotny stan rzeczy. Nikt skrupulatniej ode mnie we wszystkim, zawsze i wszędzie, a głównie w tak zwanych zasadach nie szuka interesu materialnego. Toteż dla mojego rozumu, jak fiksacja wygląda myśl, że ja mógłbym pana zwalczyć. Gazeta łżawiecka jest to interes. Z interesem bronią jakiejś idei, może walczyć tylko człowiek obłąkany. Ja nim nie jestem. Gazeta łżawiecka to interes świata, jak, na przykład, dystrybucja w dobrym punkcie, jak karczma na rozdrożu, jak sklep założony we właściwym miejscu i czasie. Jest to wyszynk wiadomości takich właśnie, jakich główny kontyngent czytających żąda. Czyż przedsiębiorstwo tego gatunku może nie iść. Idzie i bramy piekielne go nie zwyciężą. Mojemu pisemku szło doprawdy o coś wręcz innego. Echo nie jest wcale wyszynkiem zdarzeń i popłatnego w Łżawcu „dobra i piękna”. Toteż pańscy księża, pańska gruba i cienka szlachta, pańscy burżuje czytać go nie będą. To jest coś tak innego...
– Ja wiem co to jest. Raduski zamilkł i począł wycierać rękawem jakąś plamkę na surducie.
– Więc jakże szanowny redaktorze? Daję odstępnego siedem tysięcy rubli – cedził Olśniony, według swojego zwyczaju nakrywając białą rękę o długich palcach, brodę i dolną wargę. Przez chwilę trwała cisza. Wreszcie Raduski podniósł zimne oczy na twarz gościa i od niechcenia, wskazując ręką Elżbietkę, rzekł:
– Na głowę tego dziecka zaręczam panu, że nie ustąpię ze Łżawca, nie przestanę wydawać pisma i robić com umyślił. Mam jeszcze trochę pieniędzy. Gdy pan rozpoczniesz swe tam... intrygi, zawiążę spółkę. Na świecie i w Łżawcu nie sami tylko pańscy mandatariusze. Nie same tu rudery i mroki. To co blask oświeci...
– Na głowę tego dziecka?... – mówił tymczasem redaktor Gazety, zwolna nachylając korpus
swego ciała i uśmiechając się okrutnym szyderstwem. – Jakiż to talizman? Krew zawrzała w Raduskim i płomieniem wionęła przez jego głowę. Cisną w twarz starca ponure spojrzenie, jakby go między oczy ciął toporem i mówił:
– Pan wiesz dlaczego to dla mnie talizman! Wszakże to pan pisałeś do mnie bezimienne listy w których twierdziłeś, że tamta kobieta...
– Ja... bezimienne listy? – rzekł z cicha.
Olśniony wstając ze swego miejsca. – Ejże!... Głos jego zerwał się, lewa ręka dygotała nerwowym ruchem. Raduski wlepił weń oczy i rzekł po upływie kilku minut badania:
– Aha... przepraszam... więc to nie pan... aha...
– Co pan takiego mówisz... do mnie, jak śmiesz... do mnie... Jan wydobył z szuflady kilka małych arkusików papieru i pierwszy z brzegu położył na stole. Redaktor wziął go w rękę, zbliżył do zmrużonych oczu i przeczytał wszystko, co tam było. Później złożył ten arkusz.
– Znasz pan może to pismo, jako wyobraziciel domów i grobów? – rzekł Raduski.
– Pisma nie znam. Ale wiem kto jest autorem.
– Któż?
– To nie moja rzecz.
– Koszczycki, który do was przyrósł? Koszczycki, co?
– A więc moja propozycja odrzucona? Raduski przyciągnął Elżbietkę i jakby zamiast odpowiedzieć, złożył na swym sercu jej głowę. Olśniony skłonił się sztywnie i skrzypiąc z cicha butami, wyszedł. Gdy się drzwi za nim przymknęły, Raduski podniósł oczy i patrzał w tamtą stronę. Minęła jedna minuta, druga, trzecia. On tak wciąż siedział z oczyma utkwionymi we drzwi, żując coś w ustach, jakby rozgryzał zębami słowo, czy zdanie, które chciał cisnąć za odchodzącym. KONIEC KSIĄŻKI


